Wspomnienie o Slawku

Sławek

Sławek zmarł. Ta wiadomość uderzyła nas dzisiaj z wielką siłą, wprawiając w zadumę, osłupienie i po stokroć, i po czasie, przypominając, że przecież trzeba się śpieszyć kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą! I że nie wolno odkładać żadnych spotkań z nimi!

Był naszym tutejszym Przyjacielem, Dobrym Duchem naszego siedliska, i może dlatego czujemy tak wielki wyrzut sumienia, że widywaliśmy się ostatnio zbyt rzadko, zbyt pośpiesznie i przypadkowo. Zjadał go rak, złośliwa gadzina, która dopadła Sławka akurat w czasie, gdy marzył mu się ostatni postawiony „tymi rękami” dom, dom drewniany, własny, dla siebie, żony, córki z mężem i wnuka. Taki jak z bajki, letniskowy, prosty.

Drewno mam, siłę w rękach mam, dlaczego nie spróbować? A co to jest, postawić dom z bala? – rozmarzył się kiedyś, prosząc, żebyśmy wynurkowali mu w Sieci jakiś poglądowy projekt. Chciał w ten sposób doprecyzować własne marzenia.

Z myślą o nim kupiliśmy ostatnio książkę, obiecując podrzucić przy najbliższej okazji. Książka nieważna, ważny był w niej wątek, który miał trafić prosto do serca schorowanego Sławka – Orzysz. A ściślej: jednostka wojskowa w Orzyszu, o której potrafił opowiadać godzinami, skierowany do niej karnie w czasach PRL. Orzysz to było ważne wspomnienie, brutalny klimat dawnej armii i dawnej „fali”, barwnie wspominany przez Sławka przy niemal każdej okazji.

Ostatnio pokazywaliśmy znajomym serce, które ułożył z dwóch plasterków kamienia polnego na podłodze naszej werandy. Mógł ułożyć te kamienie w dowolny sposób, ale mamy wrażenie, że układając je po swojemu, opowiadał nam jakąś historię. Bo Sławek był artystą. Prostym murarzem, zwykłym chłopakiem ze wsi, który stawiał w okolicy wiele domów i znał niemal każdego, bo setki ludzi zawdzięczało mu swój dom, chlew lub chlewik, oborę, stodołę czy ogrodzenie. Ale potrafił cos więcej niż tylko proste układanie cegieł i bloczków, niż tynkowanie i wylewanie fundamentów. Dla niego każdy projekt to była „koncepcja rozwojowa”, wszędzie umiał odcisnąć własne piętno.

W naszym salonie pozostawił po sobie głęboki ślad dłoni. Odcisnął ją w tynku, poproszony, by dać nam coś na pamiątkę. Mocne, silne palce, które zrobiły z naszej chałupki prawdziwie urokliwe domiszcze, pozostaną tu na dziesięciolecia.

On i Krzysiek, jego zięć, we dwójkę postawili nam wielką stodołę. Dwóch facetów! Targali na słupy wielkie bale, siedzieli okrakiem na więźbie dachowej, budując tak, jak stawiało się stodoły kiedyś – na zacios i wpust, na czopy i gniazda, na jaskółczy ogon.

Tak wygląda dzisiaj stodoła, dzieło Sławka i Krzyśka:

Rozbudowa domu, ziemianka, drewutnia, szopa, stodoła, dawna obora – w której razem z zięciem męczył się setnie, zrywając posadzkę, ogromne, betonowe kojce i koryta – i jeszcze murowana  z kamienia brama, warownia, studnia, ruina, drewniane ganki, nawet prosta wiejska sławojka, to wszystko dzieła Sławka. Kładł plasterki kamienia polnego na werandzie, ganku i tarasach, tynkował, murował, a gdy zdarzyło mu się wymurować źle – postawił ściankę od nowa. Był jednocześnie cieślą, stolarzem, murarzem, spawaczem, tynkarzem, zbrojarzem, dekarzem, kierownikiem budowy, mistrzem i pomocnikiem w jednym.

Nie wiemy, skąd człowiek może mieć tyle siły. Kiedy widzieliśmy Sławka – przecież starszego od nas! – który przenosił wielkie bale, bloki kamienia i worki cementu, który potrafił przesunąć ciągnik… w bok (miał takiego starusieńkiego katafiejca), to byliśmy pełni podziwu. I smutnego zdziwienia, gdy przy ostatnim naszym spotkaniu żalił się, że nie wolno mu dźwigać więcej niż 2 kilogramy…

Wredna choroba nie była na jego cierpliwość. Spalał się, rozpaczliwie szukając jakiegoś zajęcia, bo usiedzieć w domu nie potrafił. Sławka nosiło, miał energii za dziesięciu. Kiedy widział, że przyjeżdżamy do Bocianki i siadamy na rozłożonych na ziemi kartonach, bo nie było gdzie usiąść, zrobił nam porządne zydelki i ławki. Stoją do dzisiaj, przeżyją nas, tak jak przeżyły Sławka.

Miał w sobie wrażliwość, mocno skrywaną za murem szorstkości i siły. Doświadczyliśmy jej, gdy zabierał bezdomną Nukę – sukę, która pozostała po właścicielu siedliska – i gdy mówił o zwierzętach, pobitych kobietach, dzieciach, rodzicach. Albo o lesie. A las Sławka to był las dobrego gospodarza: zadbany, czysty, wychuchany.

Był zawsze, gdy potrzebowaliśmy pomocy. Zawsze! Kiedy wielka wichura przewaliła wokół nas dziesiątki hektarów lasu, a drzewa zablokowały nam drogę wyjazdu, Sławek ciął i usuwał je jako pierwszy, przed strażakami.

Początkowo byliśmy z sobą na dystans, a później, szybko, widując się każdego dnia staliśmy się sobie bliscy, niemal jak rodzina. Sam z siebie, nieproszony, przynosił nam grzyby, które zbierał po drodze idąc z domu do naszego siedliska. Przywoził jajka, podarował wiadro winogron, przyniósł jagody, częstował wielkimi pętami kiełbasy i szynki, gdy miał okazję je wędzić – z mięsa z własnego uboju. Serdeczna, rogata dusza.

Kiedy ściął lipę, a wiedział, że szukamy drewna do rzeźbienia, przywiózł nam wielkie lipowe kloce i tak po prostu zostawił je, niczego nie biorąc w zamian. Poproszony o radę – zawsze mówił, jak jest i jak trzeba zrobić. Albo rzucał po wojskowemu: – Pokazuję i omawiam!

Dużo i szybko czytał: lubił książki historyczne, o wojsku, o żołnierce, o męskiej przygodzie. I potrafił snuć piękne historie o swoim szwejkowaniu – Orzysz był zawsze na pierwszym miejscu! I kapral Karwacki również. Był też kopalnią wiedzy o okolicy, o ludziach, sypał anegdotami i wspomnieniami.

Och, wiemy, nie wypada mówić o męskich przywarach w tak smutnej chwili, ale z jednego powodu – trzeba.  Sławek był prawdziwym murarzem, a prawdziwy murarz w jego czasach, to był murarz, który za kołnierz  nie wylewa… Fakt: wypiliśmy na naszej budowie wiele piwa. Ale Sławek… wyhamował… Potrafił to zrobić! Sam, nie naciskany przez kogokolwiek! Znalazł w sobie wielką siłę, by przestać. Przez ostatnie lata, od śmierci syna, odstawił alkohol, a gdy dopadła go choroba, nie próbował nawet piwa bezalkoholowego.

Powiedział nam kiedyś, gdy pochował Mariusza, że tą tragiczną śmiercią ktoś na górze dał mu karę, a jak jest kara, to musi też być pokuta. Nie był gorliwie wierzący, ale przecież cerkiew miała w nim oddanego i pomocnego człowieka: pomagał przy odbudowie spalonej Grabarki, stawiał wielki przyklasztorny mur, choć pomstował, że kościół odgradza się w ten sposób od wiernych.

Był. Cholera, jak to się źle pisze! I jak ciężko jest nie poryczeć się, choć jesteśmy już stare konie i przeżyliśmy niejedno pożegnanie.

Mamy szczęście do ludzi. Sławek to jedna z tych osób, do których mieliśmy szczęście i o których zawsze opowiadamy z czułością, serdecznością. A teraz musimy opowiadać w czasie przeszłym… Tak trudno się z tym pogodzić.

Grażynko, Aniu… mocno mocno współczujemy, myślimy, jesteśmy z Wami.

Ania i Jacek

Podziel się:
Brak komentarzy

Zostaw komentarz