Lenistwo

Dzień lenia, refleksji i siekiery

Wczorajsze zdarzenia? Sąsiadowi wiatr wywrócił gigantyczną, starusieńką brzozę, Jacek pokonał siekierą sześć metrów sześciennych drewna, pies złapał szczurka, a ja miałam dzień lenia i refleksji.

Dzień lenia zdarza mi się rzadko, ale kiedy już się zdarza – jest tak samo gigantyczny, jak powalona brzoza. Nic, no zupełnie nic! Jedynie poranna, południowa, popołudniowa i wieczorna kawa, smoothie, obiad i jakieś marne obskubywanie przekwitłych kwiatków. Kompletna flauta.

Refleksyjny dzień lenia

Leżąc i snując się po domu miałam czas na beznadziejne refleksje nad wyrzutami sumienia: wyrzucać sobie, że się lenię, gdy pies, facet i siekiera ciężko napinają muskuły, czy nie wyrzucać?

Wyszło mi, że jednak nie. W końcu obiad BYŁ, kawy BYŁY, a kwiatki też musiał ktoś oskubać. I w takim stanie przyszła do mnie Eureka. Odkryłam, po licznych obrachunkach, że my w sumie znakomicie się uzupełniamy. Nie mogę czuć wyrzutów sumienia z powodu braku uczestnictwa w rytuale machania siekierą, bo w naszym domu to domena Jacka. On przecież nie wstawia na ogień kupionych u Oli (Pani Od Pierogów) kartaczy! Ja nie układam drewna, fakt, ale Jacek nie skubie kwiatów.

Leżąc i pachnąc machnęłam więc całą listę naszego domowego podziału kompetencji. Wiem, że nie jesteście ciekawi, bo w każdej rodzinie taki podział istnieje, ale i tak ją napiszę, żeby zbudować Wam jakieś pole do porównań.

I tak. Zaczynając z grubej rury: podzieliliśmy się nałogami. Ja kupuję fajki, Jacek kupuje wino. Kawa jest wspólnym nałogiem, choć jego kawa nie ma kofeiny. On obiera ziemniaki (najczęściej), a ja całą resztę. Jacek kroi chleb, ja parzę herbatę i dbam, żeby ziółka były dobrze dobrane – jemu na nadciśnienie, dla mnie – na orgazmy. (Żart taki okazjonalny.)

Pranie i prasowanie. Tu podział jest jasny. Ja pakuję do pralki, bo jak każda kobieta posiadłam zdolność rozdziału białego od czarnego oraz bawełny od wełny – dlaczego oni tego nie odróżniają?; nie wiem. Ja też włączam pralkę i wyłączam, ponieważ Jacek rzadko słyszy jej uporczywe pikanie.

Trzaskanie ręcznikami

Proces wieszania prania należy już jednak do mężczyzny. Dlaczego? Z powodów kabaretowych: nigdy nie jestem w stanie stać poważnie przy wieszaniu męskich spódniczek, zawsze mnie to śmieszy. – Co ciebie tak śmieszy? – słyszę, gdy zdarza mi się wieszać. Majtki mnie śmieszą, męskie. Wielgachne jak spódniczki.

A Jacka śmieszą moje. I skarpety, zwłaszcza stopki. – Powiesiłem twoje sznurki i naparstki – komunikuje, gdy odchodzi od suszarki, i pyta: – Ty nosisz te skarpetki na dużym palcu? Nie spadają ci?

Więc: pranie wiesza on. Zadziwiająco dobrze mu to idzie; nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak mocno trzaskał ręcznikami. Włókna mają im się podnieść – powiedział mi kiedyś, trzepiąc tak, że kot jeżył futro ze strachu.

Prasowanie? Tu sprawa jest jasna. Żelazko jest najrzadziej używanym sprzętem w naszym domu. Nie wiem, jak to się dzieje, ale tak jest. Prasować lubi Jacek, ale nie ma okazji, bo staramy się suszyć w ten sposób, by nie było powodów do używania żelazka. Daje się tak żyć, choć czasem jest ciężko. Ale gdy facet tak mocno umie strzepać pościel i ręczniki, że włókna błagają, by już przestał, to co tu jeszcze prasować???

I dalej. Sprzątanie. Ja łazienki i kuchnia, kurze, meble, zakamarki. Jacek powierzchnie płaskie – podłogi. Nigdy nie lubiłam odkurzaczy, on na odkurzaczu mógłby jeździć stale. Na mopie (parowym) też jeździ. On i robot – szyby, ja – lustra. Jacek opróżnia śmietniki i wynosi odpady segregowane, ja myję mydło, szampony i odżywki.

Pilot jest kobietą

Telewizja. To temat na dłuższy opis. Podział kompetencyjny nie istnieje od czasu, gdy odkryłam, że pilot jest kobietą. I nie jest moją winą, że wieczorem w telewizji prawie bez przerwy lecą programy ogrodnicze, przyrodnicze, kulinarne i poradnicze, a sportu prawie w ogóle nie ma! (Drugi żart sytuacyjny.)

Z tego też powodu podział kompetencji nałożył się na rozdział telewizorów. Jego telewizor nadaje wyłącznie jakieś strzelanki i mecze, mój – klimaty nastrojowe, edukacyjne i te inteligentne ;-),  programy bez wrzasku kibiców i bez udziału broni. Spotykamy się, żeby nie było małżeńskiej wojny, na wybranych filmach i serialach oraz w TVN24. W nieoglądaniu rządowej telewizji jesteśmy zgodni.

Przetwory. Ja robię ogórki, całość, jego nigdy to nie kręciło. Ale wiśnie dryluje Jacek, pestki ze śliwek wyciąga on i on też szypułkuje truskawki. Po wstępnej obróbce owoców reszta należy do mnie. Grzyby to też moja specjalność, choć czasem z Jacka udziałem. Smoothie robię ja – on zmywa pucharki.

Podziałów na zmywaku w zasadzie nie ma. Niby w domu jest zmywarka, ale najlepiej i najszybciej zmywa Jacek. Nie powiem, że chlapie, bo zawsze po zmywaniu wyciera, ale w cudowny sposób potrafi nadstawiać mokre naczynia nad właśnie wysuszonymi w suszarce, budując całe piramidy suszących się kubków i talerzy. Ich zbieranie i rozstawianie po kątach to moja domena.

Ogrody i zmysły

Teraz ogród. Podział jest prosty. Sad i jagodnik są Jacka, ogródek warzywny, kwiaty i zioła – moje. Ja uszczykuję kwiaty, on zrywa winogronom pasierby. Ja doglądam cukinii i pomidorów, on głaska jabłonie. Trawnik jest Jacka w całości. Cięcie krzewów, rąbanie, kopanie dołów, przestawianie mebli ogrodowych – również. Moje jest podlewanie drobnicy, Jacek leje wodą po całości, z rozmachem. Ja pielę, on sadzi. Ja na kolanach, on na fotelu. (Też taki żart.)

Ognisko to męska rzecz, wiadomo. Nie wtrącam się, zakazane, nikt tak jak facet nie umie podpalać! A już na pewno – nie kobieta! No, nikt… Podobnie jak wkręcanie żarówek, ustawianie pompy ciepła, oczyszczalni… Żadna kobieta tego nie pojmie, prawda?

Polowanie na muchy

Podjazd zamiata Jacek. Mnie nie przeszkadza, że między kostkami i kamieniami rosną sobie maleńkie rośliny, on odwrotnie – goni je, jak policjant. Ja ustawiam donice i doniczki, a Jacek… nawet nie wiem, czy on wie, że mamy kwiaty w donicach 🙂

Na muchy polujemy oboje. Osy, pszczoły i szerszenie z werandy wynoszę ja, bo według Jacka My house is my castle: pająkom, żuczkom, ślimakom i innym żyjątkom wstęp wzbroniony! Jesienią za myszami gania on i kot. Spacery z psem? Podział jest nierównomierny – częściej Jacek niż ja. Za to ja wcześniej wstaję i mam dłuższy dzień.

I tak to sobie wszystko liczyłam, zestawiałam, porównywałam i wyszło mi… ej, laska, nie jest źle?! Trochę tych zadań masz, coś tam w życiu robisz… Dzień lenia po prostu ci się należy!

Pomyślałam i nagle bum: wszedł do domu pan od siekiery, zmachany jak Lewandowski po ciężkim meczu, mokry od potu, z rozwianym, siwym, kochanym włosem, rzucił na ziemię koszulkę, a w moją stronę: – Masz przerąbane!

(Taki żart.)

Dokładniej rzecz biorąc: mamy porąbane sześć metrów brzeziny. I już. Jak dzień lenia, to dzień lenia.

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Co ma wisieć, będzie wisiało

Foto: Ugglemamma z Pixabay

Podziel się:
Komentarz
  • Hej, hej! Jak dobrze i wręcz słodko poleniuchowac, mieć czas na kontemplację i choćby rozrachunek osiągnięć, czy ich braku. To jest dopiero to. Kiedy nie masz na to czasu, to tak jakby uciekała ci cała przyjemność z życia. A kiedy pomedytujesz nad tym, kim jesteś dla siebie i innych to przynajmniej wiesz, czy zrobić krok do przodu czy raczej do tyłu, a może trochę przystopować, bo twoje ciało upomina się o to. Gratuluję stop klatki.

    11 lipca 2022

Zostaw komentarz