Zapraszamy do środka: mieszkańcy naszego kredensu


Kredens w kuchni lub jadalni był przed laty symbolem prestiżu i zamożności. Służył prezentacji rodowych sreber i cieszył oczy wykwintną porcelaną. Kredens to było coś! A dziś?

Dziś zapraszamy Was do środka, prosto do wnętrza naszego domu. Zaczynamy od kredensu, bo kredens ma dla nas szczególną wartość. Nie tylko sentymentalną, związaną ze wspomnieniami. Ale przede wszystkim użytkową: kredens powinien być pożyteczny! Temu przecież służy.

Kredensy Ani

W moim rodzinnym domu kredensy były dwa. Pierwszy – kuchenny, składał się z trzech części. Dwie skrajne, zabudowane, mieściły w sobie garnki, ścierki, ręczniki i wszelkie inne kuchenne przydasie. Za zamkniętymi drzwiami trzymaliśmy tam kawę, herbatę i wszelkie mąki, kasze, ryż i cukier. W części głównej, oszklonej, cieszyły oczy naczynia, szklanki i kubki, a w szufladach poniżej – sztućce.

Ważniejszą rolę spełniał kredens w pokoju gościnnym. Czy była to witryna wystawowa? Tak bym tego nie nazwała, na pewno jednak  był to kredens, w którym trzymało się „coś lepszego”. Były tam kieliszki we wszystkich rozmiarach i do każdego zastosowania. Utkwiły mi  w pamięci szampanówki z zielonego i miodowego szkła. Trochę bibelotów, pewnie jakiś kryształ, w końcu – taka była moda.

Oprócz nich – przepiękny zestaw kawowy z białej porcelany w delikatne niebieskie fiołki. Ciągle ma go moja mama! Do tego szklane i kryształowe misy i patery do ciast, ciasteczek i owoców. W zamkniętej części kredensu trzymało się obrusy i serwetki, dodatkowy zestaw obiadowy, sztućce.

Do kredensu wkładałam na przechowanie moje małe skarby. Na przykład ludziki i jeżyki zrobione z kasztanów, zapałek i żołędzi. Miały tam być na wieki, ale nigdy nie wiem, za czyją sprawą znikały po każdym sezonie. Może szły w świat?

Kredensy Jacka

W moim domu nie było kredensu… Taki styl. Mama wolała nowoczesne meble, w stylu fotela 366 projektu J.M. Chierowskiego, o którym nikt z nas nie myślał, że będzie kiedyś kultowy. Był zwykły i średnio wygodny. Z mebli, które zapamiętałem liczyła się najbardziej duża, szklana biblioteczka. Było w niej wszystko, od książek po bibeloty. I obrusy w dolnej, zabudowanej części.

Kredensy miały natomiast moje babki i ciotki. Pierwsza z babć, Wiera, z kredensem klasycznym, poniemieckim, z drewnianymi inkrustracjami, nie była związana zbyt mocno. Dziadek włożył do niego wszystkie swoje książki i tak już pozostało.

Kredens kuchenny był nijaki, pomalowany olejną farbą, która (tak bym to dziś powiedział) świetnie się spatynowała. W tym kredensie dziadek trzymał SWOJE sprzęty. O tym za chwilę.

Druga babcia miała kredens podobny do opisanego przez Anię – z kieliszkami, kryształami, wazami. Ale największą furorę robił kredens ciotki Heleny, przepełniony bibelotami. Częściej wspominam jego wartość artystyczną niż użytkową: małe porcelanowe figurki tanecznic stały obok szklanych łabędzi. Metalowe puzderka miały za sąsiada śnieżne kule…

Pamiętacie śnieżne kule? Wewnątrz woda, w wodzie figurka i pływające drobiny brokatu. Prosty tutorial Jak zrobić śnieżną kulę znalazłem tutaj, ale myślę, że nic nie prześcignie tamtych kul i wspomnień. Kwintesencja kiczu! A w tamtym czasie wydawała się tak fascynująca!

Zapraszamy do środka: nasz kredens

Dlaczego zaczynamy od kredensu? W wiejskich domach do wnętrza wchodzi się zwykle przez niewielką sień i trafia prosto do kuchni. Tak też jest u nas. Z małą różnicą: żeby wejść do sieni, trzeba wstąpić na ganek, który służy głównie za psie i kocie mieszkanie. Na ganku stoi kredens numer 1, staruteńki, który kupiliśmy kiedyś do firmy, potem trafił do jednego z naszych mieszkań, a wreszcie po renowacji i pobieleniu znalazł woje docelowe miejsce. Trzymamy w nim nalewki, butelki do nalewek i słoiki.

Kuchnia to dwa piece, ścianowy i chlebowy, a także spory półwysep z płytą grzejną. Pod oknem jest blat kuchenny z szafkami, zlewem, zmywarką, lodówką i ekspresem do kawy. Pod ścianą zaś stoi kredens. Jaki?

Nowoczesny, staromodny. Zbudowany według naszego projektu. Przestronny. Prawdę mówiąc – to miała być jego główna cecha: łatwa dostępność do zasobów i przestronność. I wiecie co? Okazało się, że przestronność to pojęcie osobliwie pojemne… A w naszym przypadku mało pojemne 🙁

Zapraszamy do środka

Wydawało nam się,  że w kredensie zmieścimy wszystko! Niestety…

Kredens, jak widać, jest biały, w jego szufladach i za zabudową mieszczą się głównie zioła i przyprawy, trochę większych naczyń i tac. W części oszklonej dominuje biel i wszelkie odcienie błękitu. Innych kolorów prawie nie ma, ale jeśli już są, to wszystkie w pastelowych tonacjach. Główną, ważną ze względów sentymentalnych rolę odgrywają… kubki. Główni mieszkańcy naszego kredensu 🙂

Do kubków mamy słabość!

A w zasadzie mieliśmy, ponieważ wydane zostało domowe zarządzenie, żeby nie kupować już ani jednego więcej. Mamy więc kubki i nie wahamy się ich używać. Kubki są przypisane do człowieka.

Najważniejsze są kubki kawowe. Dość spore: przywykliśmy pić kawę w wiaderkach. I na przykład to jest kubek Ani.

Zapraszamy do środka

A to kubek Jacka.

Zapraszamy do środka

Oto nasz podstawowy zestaw. Służy głównie do herbat ziołowych  (czarnej herbaty praktycznie nie pijemy).

Zapraszamy do środka

Te kubki podobają się naszym gościom:

Zapraszamy do środka

Większość naszych kubków kupiliśmy włócząc się po sklepach. Zamiar był taki, żeby w nowym domu i na nowe życie mieć wyłącznie nowe kubeczki. I to się udało.

A nasze kubunie do espresso wyglądają tak:

Zapraszamy do środka

Tu jeszcze kredensowa anegdota od Jacka:

Mój dziadek, jak wspomniałem, trzymał w kredensie swoje SPRZĘTY. Tak mówił. Były aż do śmierci jego wyłączną własnością – nikt nie miał prawa ich dotykać, używać, myć lub choćby bawić się nimi.

Dziadkowe były: łyżka, nóż, widelec i kubek. Metalowe. Pamiętające chyba czasy kozackiej siczy z XVI wieku. Nóż z ostrzem jak brzytwa, wąziutki, wyrobiony przez lata używania i pedantycznego ostrzenia. Łyżka głęboka, wojenno-obozowa. Widelec z wygłaskaną rękojeścią. I kubek, który wyglądał, jakby przeszedł szlak bojowy od Oki do Berlina, a pewnie i z powrotem.

Wszystko to było dziadkowe. Kiedy kroił chleb – brał do ręki szeroki na ponad 30 centymetrów bochen, przyciskał do piersi i ciął nożem długą pajdę o zawsze tej samej grubości: pół centymetra. Nigdy więcej, nigdy mniej. Miał oko. Byłby mnie zabił, gdyby zobaczył, jak grałem JEGO nożem w pikuty.

Fascynowało mnie to jego przywiązanie do własnych narzędzi. I… dzisiaj mam podobnie. Kubek jest mój, dwie określone łyżeczki są moje, mam swój ulubiony nóż i łyżkę. Ania przejęła ten zwyczaj. Nie wymieniamy się kubkami 🙂

* * *

Z oporami, trzeba przyznać, przystajemy na Wasze sugestie pokazania „jak mieszkamy”. I to nawet nie jest kwestia ochrony prywatności, bo przecież blogowanie oznacza powolne wkraczanie w tę strefę. Bardziej nam zależało na  utrzymaniu pokory i nie narzucaniu się z własnym gustem, wyborami i pomysłami. Wolimy dzielić się pomysłem na życie niż urządzanie wnętrz…

Ale skoro część z Was uznaje, że to może być interesujące – spoko. Wchodźcie do nas, zapraszamy. Dzisiaj na małą kawę 🙂

Ania i Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: 10 kroków do własnego domu na wsi

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Odliczamy do wiosny...
Następny Życie. Część II. Wydanie poprawione.

Poczytaj więcej

Czytam, czytam, aż Wióry Lecą!

Ty piszesz, my odpowiadamy (3)

AAAAlergię w dobre ręce oddam!

Jak ułożyć plan na życie? Spróbujesz?

Przewodnik po ludziach: Pan Z Koroną Podlasia

Trawnik mamy… skomplikowany

Blog po roku, czyli pierwsza rocznica

Rzucamy okiem na detale

Polskie globalne ocipienie. Rzecz o zacofaniu.

Jarmark Kiermusy. Barachołka i tandeta.

Kiedy powiesz sobie dość! Co na to endorfiny?

Pompa ciepła: męska rzecz! (1)

Ty piszesz, my odpowiadamy (2)

Weź nie pytaj! Rób kiszonki, to proste!

Ile kosztuje życie na wsi? Ceny w lipcu.