fbpx

Faceci są z Marsa. Przez dwie doby

Wrócił, dziad jeden. Po dwóch dobach. I nawet nie próbuje się wytłumaczyć: przyszedł, ziewnął i zasnął , i tyle go było.

Żebym jeszcze wiedziała, gdzie się wałęsa. Poszedł na dziewczyny we wsi, czy błąka się po lesie? Poprosił o azyl polityczny na Białorusi – czy siedział z kolegami i zapomniał o bożym świecie? Zaszył się czasowo w jakiejś męskiej jaskini, czy porzucił mnie na dobre?

Podobno faceci są z Marsa i przypominają sprężynkę: oddalają się na pewną odległość od swojej partnerki, a następnie jednym sprężystym krokiem znów się do niej przybliżają. Ta przypadłość, według Johna Greya, jest cykliczna i na moim przykładzie mogę powiedzieć, że powtarza się mniej więcej co roku, w marcu. On nagle znika. Wychodzi z domu, nie bierze nic, nie mówi nic – po prostu znika. Nie ma go!

Pierwszą noc przeżywam normalnie, jak każda silna kobieta. Sprężynka, powtarzam sobie, musi się wyszaleć, pozwól mu, niech ma coś od tego życia. Dzień mija normalnie, ale kolejna noc to już pełen niepokój – a może jednak coś mu się stało? Może trzeba zacząć go szukać? Może przejść po lasach i po wsiach, i krzyczeć – wraaacaj! Chodź tu do mnie! Gdzie jesteś, kochany?!

Faceci są z Marsa. Ale żeby na tak długo?

Po słabo przespanej nocy nie wytrzymuję więc i ruszam na poszukiwania. Nie ma go nigdzie, we wszystkich miejscach, w których mogłabym go znaleźć – ani śladu. U sąsiada nic. We wsi nic. Biorę samochód i powolutku przejeżdżam okoliczne drogi, zerkając na pobocza: może gdzieś leży, może wypatruje pomocy, może kwili z bólu albo dogorywa bez przytomności.

Nic!

Zero śladów. Przepadł jak bursztynowa komnata. Albo jak nasze pieniądze z OFE. Wyparował. Oczami wyobraźni widzę już, co mogło mu się stać: wypadek na drodze, zaplątał nogę w kłusowniczych sidłach i wisi gdzieś pod sklepieniem sosen, do góry nogami, albo – tfu, tfu! – potrąciło go auto, porwała jakaś cycata kosmitka (bo przecież jest przystojny) lub wyłączył mu się wewnętrzny GPS, który zawsze kierował go w moją stronę.

Nic. Kompletnie nic, żadnych sygnałów, nawet próby kontaktu z nim nie wchodzą w grę – bo przecież on NIGDY nie wychodzi z komórką!

I nagle… wraca. Minęły dwa dni i dwie noce! A ten? Jak gdyby nigdy nic. Wychodzę na werandę – stoi na tarasie, przeciąga się, bo jest ranek, Rudi macha do niego ogonem, obwąchuje, a ten włazi do domu na bezczela, ziewa przeciągle i nic nie mówiąc, nawet słowa – pokłada się na zapiecku i zasypia w minutę. I możesz go budzić, szturchać, wydzierać się na niego: śpi snem kamiennym, nie ma go dla nikogo…

Wy też tak macie ze swoim kotem? Z kotem bez jajek, kastrowanym, porządnym na co dzień?

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Jak motyle. Lekki felieton weekendowy

Podziel się:
Komentarz
  • Mój Figielek żyje swoim życiem…nie naszym. Ma 8 miesięcy, uratowałam go jak miał 3 tygodnie.
    Wstaje kiedy chce, śpi kiedy chce. Na balkon woła, kiedy zechce.
    Kiedy otwieram puszeczkę zjawia się niespodzianie. Jak znajdzie swoją myszkę zabawkę przychodzi pokazać, nieważne czy 4 czy 6 rano.
    Niedługo przeniesiemy się na wieś…

    7 marca 2021
  • UFF….Pani Aniu….ale się się spociłem …myślałem …Pan Jacek ….
    Pięknie pozdrawiam
    Henryk

    10 marca 2021

Zostaw komentarz