Ja chcę na dwór! Jaki jest Twój bilans powietrzny?


Ja chcę na dwór

Używam tu sobie, na prywatny rachunek, pojęcia bilans powietrzny. Ile razy mówisz: ja chcę na dwór? Ile czasu przebywasz na świeżym powietrzu?

Próbowałem podsumować liczbę godzin, które w lutym spędzamy na wiejskim podwórku i w ogrodzie oraz porównać ją z czasem, jaki poświęcaliśmy na spacery w mieście. I wiesz co? Nie ma żadnego porównania. Albo jest: 20 do 1.

TAK BYŁO

Do warszawskiej Arkadii mniej niż 10 minut spokojnym spacerkiem. Do ścisłego centrum szybkim marszem niespełna pół godziny. A samochodem odpowiednio 2 i 10 minut. Co wybierasz? Bo ja auto.

Z całą pewnością mógłbym po Warszawie CHODZIĆ. Albo jeździć rowerem. I mógłbym też wdychać spaliny lub smog, bo w sumie jest mi obojętne czym podtruje mnie cywilizacja. Ale szczerze mówiąc, nie potrafię powiedzieć dlaczego nie chodziłem i nie pedałowałem (rower do tej pory stoi na balkonie), na stałe wybierając samochód.

Może z wygody? Albo może z lenistwa? Lub ze strachu? Dość powiedzieć, że mój bilans powietrzny w Warszawie był przez długie lata bliski zeru. Przesadziłbym, gdybym powiedział, że spędzałem na spacerach godzinę w tygodniu. Oczywiście – jeśliby policzyć kilometry zrobione na rundach wokół Arkadii, mógłbym konkurować z każdym maratończykiem 🙂 Generalnie jednak nie wysilałem się. Przepraszam.

TAK JEST

Do asfaltowej drogi cztery minuty. Na pierwszą górkę z samotnym dębem – siedem minut. Drogą do końca sosnowego lasu, spacerem, około 20 minut. Do wsi, marszem, też 20.

Dlaczego więc tutaj, mimo że odległości są bardzo zbliżone do warszawskich, samochodu prawie nie używam? Przecież mógłbym usiąść za kierownicą i kopnąć się na górkę z dębem! W minutę. Albo z drugiej strony: pójść na całego i pojechać na drugi koniec lasu – trzy minuty bez korków.

Bilans powietrzny w Niebie Za Miastem wygląda tak, że z dwunastu godzin dnia pobyt na świeżym powietrzu zajmuje nam średnio trzy-cztery. W ostatnie weekendy nawet dwa razy więcej. Spacery plus praca. Robimy stałą rundę ze zwierzyną – oznaczyliśmy dwa przeciwległe skrzyżowania dróg jako „rondo wschodnie” i „rondo zachodnie”. Spacer nocny do ronda wschodniego zajmuje kwadrans, spacer dzienny do zachodniego trwa dwa lub trzy razy dłużej.

A MOŻE NAM ODBIJA?

Tam i tu – ci sami ludzie. Tu i tam – dwa skrajne rodzaje zachowań. Co najważniejsze, przejście pomiędzy tymi dwoma stanami aktywności nastąpiło w sposób niezauważalny, naturalnie. Tam się jeździ, tu chodzi. Tam jest komfort czterech kółek, tu są komfortowe walonki.

Wieś poniekąd wymusza na nas ten bilans powietrzny. I dobrze. Idę do drewutni porąbać drobnicę na podpałkę – zajrzę przy okazji do ogródka, do ziemianki, zerknę do lasu, pozbieram połamane gałęzie. Godzina schodzi. (Odkrywam ze zdumieniem, że w Arkadii godzina trwa tyle samo!) Poszliśmy na wczorajszy spacer w słońcu i wróciliśmy po dwóch godzinach. Dlaczego? Ponieważ na jednej górce było pięknie, ale wydawało nam się, że na drugiej będzie jeszcze ładniej – i sprawdziliśmy to, i tak właśnie było!

Każda wycieczka po okolicy czegoś nas uczy i z każdej mamy inne wrażenia. Ale z drugiej strony: przecież, do jasnej Anielki!, to jest tak samo nudne jak włóczęga po Warszawie w stronę – niech będzie – Złotych Tarasów! A jednak nie. Nic się nie dzieje, zero sklepów, wystaw i wystrzałowych atrakcji, ale tu chodzę, a tam nie chodziłem. Odbiło?

JESTEŚMY CZĘŚCIĄ NATURY?

Myślę, że w przeciwieństwie np. do Skandynawów nie czujemy się częścią natury. Jak powtarzał pewien głupi polityk: człowiek czyni sobie ziemię poddaną. Czyli jesteśmy bardziej jej gospodarzem, zarządcą niż cząstką. I to by się chyba zgadzało z wynikami badań zawartych w „Globalnym Raporcie Ogrodniczym”, na który powołuje się w swoich analizach dr Magdalena Kołodziejska z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie.

Teraz proszę o wytężoną uwagę. Z raportu wynika, że 85 procent  Polaków twierdzi, że natura poprawia jakość ich życia. Z kolei 60 procent badanych przyznało, że ich dzieci spędzają na świeżym powietrzu za mało czasu. A jednocześnie… zaledwie 10 procent rodziców regularnie zabiera dzieci do lasu!!! I tylko 14 procent spaceruje z nimi w parku!

Szok? Mnie to bardzo zdziwiło. I przy okazji znalazłem wytłumaczenie na naszą miejską abnegację spacerową. Zbyt daleko do prawdziwej natury. Zbyt dużo bodźców dookoła. I w końcu też nazbyt wiele atrakcji, które z naturą wygrywają. A przede wszystkim: to również kwestia sposobu wychowania – w takiej Szwecji 74 procent dzieci jeździ do szkoły rowerem lub chodzi pieszo…

JA CHCĘ NA DWÓR!

Dzisiaj, po ponad trzech latach wioskowania, wiem, że nie ma nic przyjemniejszego niż te nasze spacery. I praca na wietrze, w słońcu lub na mrozie. Dzień spędzany w Warszawie stał się torturą: bolą nas głowy, jesteśmy znużeni, pijemy masę kawy, żeby podnieść oczy, chce nam się spać.

Tutaj natomiast nie ma złej pogody na spacer… Walonki, puchowa kurtka lub sztormiak, ciepłe spodnie i czapka  załatwiają każdy problem. Poza tym w lesie zawsze jest cicho. I ciepło. Po drugie w przyrodzie ZAWSZE coś się dzieje. I po trzecie nikt się z nami nie ściga, nie trąbi, nie obsobacza i nie rozpycha. Tu nawet bąki można puszczać bezkarnie, choć to niestety wzmacnia efekt cieplarniany 😉

Hmmm… Chyba tym akcentem pożegnam się z Państwem do jutra. Dzisiaj będziemy rozdrabniali gałęzie, z przeznaczeniem na kompost. Zejdą nam jakieś cztery godziny. Na powietrzu. A o kompoście – także do zastosowań w Waszym mieszkaniu! – napiszemy wkrótce.

Podsumowując: idziemy na dwór, pa.

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Proszę, nie rdzewiej – ponieważ koresponduje ze spacerami 🙂

2 komentarze

  1. Agnieszka
    23 lutego 2019
    Odpowiedz

    Codziennie, późnym popołudniem z niespełna ośmioletnim synem robimy 7-kilometrowy spacer zielonymi obrzeżami miasta. Towarzyszy nam pies mojej koleżanki a kiedyś będziemy mieli swojego, wymarzonego. W weekendy często penetrujemy Warszawę, szukamy ciekawych miejsc, wracamy do tych, które już znamy i lubimy – ja na piechotę, syn hulajnogą a do Warszawy dojeżdżamy w niespełna godzinę pociągiem. Sobotnie poranki rezerwujemy dla psów w schronisku w Celestynowie. Codziennie wychowawczyni syna idzie z dziećmi na spacer. Rodzice wnoszą skargo do dyrekcji, że z często, że jest za zimno, za ciepło, za mokro, że niepotrzebnie tyle chodzą. Przed blokiem mamy teren zielony, gdzie hodujemy poziomki, sadzimy kwiatki, co roku dosadzam jakiś krzew, roślinkę. Dbamy o nasz wspólny ogródek. Zastanawiam się, ile my byśmy się ruszali mając pola, łąki tuż na wyciągnięcie ręki 😉
    „Niebo za miastem” to wyjątkowe miejsce, z dużą przyjemnością tu zaglądam. Dziękuję 🙂

    • 23 lutego 2019
      Odpowiedz

      Podziwiam, szczerze. Tę wytrwałość w pielęgnowaniu ruchu na obrzeżach miasta. My nie mieliśmy tyle siły ani samodyscypliny. Natomiast tutaj jest zupełnie inaczej, a co najważniejsze – to przyszło samo, naturalnie. I trwa. Nie jest na przymus, na pokaz ani dla mody, po prostu ruszamy tyłki i wychodzimy na dwór. Często kompletnie bez sensu i celu. 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni 10 najlepszych książek, które przeorały młody mózg
Następny Kiedy powiesz sobie dość! Co na to endorfiny?

Poczytaj więcej

Rób rzeczy małe w wielki sposób. To działa!

Pompa ciepła: męska rzecz! (1)

Mikstura dobra na mgłę, zimę i wieczorną chandrę

Moda Za Miastem: modeling z kosą i lnem

Księga nalewek, czyli przeprosiny z dziką różą

Proszę, nie rdzewiej. Męskie zdrowie po 40.

Rzucamy okiem na detale

Deski do krojenia chleba. Czar prostej pracy.

Kąpiele leśne. Jak czerpać zdrowie z natury.

Uprawy na rabatach podniesionych

Ile kosztuje życie na wsi? Ceny w lipcu.

Zapraszamy do środka: mieszkańcy naszego kredensu

Tarnina. Jaśnie Pani Tarka lub Ciarka.

Orzeszkowo 14. Smakuję tę książkę.

Ściągamy sok z brzozy. Jest świetny!