6:45 itd. Wyznania (nie)młodego blogera


Wyznania niemłodego blogera

Też tak macie?

Siadam do pisania. Patrzę w prawo: o, książka. Coś tu miałem zaznaczyć! Zaznaczam. Wracam do klawiatury. Zaczynam pisać. A, sprawdzę co tam w Sieci. Oglądam jakiś trailer Netflixa, czytam newsy. A, jeszcze sprawdzę fejsa! Sprawdzam. Wracam do pisania. Oj! Miałem przelewy zrobić. Robię. Wracam do pisania. Ach, kawa! Idę zrobić kawę…

Jeśli myślisz, że poszedłem zrobić kawę i wróciłem do pisania, to jesteś w tzw. mylnym błędzie. Wyrzucam kapsułkę. Śmieci! Kiedy przyjadą po śmieci? Sprawdzam. W piątek. Dziś jest piątek! Trzeba wystawić worki przed płot. Ubieram się. Wkładam buty na ganku.

6:45

Na ganku w szafkach mamy segregatory odpadów. Obok nich stoją saszetki z bakteriami do przydomowej oczyszczalni ścieków. Saszetki! Kiedy ja ostatnio zasilałem oczyszczalnię bakteriami??? Wrrrróć! Wracam. Rozcinam saszetki, wsypuję do muszli, spłukuję wodą. Patrzę – kawa! Zaparzyłem kawę! Trzeba wypić choć trochę, przecież zimnej kawy nie ruszę.Za nic.

Zdejmuję buty. Siadam w salonie. Piję kawę. Miałem ustawić nagrywanie filmu – Aniaaaa! na którym programie??? dzięki! – ustawiam. Pilot! Baterie były do wymiany już dawno. Łyk kawy i skok do szafki: gdzie my mamy baterie? W szufladce pod zlewem? Otwieram, wyciągam, wkładam – patrzę. Śmieci! Trzeba wyrzucić śmieci! Dziś jest piątek? Piątek.

6:57

Kawa tam, śmieci tu. Wybieram śmieci. To moment przecież, zaraz wrócę, kawa nawet nie zdąży ostygnąć. Ganek. Buty. Pojemniki. Worek. Worki! Cholera, trzeba nowe worki! Gdzie są nowe worki? Wiadomo: w kuchni. W szafce pod zlewem. Proste.

Szafka-worki-wymarsz. Ale… Cztery worki, dwie ręce. Nie dam rady. Dwa worki, dwie ręce. Dam radę! Idę. Pies też idzie. Nie pomaga! Mizdrzy się tylko i podgryza. Wystawiam worki przed płot. Leży gałąź  wyłamana z drzewa po wichurze. Odrzucam. Jest i druga. Odrzucam. Pies za nią. Aha, wysikać psa! No jasne. Idziemy sikać. Sto metrów, dwieście – powrót. Kawa stygnie!

7:07

Ta sterta liści ze środy… Nie, sorry, trzeba ją wynieść. Widły – widły są w stodole, idę do stodoły. Pies: proszęproszęproszę! Pobaw się ze mną, tato! Nie mam czasu… Naprawdę nie mam czasu… dobra… pół minuty!  (Kawa!!!) Bieganie, smyranie, smyranie, bieganie, wystarczy, słyszałeś? WYSTARCZY! Nie skacz, no nie skaaacz!

Co to ja miałem? Aha, widły. Widły, widły, widły! Maszerujemy do stodoły. Kot znowu rozgrzebał ziemię wokół świeżo posadzonej morelki – jak to wygląda? Grabie! Trzeba zagrabić. Grabie są w stodole, spoko, będę miał blisko do wideł. Grabie – w stodole z prawej strony. Z prawej widzę kanister! Paliwo! Trzeba kupić paliwo do glebogryzarki. Kanister na samochód. Kurcze, miałem wyczyścić bagażnik… Krótko potrwa, co to jest dla mężczyzny – wyczyścić bagażnik z igieł?

7:19

Zmiotka. Zmiotka jest w pracowni. Ale tu burdel! Pełno trocin na stole. Przyszedłem po zmiotkę – to się dobrze składa, zamiotę stół. Trociny do wora, a wór!? Wór w domu pod zlewem, wiadomo. Nie będę szedł na pusto! Dobra, plan jest taki: pójdę po worek, wrócę, wrzucę trociny, wyczyszczę bagażnik, wezmę grabie, zagrabię, wrócę po widły, sterta liści, wyniosę, wrócę do domu – wiadomo, dwa worki, dwie ręce – potem śmietnik i myk  z powrotem, i kawa, i już do pisania.

Telefon. (Dlaczego ja wszędzie chodzę z telefonem???) Tak, Roman? Nie, co ty, nie obudziłeś, jasne, zaraz ci to wyślę, nie ma problemu, nic nie robię akurat, za minutę będziesz miał.

7:27

Ganek. Buty. Kapcie. Schody. Piętro. Biurko. Komputer.

Zdążył się zahibernować. Czekam. A, kwiaty podleję. To się nazywa międzyczas. Czy Wy również robicie coś czasami w MIĘDZYCZASIE? Woda? Na dole. Schodzę po wodę. Wracam, podlewam. Boże, moja kawa! Trochę ciepła jeszcze, stawiam ją przy komputerze. Instalują się aktualizacje, jest chwila oddechu. Działa! Poczta. Tekst. Mail. Poszło. Kawa! Czy ja nie powinienem już zacząć pisać???

Ale te śmieci…. Bo piątek… Chwila-moment. Szybko obrócę i już jestem!

7:42

Schody. Ganek. Buty. I rozterka – zanieść śmieci (dwa worki, dwie ręce), czy szybki powrót do stodoły i trociny + grabie + widły + robota. Pięć sekund, dam radę. Szybki marsz. Dochodzę do stodoły… WOREK! Ku…wa, worek! Poszedłem po worek! Wracam do domu…. Worek, marsz, stodoła, trociny. Uff. Jestem dobrze zorganizowanym facetem! Samochód, bagażnik, sekundy. Teraz grabie. Zagrabić po kocie. Zagrabiam. Odstawiam grabie. Biorę widły. Idę.

Słońce świeci. Na dwudziestu metrach wzdłuż budynku dopada mnie zwyczajna o tej porze dnia myśl: ile wczoraj wyprodukowaliśmy energii? Otwieram drzwi do maszynowni, zaglądam do inwertera, wspaniale: 36 kWh. Zamykam drzwi. Obok rosną cisy. Trzeba podlać cisy! Miałem podlać wczoraj! Podlewam.

7:51

Biorę widły. Szybki marsz. Pies – wiadomo – proszęproszęproszę! – dobra, ale tylko jedna krótka chwila! Biegamy. Drewutnia z prawej. Czy jest w domu drewno? Oczywiście, że nie ma. Jestem zorganizowany – wezmę drewno na powrocie. Dobiegliśmy do liści. Zbiórka. Wywózka na widłach, luz. Wracam przez drewutnię. Nie mam kosza, ale biorę naręcze drewna, niosę pod dom.

I znów ganek. Taaaak… Pamiętam! Śmieci…!!! Dwa worki, dwie ręce. Co z drewnem? Wnoszę do domu, wracam na ganek, biorę worki ze śmieciami, niosę przed płot. Ufff… Kawał solidnej roboty! Pies, zostaw pana! Wracamy.

7:58

Ganek. Buty. Kapcie. Schody. Zimna kawa! Nieeee!!! Schody. Nowa kawa. Kapsułka do śmietnika. Schody. Biurko. Komputer. Siadam do pisania. Od czego to ja miałem zacząć?

Też tak macie? Siadam do pisania. Patrzę w prawo: o, książka! Coś tu miałem zaznaczyć…

* * *

Tak. Lubię pracować w ciszy. Skupiać się na zadaniu. Rozmawiać z sobą podczas pisania. Uwielbiam pisać i patrzeć jak rodzą się kolejne sylaby, zdania, akapity. Lubię stan tworzenia, tę przyjemność pracy nad dziełem, kiedy twórca zlepia je słowo po słowie, ciesząc się każdą frazą i każdym wielokropkiem. Wielokropki przydają słowom znaczenia – kiedy nie masz nic do powiedzenia, pisz wielokropki…

Siadam więc, cieszę się na pracę i… patrzę w bok. I zaczyna się jak powyżej…

Jak wypracować w sobie mechanizm koncentracji na jednym zadaniu? Jak usiąść do pisania – i pisać. Albo wyznaczyć sobie cel – grabienie liści chociażby – i nie robić literalnie niczego innego? JAK?

Ania to potrafi. Siada (lub staje) i rozwiązuje jeden problem. Potem następny.

A ja? Może jestem pieprzonym mistrzem wielozadaniowości i potrafię grać jednocześnie na kilku fortepianach, ale przyznaję: czasami chciałbym grać tylko na jednym. Nieśpiesznie, metodycznie, poświęcając temu całą swoją uwagę, nie dekoncentrując się. Ale, cholera, nie potrafię!!! Rwie mnie. I chyba ciągle kocham, że mnie tak rwie.

Macie może jakąś radę na nadpobudliwość wykonawczą?

Jacek

Fot. congerdesign by Pixabay

8 komentarzy

  1. Dorota
    15 marca 2019
    Odpowiedz

    Rady brak, ponieważ i u mnie, a raczej u nas jest podobnie. Ciągle jest coś do zrobienia, co nie daje spokoju. To jednak ma swój urok, a przynajmniej naprawdę fajnie się o tym czytać. Zdecydowanie tekst wywołał u mnie uśmiech. Pozdrawiam i proszę o więcej takich wpisów.

    • 15 marca 2019
      Odpowiedz

      No, nie pomagasz 🙂
      Odkryłem, że na koncentrację świetnie działa deszcz: teraz pada, nie ma jak i nie ma po co wyjść z domu, a to oznacza, że liczba przyczyn dekoncentracji zmniejsza się lekko o połowę 😉

  2. Agata
    15 marca 2019
    Odpowiedz

    mam tak samo. na 48 metrach 😀 nie powiedziałabym, że ma to swój urok, ale – podobnie jak u Doroty – tekst wywołał u mnie uśmiech. mam nadzieję, że nie jest to szyderczy uśmiech licha. no i czekam na tę radę – pisz, jak tylko znajdziesz. Dobrego nadpobudliwego dnia!

    • 15 marca 2019
      Odpowiedz

      Kilka lat temu, gdy po raz pierwszy zacząłem pracę zdalną i pracowałem w domu, dzięki tej wielozadaniowości mieliśmy najlepiej na świecie posprzątane mieszkanie! Robiłem wszystko, żeby tylko nie usiąść do pracy! Teraz już nauczyłem się dzielić ten czas na pracę i wszystko pozostałe, ale jak widać – ciągle z kiepskim skutkiem 🙂

  3. Malina
    18 marca 2019
    Odpowiedz

    Wielozadaniowość i piętrowe rozgałęzione plany najprostszych czynności – myślałam, że to domena młodych matek!
    Ja na skupienie się na pisaniu mam jedną metodę – wyjść z domu. Zamykam się po godzinach w teatrze, w którym pracuję, zapalam jedną małą lampkę, by widzieć tylko to, co w kręgu światła i wpadam w trans. Kocham ten stan. W domu mam gabinet, ale za blisko z niego do pralki, zlewu i tym podobnych…

    • 18 marca 2019
      Odpowiedz

      Jak widać: to jest domena także STARYCH 🙂 Matek i ojców.
      I co ciekawe, tu nawet nie chodzi o prokrastynację, celowe unikanie jakichś działań. Ale rzecz w tym, że nieustannie podchodzą pod oczy sprawy niedomknięte, pilne, pilniejsze, do załatwienia, takie pikusie, czasami nieważne zupełnie, ale które odwracają uwagę od meritum.
      I fakt: wtedy warto mieć swój kawałek teatru…

  4. Anonim
    2 lipca 2019
    Odpowiedz

    Pięknie napisane i jakie to prawdziwe.
    Czytałam z uśmiechem na twarzy dziękuję
    Beata

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Ogrodowy rozdrabniacz do gałęzi... Kupić?
Następny Ściągamy sok z brzozy. Jest świetny!

Poczytaj więcej

Jaki powinien być lekarz idealny?

Ile kosztuje życie na wsi? Jesień 2019.

Blog po roku, czyli pierwsza rocznica

Ucieczka na wieś. Pytasz… czy warto?

Siała Baba – zapraszamy do akcji!

Czym tak pachnie? Pieczemy chleb z bakaliami!

Ściągamy sok z brzozy. Jest świetny!

Kobiety Rakiety, łączcie się w bólu czytania

Sceny z życia mrozu

Burza w głowie. Masz czasem takie dni?

Jak palić efektywnie w piecu, kominku i kozie?

Moda Za Miastem: modeling z kosą i lnem

Równonoc. Jest, jak jest. Było, jak było.

Czy warto mieć młynek do zboża?

Przegląd myśli podręcznych