7 powodów, dla których warto wyprowadzić się na wieś


Jeśli jesteś prawdziwym mieszczuchem – nie czytaj tego tekstu. Jeśli wieś kojarzy Ci się z grillem, Januszem i disco polo – nie czytaj. Jeśli niczego nie chcesz zmieniać w swoim życiu – tym bardziej nie czytaj!

Wiem co piszę: byłem prawdziwym mieszczuchem, wieś kojarzyła mi się wyłącznie z wiochą, grillem i tanim winem pod sklepem, a w życiu nie zamierzałem zmieniać dosłownie niczego. Bo tak było mi dobrze. Kino, teatr, galeria handlowa, asfaltowe ulice, puby, kawiarnie, restauracje, wieżowce i dobra praca – wszystko pod ręką. Urodziłem się w mieście, wieś znałem wyłącznie z corocznych wyjazdów do dziadków, ale i one szybko minęły: najpierw z powodu mojego dorastania, a potem z powodu ich śmierci.

Ania z kolei dorastała na wsi, spędzając życie w małym mieszkaniu nad stacją kolejową. Później jednak wsiąkła w miejskość chyba jeszcze głębiej ode mnie: żyła i pracowała wyłącznie w dużych miastach. Poznaliśmy się w Warszawie, tam spędziliśmy razem ponad dekadę. I nagle bum! Zachciało się. O przyczynach tej zachcianki piszemy w innym miejscu, tutaj chcę dokonać małego, subiektywnego podsumowania: dlaczego warto było porzucić Warszawę i wyprowadzić się na wieś?

1. Na wsi wszystko jest inne niż w mieście

I to nas wciągnęło najmocniej. Ta różnica, ilość detali, które składają się na odmienność miejskiego i wiejskiego życia. Jeden z moich pierwszych wieczorów w domu na wsi był wieczorem z wiertarką. Obiecałem Ani, że przytwierdzę kilka obrazów, powieszę ozdoby, czyli wkręcę kilka śrubek. Chwyciłem za Boscha około 22 wieczorem i… zamarłem. Wiercić? O tej porze??!

A SĄSIEDZI???

Poważnie! Pierwsza myśl była właśnie taka. Nie mamy sąsiadów, ale strach wyniesiony z miejskiego wieżowca zrobił swoje. Tymczasem na odludziu mogę wiercić dziury przez całą noc (przez cały tydzień też), mogę robić wiele innych rzeczy, które są nie do pomyślenia w mieście. Ubieram się tu inaczej i nie przywiązuję uwagi do stroju. Zakładam drewniaki na nogi, bo są wygodne, choć w mieście – passé.

Pojęcia „brudne” i „czyste” okazują się na wsi bardzo relatywne.

______________________________

Codziennie niemiłosiernie brudzę łapy, a Ania morduje swój miejski szilak na paznokciach. Wnosimy do domu piasek, igliwie, źdźbła traw, a w ślad za nami zaglądają mrówki i pająki. Mam pył we włosach po przenoszeniu sterty kamieni, a Ania nie może odszorować pięt po całym dniu w ogródku…

EDIT ANI: Nieprawda! Nie muszę szorować, po prostu – każdego dnia po pracy w ogródku wracam zakurzona i trzeba ten kurz zmyć. A pięty? Pięty ciągle mam „miastowe”! 🙂

OK, z piętami przesadziłem. Ale idąc dalej w ocenach sielskiego życia – tutaj mogę biegać w slipach po dworze (nie biegam, ale mogę), mogę wyjść boso, pokrzykiwać, głośno się śmiać i – uwaga – gdy mi się nie chce iść do domu, mogę nawet zrobić siku w lasku, a lasek mam na wyciągnięcie ręki.

Wszystko jest inaczej także z wielu bardziej filozoficznych powodów. Żeby nas odwiedzić, trzeba chcieć. Trzeba sporego wysiłku i czasu, i trzeba wybrać się SPECJALNIE do nas, a nie wpaść na chwilę, na ploty, bez okazji i bez sensu. A i rozmowy na wsi mają inny charakter, rozmawia się dłużej, mądrzej, głębiej, ciekawiej. Nic nie goni.

Nie szukam tu miejsca do parkowania, to chyba oczywiste. Nie zamykam domu na klucz, gdy wychodzę – to nie było takie oczywiste na początku, ale już jest. Włączam głośną muzykę, bo lubię. Kopię piłkę (rzadko), kopię w ogrodzie (często), ruszam się. W Warszawie ruszałem się z czwartego piętra windą do garażu pod ziemią.

Mieszczuch na wsi odkrywa na nowo cały świat. Świat miasta i wsi łączy tylko samochód lub kolej. I niech tak pozostanie.

2. Na wsi wyśpisz się lepiej niż w mieście

Absolutnie tak. Bo jest ciemno i cicho. Moje wspomnienie z pierwszej nocy w naszym uroczysku jest następujące: NIC nie widziałem. Całkowite zero. W Warszawie na ścianach mieszkania malowały się jakieś wzory z ulicznych latarń, coś przejechało, coś błysnęło. Tu w Bociance widziałem jedynie bezkresną ciemność. Za oknem czerń. W domu czerń. Las i łąka przed nami w czerni.

Dopiero później zacząłem odbierać pierwsze jasne impulsy. Nigdy w mieście nie wiedziałbym, że maleńka dioda na ścianie lodówki daje tak dużo światła!

Nocą, idąc w kierunku tej diody, orientuję w czasoprzestrzeni i nie błądzę!

_________________________________

Sen jest lepszy z powodu dobrego, podlaskiego powietrza, co oczywiste, ale wynika także z zastosowanego przez nas systemu mechanicznej wentylacji i rekuperacji. Oddycham! I nawet moje stany alergiczne (na kota, a o kocie będzie przy innej okazji) nie mają tu takiej siły, jak w mieście.

O dziwo – przynajmniej dla mnie, bo Ania zawsze była rannym ptaszkiem – wstaję tu bardzo wcześnie. Niedziela w mieście to był sen do południa, na wsi wstaję zawsze po siódmej. Ania jeszcze wcześniej!

No i na koniec: w Bociance ze snu budzą nas ptaki, nie tramwaje.

EDIT ANI: Raz obudził nas sołtys. 

3. Na wsi widać zmienność pór roku

Czy to jest jakaś wartość? O, tak. Nie przywiązywałem nigdy wagi do momentów, w których zaczyna się jesień lub wiosna – teraz je widzę i precyzyjnie odczuwam. Pojęcie „zimnej Zośki” jest w mieście prawie abstrakcyjne, tutaj może znaczyć kompletnie nieudane plony w sadzie czy w warzywniku.

Kiedy kończy się lato, każdy wieczór tutaj jest osnuty mgłami, a powietrze wychłodzone wilgocią. Ponieważ mało jest kontrastowych punktów świetlnych (mieszkamy kilometr za wsią), prawie każdy wieczorny spacer z psem i kotem – zawsze chodzą z nami w parze – jest okraszony widokiem gwiazd i księżyca. Podczas pełni na dworze nie używamy latarek.

Zima jest zimą. Nie tylko z powodu Podlasia. Po prostu przychodzi moment mrozów, pora na śnieg, zawieruchę i świadomość, że nie ma najmniejszego sensu ruszać się spod pieca. Czytamy, gadamy, oglądamy filmy. Bo zima do tego służy. Z kolei latem w zasadzie nie zaglądamy do domu, całe życie toczy się na powietrzu. Chyba, że jest wielki upał – dom staje się wtedy prawdziwym, chłodnym azylem.

4. Na wsi masz świeże warzywa, owoce i kwiaty

Uwaga: ten akapit powinna napisać Ania, ponieważ to ona zakochała się w ogrodzie. Mój jest sad i trawniki, Ania mieszka w warzywniku i pośród kwiatów. To nasz drugi ogrodniczy sezon: mamy własne fioletowe ziemniaki, pomidory, ogórki, patisony, dynie, fasole w różnych postaciach, bób, kalarepy, marchewy, pory i selery. Mamy zieleninę, jarmuż, cebulę, czosnek i nawet dwa arbuzy nam urosły oraz jeden melon (drugi nie podołał).

Kiedy więc mówisz,  że warto by wrzucić coś do gara, na wsi po prostu idziesz do ogrodu, zrywasz coś i gotujesz. Kiedy chcesz widzieć kwiaty w wazonie – przycinasz to, co i tak przycinać trzeba, i bukiet robi się w pięć minut. Jedynie na owoce trzeba poczekać nieco dłużej: w trzecim roku po posadzeniu pojawiły się pierwsze jabłka, śliwki, dwie gruszki i ogrom wiśni. Czereśnia i pigwa jeszcze czekają, morele i brzoskwinie nie przeżyły.

Chociaż z drugiej strony… W mieście warzywa, kwiaty i owoce również są na wyciągnięcie ręki. W Biedronce, Lidlu… I czasami się zastanawialiśmy, czy jest sens chuchać na kilkanaście sadzonek pomidorów, skoro w pierwszej lepszej galerii handlowej za małe pieniądze można kupować ich owoce kilogramami. Jedna sadzonka na ryneczku w Siemiatyczach kosztowała nas złotówkę, niby tanio, za darmo prawie, ale jeśli dołożyć do tego pracę, podlewanie, nawożenie gnojówkami z czosnku, pokrzywy czy wrotyczu, to realnie rzecz biorąc ekonomiczny sens takiej uprawy może być wątpliwy.

Nie!

Każdy, kto zjadł choćby jednego małego pomidorka z własnego ogródka wie, że nic nie daje się porównać z jego smakiem.

___________________________________

Żadna hurtowa cena nie będzie warta porównania z jakością pomidora, cebuli, bobu czy marchewki z własnego dorobku. Może to nie jest ekonomicznie uzasadnione, może nakład pracy jest zbyt duży, ale efekt końcowy powala smakiem. I niech tak pozostanie.

5. Na wsi CrossFit trwa przez całą dobę

Od machania łopatą po grabienie liści. Od dźwigania szczap drewna do pieca – po samo rąbanie. (Uwielbiam rąbać drewno! Piszemy o rąbaniu drewna tutaj.) I dalej… Od schylania się w ogródku po zabawy z psem. Od zbierania grzybów po wchodzenie na drabinę, żeby zmienić żarówkę w lampie. I wreszcie: od odśnieżania po zamiatanie.

EDIT ANI: Tu się z Jackiem zgadzam. Grabię liście i raz przerzucam grabiami na lewo, raz na prawo – ćwiczę przedramiona. Kiedy kucam w ogródku, pieląc grządki – pracują pośladki, uda, łydki. Szczerze mówiąc: treningi Ewy Chodakowskiej mają w wiejskim stylu życia mocną konkurencję.

To jest nasz CrossFit. Jeśli nie siedzimy z nosem w komputerach, ćwiczymy tak przez cały dzień. Nasze siedlisko ma ponad 70 metrów długości, każdego dnia przemierzamy je kilkadziesiąt razy. Spacer do sąsiadów, wyjście na grzyby, wypady z psem (i kotem), doglądanie ogrodu i koszenie trawnika – to ruch, który nigdy się nie kończy.

I dobrze. Mamy kondycję nastolatków. I świetne wyniki badania krwi, serca, płuc.

6. Na wsi jest cisza i święty spokój

Od razu dopisuję: nie na każdej wsi panuje wspaniała cisza, takie siedlisko trzeba sobie wyszukać. We wsi – wbrew pozorom – ruch panuje niemały. U nas, na kolonii, wydarzeniem dnia jest przejazd ciągnika lub rowerzysty. Częściej widzimy przelatujące wysoko nad nami samoloty niż miejscowych.

Więc tak, naprawdę jest cicho i jest święty spokój. A jeśli nawet we wsi panuje ruch, to czymże on jest w stosunku do przelewających się ulicami miast strumieni aut, autobusów i tramwajów? Czym jest ten ruch wobec śródmiejskich korków, tłoku w galerii i na przystanku, jazgotu tłumów?

Nie da się pod tym względem porównać wsi do miasta. Może podobną ciszę gwarantują senne nadmorskie miejscowości zimą lub smutną jesienią: wówczas i tam jest spokojnie, cicho. Na wsi ten stan jest permanentny.

7. Na wsi jesteś sobą

Nie musisz odgrywać przed swoim szefem bardziej zaradnego i mądrzejszego niż jesteś. Nie musisz ubierać się dla swojego faceta w najmodniejsze ciuchy. No i nie musisz gonić za modą, być trendy, szykować dla siebie najnowszy gajer i ekstra buty – ich wartość szybko zweryfikuje wiejskie błoto.

Jesteś sobą, bo nie wiążą Cię sztywne miejskie konwenanse. Wieś oczywiście ma swoje rytuały, trzeba je poznać i być z nimi blisko lub na bakier, ale one nie tworzą tak zwartej, korporacyjnej etykiety jak zestaw zachowań i dress-code typowy dla miasta.

Gardząc chińszczyzną i szydząc z małomiasteczkowych bazarków, po pewnym czasie życia na wsi zaczynasz traktować tanie produkty jako coś naturalnego.

________________________________

Na wsi, gdy Twoje „miejskie” dżinsy czy dresy nie wytrzymują lokalnych warunków, kupujesz to, co jest dostępne i co jest tanie. Czy dasz wiarę, że noszę ciepłe i wytrzymałe spodnie na zimę (bojówki), które kosztowały 50 złotych? Czy wiesz, że za 80 kupiłem grubą, solidną kurtkę, która zimową porą dzielnie spisuje się w każdym lesie?

Tylko Ania wygląda mi na lekko zmartwioną: na bazarku kupiła do tej pory zaledwie kilka par kapci i wkładek. Plus zimowe walonki. No, ale umówmy się – ten tekst pisze facet, a facetowi potrzeba od życia znacznie mniej. Może dlatego Ania jest dzisiaj na zakupach w Warszawie (a to już zupełnie inna historia), a ja tu piszę o wiejskiej modzie.

Już po stworzeniu tekstu i powrocie Ani (zamiast ciuchów kupiła ładne słoiki) przyszły mi do głowy kolejne zalety:

  • pies wyprowadza się na spacer sam,
  • latem spoko chodzimy nago, bo przed nieznajomymi ostrzega nas szczekanie psa,
  • podczas spotkań z przyjaciółmi możemy śpiewać ile sił w płucach (Towarzystwo Opieki Nad Okolicznymi Zwierzętami jeszcze nie interweniowało),
  • PanWnuk ma dzięki naszemu siedlisku bliski kontakt z dżdżownicami, zdechłymi osami i żabami,
  • dzięki mieszkaniu w głuszy i albumom przyrodniczym potrafimy już rozpoznawać ptaki,
  • prawie codziennie widujemy dzikie zwierzęta,
  • mogliśmy obserwować jak buduje swoje wielkie gniazdo rój szerszeni (masz tak w mieście?),
  • pijemy zdrową wodę, jemy zdrową żywność, mamy świeży miód (od przyjaciół) i wielkie zapasy na zimę – ponieważ zbudowaliśmy sobie ziemiankę (masz ziemiankę w mieście? nie masz…).

Więcej zalet na razie nie pamiętam.

A Ty? Co uważasz za najważniejszą z zalet wiejskiego życia?

Jacek

 

4 komentarze

  1. Beata
    17 lutego 2019
    Odpowiedz

    Dobry wieczór:) wdepnęłam na chwilkę poczytać o rekuperatorze dzięki temu „załatwiłam” wieczór mężowi napuszczając na Państwa blog i… zaczytałam się:). Wszystko ładnie, pięknie wymienia Pan plusy, a coś o minusach? od czterech lat mieszkam na wsi i z początku tak samo widziałam tylko same dobre strony „wielkiej zmiany”, też miałam zamiar prowadzić swój pamiętnik z życia na wsi z tego sielskiego poukładanego czasu kiedy już z racji wieku (50) nic nie muszę ale jeszcze chcę :). Niestety na ” tej” wsi bo dalej jeszcze nie mogę powiedzieć że „mojej” no chyba że w obrębie mojej działki nic nie idzie tak żeby chciało się o tym wspominać, raczej szybko zapomnieć i nie psuć sobie nastroju. Mam nadzieję że jeszcze trochę pewnie parę lat i wtopię się w to miejsce choć czasem mam ochotę po prostu zwiać i zapomnieć szybko. Pozdrawiam serdecznie od dziś stała czytelniczka 🙂

    • 17 lutego 2019
      Odpowiedz

      Dzięki za komentarz, Beato. Pytasz o minusy – o minusy życia na wsi? Mniej, dużo mniej niż plusów. Może po prostu mieliśmy szczęście? Dla mnie największym minusem jest błoto na przedwiośniu i jesienią, nie mogę zrozumieć tego, jak w gminach traktuje się ludzi, którzy mieszkają z dala od głównych szlaków, na tzw. koloniach etc. To nie tylko kwestia finansów, ale też mentalności.

      Inny minus to internet. Dla kogoś, kto tak jak my pracuje w sieci, różnica między miastem i wsią jest totalna, na niekorzyść. To samo dotyczy rozmów telefonicznych, tyle, ile razy przeklinaliśmy i pisaliśmy do T-Mobile, to chyba tylko my wiemy. I wszystko bez skutku. Mamy internet z satelity, jedyny, który tu w miarę normalnie dociera, ale to nie załatwia całości problemów.

      Inne minusy? Musiałbym zmyślać. Może czasem chciałbym, aby miasteczko w pobliżu którego mieszkamy, było po prostu ładniejsze, żeby więcej się w nim działo, żeby można tam było usiąść na dobrej kawie, pospacerować – z tym jest słabo. Ale to nie problem życia na wsi, tylko otoczenia.

      Na sąsiadów nie narzekamy, bo mamy ich na dużą odległość. Miejsce jest fajne, domek nam się udał. Trudniej tu o pracę, to na pewno: nie wyobrażam sobie pracować w okolicy i to nie tylko z uwagi na wysokość zarobków, ale też na mentalność, na skalę rozmachu, w której planują swoje działania lokalne firmy. W dużych aglomeracjach jest z tym lepiej, a przynajmniej inaczej. Tu dominuje marazm. Ale znów: to nie kwestia życia na wsi, lecz jej otoczenia. Nasza wieś to rolnicy indywidualni i trochę sfery budżetowej, plus ci wszyscy, którzy jeżdżą za zarobkiem do Belgii, więc ich tu nie ma. Większość mieszkańców to ludzie starsi. Przesympatyczni, kochani, uczynni. Tak tu jest. Czy idealnie? Nie wiem. Na pewno nie chcemy stąd uciekać, wracać do miasta.

      Pozdrawiam. Rozpisałem się 🙂

  2. Zuzia
    21 sierpnia 2019
    Odpowiedz

    Hej
    No i załatwiliście mi wieczór😜.
    Gratuluję decyzji. My z mężem mamy podobne plany, ale za 4 lata, gdy młodego wyekspediujemy na studia. Szczerze mówiąc jesteśmy umęczeni Warszawą. Mąż pracuje zdalnie. Tylko mój etat muszę czymś zastąpić. U nas Podkarpacie, chata z bali na odludziu. Pozdrawiam….i czytam dalej😁

    • 21 sierpnia 2019
      Odpowiedz

      Witamy w klubie 💪😀
      Najważniejsze to dobry plan!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Jak palić efektywnie w piecu, kominku i kozie?
Następny Pochwała świętego spokoju

Poczytaj więcej

Jak zbudować ziemiankę? Sprawdź to! (1)

Ile kosztuje życie na wsi? Ceny w lipcu.

Między TU a TAM. Jak znaleźć motywację do zmian?

Kaflove (4)

Polska podzielona płotem durnej polityki

Nie ma zmiłuj, Panie Dziadku!

Nutribullet. Zwyczajny blender czy coś więcej?

Nocne refleksje o partnerskiej dojrzałości

Deszcz perseidów. Czy Twoje niebo zasłania świetlny smog?

Idę, dokąd idę

Piekło na różnych poziomach

Jak suszyć zioła?

Dziewczynka z książeczkami, czyli Ania wspomina lektury młodości

Ile kosztuje wiosna na wsi? Porównaj swoje ceny!

Fioletowe ziemniaki, czyli dieta cud