herbatka ziolowa

Szeptucha zbiera zapasy na zimę

Dzień dobry, to ja, Szeptucha Anna. Dziś będziemy się mocno przytulać i pachnieć.

Mamy fazę na zioła. Upał zrobił się taki, że wszystko znów schnie na popiół, ale wielu ziołom w to graj. Nie znam jedynie powodu, dla którego prażące słońce nie może spalić tego nadmiaru mięty, która rozszalała się w naszym ogródku i sadzie. Może palić, może mrozić, ale ona jest niezniszczalna: anektuje kolejne obszary, żyje bez podlewania, ignorowana, wręcz wyganiana, ale żyje. I rozwija się, i to jak!

W maju zebraliśmy pokrzywę, tę najlepszą, młodziutką, która ma najwięcej wartościowych substancji leczniczych. W maju był też pierwszy pokos mięty, a już na horyzoncie czai się drugi i pewnie trzeci, jak znam miętę i jej pazerność na życie.

Czerwona koniczyna

Za nami już czerwcowy zbiór czerwonej koniczyny – dziewczyny, to roślina dedykowana właśnie nam! Bo czerwona koniczyna to dla organizmu kobiety balsam, który zawiera naturalne fitoestrogeny. Czerwona koniczyna delikatnie reguluje poziom hormonów, jest więc pomocna w okresie menopauzy, ale też pomaga znieść nieznośne bóle miesiączkowe. Od jesieni do wiosny często dodaję do herbatek 2-3 suszone kwiatki.  

Koniczyna  czerwona wpływa ponadto na poprawę snu, poprawia koncentrację, zmniejsza bóle głowy i stawów, pomaga w pracy serca zwiększając jego wydajność, zmniejsza ryzyko wystąpienia osteoporozy. O tym, że wpływa korzystnie na włosy i stan skóry nie wspomnę – to działanie uboczne, choć wartościowe.

Na moje specjalne zamówienie – z czerwonej koniczyny – Jacek robi nalewkę. Koniczyna + procenty + miód za zdrowie pań… 🙂 TO DZIAŁA!

Pan majeranek, jego smak i zapach

W czerwcu Szeptucha Anna zrywa też babkę lancetowatą, oregano i tymianek. Ale dla nas najważniejsze są zbiory majeranku, z którym mieliśmy wiosną ciekawą przygodę. Nasz ubiegłoroczny susz majerankowy skończył się i w sklepie zielarskim znanej podlaskiej firmy kupiliśmy pokaźną jego paczkę. Często robię naszym gościom zalewajkę, czyli zupę NIC – na ziemniakach i serwatce, a jej wyborny smak zależy w ogromnym stopniu właśnie od majeranku.

Sypnęłam więc majerankiem, zdrowo. Nic, bez smaku. Dosypałam. Nic, nadal nic! Jeszcze trochę i nadal zupa o smaku trawy. Nie wiem, co w tym kupnym majeranku jest, czy raczej – czego w nim nie ma, ale taki majeranek w ogóle nie smakuje i nie pachnie. Siano i już. Dlatego powiedziałam sobie, że od tego roku naszego, domowego majeranku w naszym spichlerzyku nigdy nie zabraknie.

Ziołowa mapa

Niebawem następne zbiory: kwiat czarnego bzu, kwiat lipy, krwawnik i lepczyca. O lepczycy za moment, zatrzymajmy się przy samym procesie zbierania i suszenia ziół. Skłamałabym pisząc, że wszystkie te zioła mamy na wyciągnięcie ręki. Raczej – na wyciągnięcie roweru czy samochodu. Jeżdżąc po okolicy i przyglądając się ziołom, krzewom i drzewom, zrobiłam sobie stosowną mapę Szeptuchy Anny.

Na przykład po głóg jeździmy aż za Bug, ponad 20 kilometrów. Tam znaleźliśmy dorodne, dzikie krzewy! Plantację pokrzywy mamy tuż przy płocie, nie kosząc części trawnika. Plantacja mięty zrobiła się sama, z kilku sadzonek. Kwiat lipy – u Sławka, sąsiada zza lasu, orzechy włoskie do nalewki zdrowotnościowej – u sąsiada Piotrka, we wsi. Kwiat czarnego bzu tuż za naszym płotem.

Tarniny jest pełno na skraju okolicznych lasów. Mieliśmy problem z dziką różą, ale już nie mamy – zrobiliśmy z niej mały żywopłot tuż za sztachetami i… właśnie pięknie kwitnie. Dzikiej róży będzie w tym roku zatrzęsienie!

Wrotycz, piołun czy skrzyp na gnojówki to już kwestia sezonowa. Kiedy siedem lat temu odkryliśmy Bociankę, wrotycz królował na wszystkich łąkach. Potem zniknął i pojawiał się sporadycznie w wybranych przez siebie miejscach. Podobnie piołun, którego w minionym roku praktycznie nie widziałam. Skrzyp… Hmmm… Skrzyp natomiast nie opuszcza nas nigdy. Toczymy nierówną walkę, w której wygrywam raz ja, raz on, ale najwięcej wygrywają rośliny: gnojówka lub wyciąg ze skrzypu jest cudownie wzmacniająca! Skrzyp to krzem, więc napar przydaje się też do kąpieli czy choćby płukanki do włosów.

Długo szukałam w okolicy żywokostu, który jest idealny do nawożenia roślin, szczególnie tych kwitnących i owocujących, ponieważ zawiera dużo potasu. Gnojówka z niego przebija smrodkiem wszystkie gnojówki świata, łącznie z tą z czosnku i pokrzywy, ale postawiona gdzieś na uboczu nie przeszkadza, a na rośliny działa rewelacyjnie. Dopiero niedawno, dzięki wymianie komentarzy na Facebooku między Jackiem i Marcinem, naszym sąsiadem ze Stacji Sycze, odkryłam, że żywokost rośnie nie opodal, wzdłuż linii kolejowej… A ja zjeździłam za nim pół powiatu 🙂

Podsumowując: warto mieć własną ziołową mapę. Wiedzieć, gdzie czego szukać. Później – idziesz prosto do celu. (Nawiasem mówiąc, ja na mapę ziołową nakładam mapę grzybową, ale to inny temat, a zresztą i tak Wam mapy grzybów nie pokażę, o.)

Suszy się!

Warto też wiedzieć cokolwiek o suszeniu ziół. Powinno być maksymalnie naturalne, nigdy nie bezpośrednio na słońcu, w przewiewnym pomieszczeniu. Nie jestem fanką suszenia w elektrycznych suszarkach, ponieważ mam wrażenie, że ten przyspieszony proces odbija się na jakości suszu. Wolę spokojne suszenie na poddaszu: mam wrażenie, że w ten sposób pozwalamy ziołom przejść tę swoistą reinkarnację z dumą i godnością.

Ziół nie trzymamy w suszarni zbyt długo; kiedy tylko wyschną, powinny trafić do słoja i w suche, ciemne miejsce.

Odkrycie Szeptuchy: lepczyca

Wspomniałam o lepczycy. To dla mnie, dla nas, nowość. Lepczyca ma wiele nazw, najczęściej używane to: przytulia, przytulina, zaprzał, ostrzyca, marzanka lub zataj-ziele… Mnie się podoba przytulia i lepczyca, choć do niedawna traktowałam ją per noga, albo raczej – per kosiarka, bo to uciążliwy i czepliwy chwast.

Kiedy się o przytulię otrzesz, przyczepi się do Ciebiem, jak rzep psiego ogona, jak natrętna myśl lub jak głupia piosenka od rana (też tak macie, że nucicie o poranku jakieś bezsensowne szlagiery, w typie „Dmuchawce, latawce, wiatr…”?). Lepczyca, czyli przytulia, czaiła się na nas gdzieś pod płotami, w miejscach dzikich i bezwartościowych, obrastając wszystko, do czego dało się przykleić. I szczerze mówiąc, ignorowałam ją lub zwalczałam.

Błąd! To znana od stuleci roślina lecznicza! Kiedyś młoda przytulię podawało się jak szpinak. Używano jej w warzeniu serów – świetnie ścina mleko. W Niemczech dodają lepczycy do produkcji piwa: wzmacnia woń pszenicznego Weisbier. Zapach rośliny utrzymuje się długo po wysuszeniu: na wsiach używano lepczycy do odstraszania ciem i moli – napełniając nią płócienne woreczki. Jej korzeń służył zaś jako czerwony barwnik.

A dlaczego jest tak wartościowa? Mimo, że ma szerokie spektrum działania, to najistotniejsze jest, że oczyszcza krew. Ze złego cholesterolu, z płytek miażdżycowych, z toksyn. Działa antyzakrzepowo, zmniejszając ryzyko miażdżycy.

Prawie jak kawa

Przytulia to bogactwo tanin, flawonoidów, kwasów polifenolowych, glikozydów, krzemionki, saponiny, soli mineralnych. Ułatwia pozbywanie się obrzęków, regeneruje organizm, działa moczopędnie, jest przeciwzapalna i rozkurczowa, przyśpiesza przemianę materii. Lepczyca wzmacnia wątrobę, śledzionę i trzustkę, wspomaga układ limfatyczny.

Tak jak kawowiec – zawiera kofeinę! W rzemieślniczych lodziarniach używano jej do produkcji lodów, jako lokalny substytut kawy. Prażone nasiona lepczycy smakują ponoć podobnie jak kawa, hmm… sprawdzę… do tego etapu jeszcze nie doszliśmy. Bywa używana w winiarstwie do aromatyzowania win – Jacek, czytasz? Do aromatyzowania wina: może wypróbujesz w tym roku? Czasem stosuje się ją też do produkcji perfum i kosmetyków.

W ziołolecznictwie używa się lepczycy w formie naparów, herbatek, wyciągów i nalewek. Nastawiam się w tym sezonie właśnie na przytulinę i układam pierwszą tegoroczną kurację. Przytulimy przytulię!

Sezon w pełni

W lipcu – dalszy ciąg zbiorów. Przed nami dziurawiec (ziołowy Prozac), rumianek, dziewanna i nasturcja. Będziemy suszyli liście winogron i czarnej porzeczki. Później czas na kolejny pokos majeranku i zbiór płatków nagietka. Jesienią startujemy z głogiem, owocami róży i tarniną. I z GRZYBAMI! Taaaaak…, z grzybami. Oby tylko latem czasami popadało…

I pomyślcie: wszystko to gratis. Samo rośnie, wymaga jedynie czasu na zbieranie, odrobiny zainteresowania, miejsca do suszenia i przechowywania. Cały rok przyjemności i zdrowia!

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Proste, wiejskie życie z darami natury

Ilustracja tytułowa: djm z Pixabay

Podziel się:
Komentarz
  • Pani Aniu …..cudowny., pouczający artykuł…. zostałem zmotywowany do zbierania i gromadzenia tych leków . Babka lancetowa ….hmmm…..co z nią ??? do czego ?? i jak ?? Pięknie pozdrawiam

    28 czerwca 2022

Zostaw komentarz