Grabiami mając zmęczone prawice… Zwierzenia osobiste.


Pół dnia grabiłam dziś liście, tworząc z nich jedenaście autonomicznych stert. Rąk nie czuję i dlatego proszę mnie nie denerwować pytaniami, czy grabienie liści ma jakiś głębszy sens? MA!!! I za chwilę to udowodnię.

Ale najpierw dygresja osobista. W jednym z wątków wtrąciłam się w Jackowy tekst o pożytkach mieszkania z dala od miasta, pisząc o fizycznych ćwiczeniach ze szpadlem i grabiami, które są lepsze od treningów Chodakowskiej. Czy to przez przypadek, czy przez osłabienie użyłam wtedy słowa: ćwiczenia, a powinnam użyć: CIERPIENIA!

Nie czuję rąk, albo wręcz przeciwnie – czuję wszystkie mięśnie rąk, nóg, pleców i mózgu, bo rzuciłam dziś światu wyzwanie globalne: zbiorę wszystkie nasze rodzone liście i igły! I od razu mówię, iż wszystkich zagrabić nie zdołałam – Jacek pewnie, gdy odejdzie od WAŻNYCH MĘSKICH SPRAW, pokaże mi za chwilę, że „tu jeszcze leży… no i tu jeszcze… I o, tutaj też leży… pełno igieł i pełno liści leży… co ty robiłaś całą niedzielę, kobieto?” – ale nic to, na tę chwilę mam wrażenie, że nie ma już żadnego liścia, którego nie musnęłyby swoją czułością moje czerwone grabie.

Więc mam 11 kupek liści.

I co z tego? Po jaką cholerę?

 

Pożytek z liści

Liście to skarb, kochani. Igły też. Pomijam walory rekreacyjno-crossfitowe: wykształciłam dziś biceps, triceps i czwarticeps w obu rękach i barkach. Spędziłam dzień na świeżym powietrzu. Dotknęłam żywej przyrody. Wąchałam mech, trawę (proszę bez złych skojarzeń) i odcisnęłam swoje piętno na grabiach. Sukcesem jest brak odcisków.

Ale liście to skarb prawdziwy. Kto ma liście, ten ma ziemię liściową, a kto ma ziemię liściową – ten ma zdrowy, piękny warzywnik i kwietnik. Moje liście zamierzam wykorzystać na 11 sposobów, między innymi:

  • suche liście powrzucam do beczek, w których latem przechowywaliśmy deszczówkę, ustawię w zadaszonym miejscu i gdy przyjdą pierwsze przymrozki wyjmę i zrobię z nich kopczyki dla roślin, które lubią mieć zimą ciepłe nóżki. Generalnie – wysypię je na wszystkich naszych rabatach kwiatowych i zimozielonych, bo chcę, żeby moje byliny dobrze przezimowały
  • nie zarażone chorobami liście spod drzew owocowych rozkładają się najszybciej i nimi wzmocnię i osłonię przed zimą nasz skalniak oraz podniesione rabaty warzywne. Część wrzucę do kompostownika; późną wiosną powinny nadawać się do rozrzucenia i przekopania w ogrodzie.
  • liście dębów, których mamy całkiem sporo, rozkładają się bardzo długo. One, a także liście buku i kasztanowca potrafią się rozkładać nawet przez trzy lata! Jutro więc poproszę Pana Kosiarkę, żeby wjechał w stertę z dębowymi i porządnie je wymłócił – to chyba najlepsza i najprostsza metoda rozdrabniania. Pan Kosiarka to Jacek: uwielbia kosić. Po rozdrobnieniu wysypiemy je na kompostowniku. Dosypiemy trochę preparatu przyśpieszającego rozkładanie (Komposan) lub kurzego nawozu (bo suche liście mają mało azotu) i za rok będziemy mieli cudną liściową ziemię.

Robimy kompost!

Szczęśliwie nie mamy jeszcze liści orzecha włoskiego – posadziliśmy go dopiero tej jesieni – ponieważ świeżo uschnięte liście orzecha wydzielają substancję, która hamuje wzrost innych roślin. Dlatego pewnie najlepiej jest je palić, jak radzą nam sąsiedzi, lub odkładać na osobną pryzmę. Po kilku latach także z nich zrobi się dobry kompost.

Co robimy z igłami? Igły sosny – każdej jesieni spadają ich miliony – są świetnym materiałem osłaniającym na zimę rośliny kwaśnolubne. Mogą także służyć – po przekompostowaniu – jako świetna ziemia próchnicza dla wrzosów, rododendronów, hortensji lub azalii. Z części igieł więc zbudujemy z nich kopczyki na korzeniach rododendronów i hortensji, będą nie tylko osłaniały przed mrozem i hamowały parowanie, ale też lekko zakwaszą glebę. Pozostałe pozostawimy w pryzmie, niech ulegają powolnemu rozkładowi. Przydadzą się kiedyś na wrzosowisku.

 

Mamy ten przywilej, że nadmiar igieł możemy wynieść do lasu, tam ich miejsce. Na trawniku nie powinny zalegać przez zimę, podobnie jak nie powinny na nim leżeć liście – ograniczają trawie dostęp do tlenu i słońca,

Jak zrobić ziemię kompostową?

A jeśli nie wiecie jak zrobić ziemię liściową, to podpowiem:

  • do kompostowania wybieramy liście, które ulegają szybkiemu rozkładowi. Pisałam już o drzewach owocowych, ale nadają się także liście brzozy, grabu, jesionu, lipy, topoli, wiązu czy klonu.
  • warto je rozdrobnić przy pomocy kosiarki, ogrodowego odkurzacza (niektóre posiadają taką funkcję) lub rozdrabniacza do gałęzi – mamy to urządzenie, ale nie wydaje mi się jednak, by było ono odpowiednio wydajne. Pan Kosiarka załatwia sprawę najszybciej.
  • kompostu nie powinniśmy układać z samej warstwy liści – po opadach deszczu zbiją się w oślizgłą miazgę i będą wtedy latami gniły. Dlatego trzeba je trochę rozluźnić, przemieszać np. z suchymi pędami bylin, wiórkami drzewnymi (tu właśnie przyda się rozdrabniarka do gałęzi), trocinami lub resztkami dyni czy ściętą trawą (ma dużo azotu)
  • warto, a nawet wręcz trzeba dołożyć do takiej sterty trochę dojrzałego kompostu, bo on spełni funkcję mniej więcej taką jak zakwas w cieście chlebowym – przyśpieszy dojrzewanie. Można dosypać trochę obornika, przydadzą się dżdżownice (kupiłam w Sieci za grosze) lub preparaty przyśpieszające kompostowanie
  • jest jeszcze inny, niekonwencjonalny sposób: upychamy liście do foliowego worka, zalewamy wodą (wilgoć jest potrzebna do rozwoju grzybów sprzyjających rozkładowi). Następnie zawiązujemy, przedziurawiamy w kilku miejscach, żeby część wody znalazła swoje ujście i zostawiamy w ustronnym miejscu ogródka. Za rok będzie z nich świetna próchnicza ziemia!

Do czego można użyć ziemi kompostowej z liści?

To idealny materiał służący jako podłoże do siewek. Nie ma jakiegoś ogromu właściwości mineralnych, ale stanowi doskonałą próchnicę. Cechuje ją duża przepuszczalność i zarazem duża pojemność wodna, ma trwałą strukturę. Polecam ziemię kompostową do uprawy drzewek i krzewów owocowych, a także do roślin wrzosowatych. Trzeba na nią trochę poczekać, na zimę taki liściowy kompostownik warto przykryć słomą, w czasie suszy koniecznie należy go podlewać, ale pożytek z tej dbałości jest naprawdę wielki!

A może liście spalić…?

Odpowiadam: nie warto! Liście palimy tylko w ostateczności, kiedy są ich naprawdę tony. Paląc – tracimy substancję organiczną, tracimy azot, który ulatnia się do atmosfery. Ale jeśli jest ich tak dużo, że nie można i nie ma gdzie ich przerobić, po spaleniu warto rozsypać powstały z nich popiół. Jest w nim sporo mikroskładników,  potasu, fosforu, wapnia i magnezu – przydadzą się roślinom! Popiół może być nawozem, choć nie ma w nim azotu, wykorzystajmy go do odkwaszenia gleby. Popiołu z naszych pieców (palimy głównie brzozą) używam np. do wzmacniania bzów-lilaków.

Podsumujmy zatem: to nie była taka całkiem nieudana niedziela. Mam tonę zgrabionych liści, mam kilka pomysłów na to, co można z nimi zrobić i… mam muskuły!

A teraz zalegnę na kanapie i proszę mnie nie budzić aż do rana 🙂

Ania (z Liściowego Wzgórza)

2 komentarze

  1. Akasha
    29 stycznia 2019
    Odpowiedz

    To cudnie że dzielicie się doświadczeniami. Od dziś wiem czym przykrywac moje rododendrony. A igieł sosnowych mamy baaardzo dużo.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni 7 przekleństw, które ciążą na wiejskim życiu
Następny Cisza i spokój. Prawda o życiu daleko od miasta

Poczytaj więcej

Fotografie czy wspomnienia? Wybór należy do siebie.

Ogrodowy rozdrabniacz do gałęzi… Kupić?

Ściągamy sok z brzozy. Jest świetny!

AAAAlergię w dobre ręce oddam!

Żenujące sieci, Orange i T-Mobile: wstydźcie się!

Jarmark Kiermusy. Barachołka i tandeta.

Sangha. Leśny Festiwal Hipokrytów uważam za zaorany

Zrób wewnętrzny raban. Nie gromadź stereotypów.

Ty piszesz, my odpowiadamy (2)

Absynt. Kto jeszcze pamięta jego smak?

Kaflove (2)

Jak motyle! Lekki felieton weekendowy

Czy warto mieć rekuperator? (1)

Kiedy powiesz sobie dość! Co na to endorfiny?

Gdy oświetla cię płomień sześćdziesięciu świec…