fbpx
Mroz idzie

Czekając na mróz. Ten prawdziwy

Minus dziesięć. Wróciliśmy ze spaceru z psem, ledwie minęła siedemnasta, a termometr już szaleje. Przy tak gwiaździstym niebie można się spodziewać, że dziś w nocy temperatura zejdzie do granicy piętnastu, siedemnastu stopni poniżej zera. Gotujemy się na mroźną bestię ze wschodu.

Przeżyliśmy już w Bociance mróz przekraczający minus trzydzieści stopni i było to jedno z najbardziej euforycznych przeżyć, jakiego tu doświadczyłem. Suche powietrze, zupełna cisza, strzały pękających nieopodal pni drzew – tworzące na drzewach blizny nazywane przez leśników listwą mrozową – a my przy ognisku, wtuleni w ogień. Piękni, spokojni i – a, co! – dwudziestoletni, siedzieliśmy na drewnianych ławach popijając życie grzanym winem…

Mróz niestraszny… przygotowanym na mróz!

Na tęgie mrozy trzeba się przygotować. Jest drzewo do pieców, zawczasu włączyliśmy ogrzewanie podłogowe w dwóch gościnnych pokojach, które urządziliśmy w byłej oborze – wszystko po to, by nie popękały rury z wodą. Magazyn z żywymi roślinami już szczelnie zamknięty, a wraz z nim – termometr. Gdy temperatura zbliży się do zera, trzeba będzie włączyć dmuchawę, bo szkoda nam roślin, które Ania przechowuje od jesieni do wiosny.

Ale przede wszystkim jest to najwyższy czas na szczelne opatulenie drzewek i wrażliwych krzewów. Jesienią podsypaliśmy je liśćmi i koszotą (koszota to lokalna nazwa mieszanki igliwia, mchu i liści, służąca kiedyś do uszczelniania fundamentów od zewnątrz), a gdy przyszły pierwsze śniegi – każde z naszych drzewek otrzymało wysoki, śnieżny kopczyk.

W jakim celu? Po pierwsze, śnieg uchroni korzenie przed przenikaniem mrozu. Po drugie, gdy zacznie się topić, zasili je w wilgoć razem ze składnikami mineralnymi z końskiego nawozu, którym podsypaliśmy większość roślin.

Mały mróz przeżyje tu większość krzewów i drzew owocowych, ale gdy zabiera się za nas wschodnia bestia – uwielbiam te medialne określenia – trzeba im jakoś dopomóc. Dziś więc dołożyliśmy morelkom nową warstwę agrowłókniny, zostawiając je na mrozie z błogosławieństwem: trzymajcie się, chłopaki!

Jutro, przed nadejściem najbardziej ostrej fali mrozu, zastawimy kostkami słomy otwory wentylacyjne ziemianki. Tu trochę dmuchamy na zimne (nomen omen), ponieważ ziemianka trzyma stałą temperaturę dzięki ciepłocie gruntu (teraz, jak widać we wskazaniach z gruntowego wymiennika ciepła, grunt na głębokości 2 metrów ma 7 stopni), ale… tak jest lepiej. Wszyscy tak robią w okolicy i choćby na kilka dni warto się w ten sposób zabezpieczyć.

Spacer o północy

Tym razem na śnieg nie możemy narzekać. Miejscami w naszej dolince jest go nawet 15-20 centymetrów, idealnie na kulig, narty i sanki. Przedarł się nawet przez korony drzew w lesie, przez co nasze z Rudim spacery o północy stracą swój apokaliptyczny charakter.

Spacerowaliście kiedyś leśnymi ścieżkami grubo po północy? Zapewniam – idealny pomysł dla fanów mocnych wrażeń. Ściana ciemności, którą ledwie omiata światło latarki. Las żyje. Jęczy, stęka, rozmawia. Gałęzie ocierają się o siebie, skrzypią, wydają głębokie pomruki.

Kiedy wieje lekki wiatr, konary potrafią stukać o siebie z jednostajnością godną bluesa, gdy zawieje mocniej – siłują się między sobą, zgrzytają zębiszczami, jakby się kłóciły, odgrażały sobie. Czasami coś spadnie, coś zakwili lub głęboko westchnie. A w innej chwili – słychać tylko ciszę. Bezgłośny sen drzew, którego nie przerywa najmniejszy dźwięk. Poza naszymi krokami. Wtedy jest chyba jeszcze bardziej strasznie.

I kiedy zimą, jak teraz, spada śnieg, kiedy pojawia się siarczysty mróz i świeci księżyc, cała ta sceneria nabiera jeszcze bardziej ponurego charakteru. Cienie kładą się na ziemi, przybierając różne postaci, kształty i konfiguracje. Widać je, są na wyciągnięcie ręki. Przez gałęzie prześwituje mdła poświata, dodając sosnom upiorności. Gdy zawieje – każdy z cieni porusza się, drzewa zaczynają mruczeć, a śnieg skrzypi i nigdy nie wiadomo, pod czyimi stopami…  Nawet pies  czuje atmosferę narastającej grozy: trzyma się blisko mojej nogi (a ja jego) i z radością zawraca, gdy mówię – idziemy do domu.

Nie, nie ma przymusu chodzenia z psem na ostatnie siku po północy, nie ma też powodu, by chodzić z nim akurat do lasu. Ale u nas większość ścieżek prowadzi właśnie tam, a że tam dzieją się rzeczy niezwykłe, przeto jesteśmy w lesie każdej nocy. I każdej nocy wracamy do domu jak po dobrym seansie w kinie – naładowani emocjami.

Latem tego nie ma, latem las dźwięczy, ale też pachnie, oddaje ciepło i wilgoć, jest bliski i miły. Jesienią i zimą w nocnym lesie jest jak w ponurych baśniach braci Grimm… A przecież wszyscy je lubimy!

Mróz? Czekamy!

Czekamy zatem na atak mrozu. Mamy sernik, makowiec, kawę, świeży chleb, mandarynki i Netflixa. Zmierzymy się z bestią siedząc głęboko w fotelach. Za nami ciepły piec. Ania z ciepłym kotem na kolanach i gorącą latte, ja z kieliszkiem wina z Południowej Afryki. Nic nam nie jest straszne!

Bestio, przybywaj.

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Sceny z życia mrozu

Podziel się:
Komentarz
  • Dziękuję za cudowny opis przygotowań do walki z bestią. I ja w ogrodzie zrobię dodatkowe przygotowania do walki, chociaż mieszkam w centralnej Polsce

    15 stycznia 2021
  • O kotełka dbajcie!!! Łapki mogą zmarznąć!

    15 stycznia 2021

Zostaw komentarz