fbpx
pierwsze i ostatnie zauroczenie

Gdy minie pierwsze zauroczenie…

To będzie odpowiedź na pytanie pani Wiesławy Stachowskiej, która na Facebooku rzuciła nam ciekawy pomysł na kilka nowych refleksji o wiejskim życiu…

Pytanie brzmiało: „Na co zwracać uwagę, gdy minie pierwsze zauroczenie wsią, by uczucie nadal pozostało? Jaki są triki, by życie na wsi stało się przyjemniejsze po pierwszym rozczarowaniu?”

Strzał w punkt. Podobny temat poruszyła niedawno Anuszka, gdyśmy siedzieli w fotelach na tarasie i popijali popołudniową kawę.

Żałujesz? – zapytała. – Może byłoby lepiej, gdybyśmy mieszkali teraz w mieście?

Pierwsze zauroczenie

Kupiliśmy naszą Bociankę dokładnie pięć lat temu, w czerwcu 2015 roku. Nie damy o niej powiedzieć ani jednego złego słowa, bo to miejsce stworzone do życia w spokoju i ciszy, w naturalnej zieleni i czystym powietrzu. To nie krakowski, nie warszawski i nawet nie siemiatycki smog snuje się ponad nami – to jasne chmury, błękitne niebo, rześkość poranków i wieczorne mgły.

Czasami to, co piszemy o naszym siedlisku trącić może egzaltacją, mam tego świadomość, ale niewiele poradzę na fakt, że przeżywamy tu jakby drugą młodość i niezwykły rodzaj fascynacji. A jednocześnie wieś nas zmienia, poddajemy się jej rygorom, nieśpieszności, zwyczajom i kryteriom estetycznym. Ania z czarnymi paznokciami??? Kochani, w mieście nigdy nie widziałem choćby cienia brudu za jej pazurami wzmocnionymi jakimś szilakiem (ciągle nie wiem, co to jest), a tutaj żaden brud jej nie krępuje. Ani tym bardziej mnie. Brudne dłonie? Umyją się za chwilę w beczce z deszczówką, a wieczorem – w kąpieli.

Grzebanie w ziemi stało się drugą naturą mojej kochanej mieszczki. Stawia ogród, sad, nasze rabaty i wszystkie te kolory dookoła nas na pierwszym miejscu – nawet jeśli jedziemy do Kołobrzegu, to na dwa dni, bo co rośliny powiedzą? Kto o nie zadba tak dobrze, jak Ania?

A zatem – zmiana nawyków, priorytetów i wartości. To nas zaskoczyło i temu się poddaliśmy bez oporu. Kiedy chcemy, mamy gości w naszych pokojach. Kiedy nie chcemy, odpoczywamy, sennie snując się od ławeczki do ławeczki, od kawy do herbatki, od huśtawki aż po las i łąki.

Błogostan

Jeszcze cztery, pięć lat temu byliśmy w euforii. Pierwsze zauroczenie było niezwykle silne. Gdybym miał wypunktować najlepsze strony, ująłbym to w kilku punktach:

  • Uczucie nieskrępowania. Chodzimy półnadzy, czujemy się czasem jak na plaży nudystów w Chałupach. Nikt nam nie zagląda do okien. Nikt nie komentuje wyglądu ani naszych zachowań. Jesteśmy my, zwierzyna i dzika natura dookoła.
  • Proste życie. Podporządkowane porom roku i dnia, nie żadnym ASAPom i terminarzom. Jemy, kiedy chcemy, a to co jemy, rośnie w pobliżu lub jest dostępne u odległych sąsiadów. Właśnie przyniosłem z lasu kilka koźlarzy: nie było pomysłu na obiad i już jest. Oto największy z nich, 18 cm. 

pierwsze zauroczenie

  • Jakość produktów rolnych i ich cena. Pomijam zupę z okolicznych pokrzyw, fenomenalną, i własne pomidory, truskawki, ogórki, bób, sałaty, cukinie, cebule, czosnki czy marchewki – nic ich nie zastąpi. Kalarepa z ogródka smakuje jak… kalarepa z ogródka, a nie faszerowane chemią warzywo. Ale dodajmy do tego lokalne wędliny, mleko, masło i twaróg od Pani Danusi (w porozumieniu z Mućką rasy Jersey), dodajmy ziemniaki od Pani Wali i zjawiskowo dobry ser od Pana Wiesia, o jajkach od Grażynki nie wspominając. Nie da się porównać tych smaków, ich prostoty i często też ceny z „taśmowymi” wyrobami, które kupowaliśmy w mieście, nawet w sklepach ze zdrową żywnością. Albo zwłaszcza tam.
  • Jakość powietrza, w którym niespełna trzyletni Leo oddycha pełną piersią i nie wiszą mu gile. Komfort ciemności i księżycowych nocy. Przestrzeń lekka i przewiewna, zapachy lasu i łąki. Zioła, setki odmian, których będąc mieszczuchami nigdy nie znaliśmy i nie smakowaliśmy.

Pierwsze zauroczenie i pierwsze wątpliwości

Lista plusów, którą kiedyś ujęliśmy w jednym z wpisów, wcale się nie zdezaktualizowała. To ciągle jest miejsce z czarodziejską duszą i charakterem. Ale nie ukrywajmy – bywają i takie chwile, gdy ogarnia nas chęć ucieczki do świata betonu, asfaltu, korków, do świata klatek schodowych i sklepów, w których jest wszystko, więc… po co babrać się w ziemi, po co męczyć?

Przykład? Wymiękam już kolejny raz, gdy wiosną cały mój ukochany sad (sadek właściwie) dostaje w łeb od Zimnej Zośki. Mróz nie oszczędza niczego: zakwitły rekordowo jabłonie, grusze, śliwy, wiśnia, czereśnia, nawet pigwa pierwszy raz – i jednej nocy: wszystko usieczone! Mróz zostawił nam dwie wisienki, łaskawca.

Ania pielęgnuje na przedwiośniu sadzonki, wcześnie, choć we właściwych porach, obsiewa nasze rabaty ogrodowe, wygląda marchwi, pietruszki, kopru, fasoli… I co? I cisza… Zamarzło. Wyschło. Zgniło. A co nie przepadło, przekopał turkuć podjadek i też padło.

To są chwile, kiedy pytasz sam siebie o sens. Jakie jest powód, by tak się męczyć? Dla marchwi tracić nerwy? Pocić się przy obskubywaniu kwiatków, pieleniu, kopaniu, rozsadzaniu, koszeniu? W mieście masz wszystko pod nosem, jak nie w jednym sklepie, to u konkurencji…

Kolejne wątpliwości…

Tu wszystko zależy od nas. Ma to swoje dobre strony, bezsprzecznie. Ale kiedy walczysz przez trzy dni i przez sześć ulew z płynącą z pagórka mulistą żyburą, która ścieka do stodoły i na podwórko, to pierwsza myśl, która się rodzi, gdy siadasz wieczorem w fotelu, brzmi tak – czy ja to wszystko muszę? Czy obchodziło mnie, w jaki sposób administracja naszego „miejskiego” osiedla radziła sobie z zalanym garażem?

Czy zastanawiały mnie kiedyś ogrodowe lampy, którym trzeba umyć klosze i wymienić żarówki? A teraz musi… A może zajmowało mnie, czym ogrodnik podlewa rabaty, jak walczy z mszycami na różach i co podsypuje różanecznikom, żeby miały wybarwione na zielono liście? Nie. Tu – robimy gnojówki z pokrzywy, czosnku, piołunu, żywokostu. Pryskamy, podlewamy, wąchamy, bo perfuma to to nie jest.

Chciałoby się czasem oddać komuś część tej samodzielności, zrzucić z siebie tę odpowiedzialność za całokształt. Przekazać gdzieś dalej tę natrętną myśl, że trzeba kupić i narąbać drwa do pieców na sezon grzewczy 2021/22 – żeby zdążyły wyschnąć. Przyglądać się kwietnym rabatom, a nie siedzieć w nich godzinami, do bólu pleców i siódmych potów. Wyjść na odśnieżone przez służby komunalne podwórko, nie pamiętać o zasileniu oczyszczalni nową porcją bakterii, nie kosić trawy z hektarów trawnika i nie walczyć z owadami, które tną przed burzą jak oszalałe.

Ostatnie pierwsze zauroczenie

Pora na konkretną odpowiedź na pytanie pani Wiesławy… Na co zwrócić uwagę, gdy minie to pierwsze zauroczenie? Otóż – trzeba sprawić, by nie minęło! Jak? Zachować chłodną głowę. Nie popadać w egzaltowaną skrajność, która maluje świat w różowych kolorach. Widzieć w wiejskim życiu od pierwszych dni zarówno plusy, jak i rzędy minusów. Ustawić sobie listę priorytetów – na czym nam zależy, co się liczy, co ma znaczenie, a co można pominąć.

Inny sposób leczenia to powrót we wspomnieniach do życia w mieście. W dyskusji z Anią, o której pisałem Wam na wstępie, zastanawialiśmy się – co tego konkretnego dnia robilibyśmy w miejskim mieszkaniu na piętrze? Siedzieli na balkonie? Pili kawę? Co jeszcze? Spacer po zatłoczonych i gorących ulicach? Szum wiecznie włączonego wiatraka, który mieli ciężkie powietrze? Jakieś kino w pandemii? Łazienki raz w tygodniu? Co więcej? Poza pracą, rzecz jasna.

Tu zawsze jest po co się schylić, bo zawsze znajdzie się jakieś niecierpiące zwłoki zadanie. W mieście możesz zetrzeć kurze, okna umyć, podłogi – cała rozrywka. Tu dzień wypełniony jest setkami zdarzeń i wrażeń, w mikroskali, rzecz jasna, ale jednak. Nie ma nudy!

Pierwsze zauroczenie powinno więc być ostatnim. Nie ma co patrzeć na wieś w kategoriach sielanki, bo to nie jest sielanka. To zobowiązanie, dodatkowa praca, pot, wysiłek, częste porażki. Ale jednocześnie mnóstwo satysfakcji, kiedy wszystko rośnie i kwitnie, kiedy budzi się do życia i zasypia, nawet zimą.

Jakieś triki?

Nie ma trików, pani Wiesławo. Trzeba twardo stąpać po ziemi. Odpowiedzieć sobie na pytanie – DLACZEGO tu jestem? I zrobić bilans, plusy dodatnie i plusy ujemne. I trzymać się plusów dodatnich, odganiając ujemne albo ograniczając ich zasięg i siłę.

Są tu takie dni, gdy dopada nas chandra i zniechęcenie, ale przecież tak może zdarzyć się zawsze, w każdych warunkach. Bywają tu takie chwile, kiedy miotamy k…ami, bo coś nie jest takie, jak być powinno. Są chwile zwątpienia – czy to naprawdę ma sens? – ale jest ich zdecydowanie mniej niż godzin wypełnionych radością, kiedy chce się żyć, kiedy otula nas miłość, jasność, ciepełko, a dodatkowo – ogień i dym z małego ogniska. Lub z pieca.

Nie ma trików. Nie wolno jedynie zwariować, zamknąć się w łupinie depresji, uciekać przed ludźmi. Warto próbować bioróżnorodności: mieszkać na wsi, ale uciekać do miasta tak często, jak się da, choćby po to, żeby napakować się niechęcią do smogu, korków i rozgrzanego asfaltu. Łowić chwile ulotne wszędzie, w każdych okolicznościach.

Mnie po całym dniu uspokaja nocny spacer z psem, zwykle około północy. Ja świecę latarką, Rudi oczami. Jest obezwładniająca cisza i ciemność, tylko my dwaj, światła gdzieś w oddali, można zagapić się na gwiazdy (gdzie podział się Wielki Wóz?!), odetchnąć świeżym powietrzem i pomyśleć – Boże, jak cudnie.

Nic nie rozprasza, nic nie przeszkadza, będąc sam na sam z własnymi myślami można znaleźć silną motywację i pocieszenie w każdej złej chwili.

Trzeba się zauroczać taką wsią codziennie, po kawałku. Ale nigdy na zabój. Bo wszędzie może być pięknie.

Jacek 

POLECAMY RÓWNIEŻ: Teraz, k…a, ja!  

A TAKŻE TO: Jak znaleźć motywację do zmian?

Foto: liuksena z Pixabay 

Podziel się:
Komentarz
  • Panie Jacku dziękuję za wyróżnienie mojej odpowiedzi na Państwa pytanie konkursowe o temacie pierwszego ebooka. Mam to szczęście ,że całe życie mieszkam na wsi jednak w bloku , z małym ogródeczkiem bez tak pięknej i wielkiej własnej przestrzeni jak Państwo. Dostrzegam plusy i minusy mieszkania na wsi ale nigdy nie zrezygnowałabym świadomie ze wsi. Marzy mi się swój mały domeczek z większą ilością własnej przestrzeni. Uwielbiam Wasze wpisy, inspirujące przepisy na cudowności natury. W dzisiejszych czasach własny ogródek to błogosławieństwo, obcowanie z naturą, zobaczenie na żywo pracy pszczółek i słyszenie ich pracy, słuchanie a raczej usłyszenie ptasiego koncertu o poranku , te powolne życie …Dziękuję za wyróżnienie i cieszę się ,że moje pytanie zainicjowało piękny ,merytoryczny wpis. pozdrawiam Wiesława Stachowska

    2 lipca 2020

Zostaw komentarz