Pochwała świętego spokoju


Parzę zieloną herbatę, gdy dom jeszcze śpi, a na dworze zaczyna się dzień. Otwieram drzwi na werandę cichuteńko, żeby nie zbudzić psa i kota (i tak pewnie nie śpią). Siadam w głębokim fotelu. Patrzę na brzozy, kwiaty, na spokój zieleni dookoła, na las. I niczego mi więcej nie trzeba.

Święty spokój. Tak nazwałabym to miejsce i czas porannej celebry.

Tutaj każda chwila jest inna i każdą można zagospodarować na sto sposobów. Mogę wziąć kubek z herbatą i pójść prosto do ogrodu – tam zawsze jest co robić. Mogę przyciąć kwiaty na klombie lub zgrabić liście. Albo pokroić dynię w kostki, na zimę. Zakwas nakarmić. Przesypać zioła do woreczków. Sprawdzić jak rosną sadzonki – i podlać. Albo w piecu rozpalić. Popiół wynieść do ogrodu. Ukręcić zielone smoothie z wszystkiego, co znajdę w ogrodzie.

Mogę też zapalić (chętnie) i nic nie robić.

Jak żyć bez stresu i mieć święty spokój

Wybrałam ten ostatni wariant – robię nic, czyli piszę. Próbuję ogarnąć pożytki płynące z wiejskiego życia i zestawić je ze swoimi wcześniejszymi, miejskimi radościami. Co różni te dwa życia? Tempo – z całą pewnością. Sielskość wsi ma swój początek w braku pośpieszności. Można robić wszystko, ale można to robić dużo wolniej. Nic nie pogania. Nie spoglądam już tak niecierpliwie na zegarek w komórce, bo godzinę poznaję po cieniu i słońcu. Szósta – słońce schowane za lasem, cień jest wszędzie. Dziesiąta – brzozy w pełnym blasku. Południe – z cienia na dobre wychodzi winorośl. Czternasta – w cieniu chowa się brzozowy pagórek i magnolia. Szesnasta – słońce znika za stodołą. Osiemnasta – ciemno na całym podwórku.

 

Wszystko jest kwestią świadomego wyboru. Lubię tutaj chwile, w których można zmęczyć się prostym grzebaniem w ziemi. Ale jeszcze bardziej te, kiedy można dostrzec sens własnej pracy. Zasiałam – urosło! I rośnie dalej! Ile razy we wcześniejszym życiu miałam wrażenie, że moje działania nie prowadzą do celu, że tak trudno jest zmierzyć ich  efekty?

Nic tu nie jest bieganiem z pustą taczką, wszystko czemuś służy. Nic również nie jest naznaczone korporacyjnym forwardem – tu wszystko muszę sama i wszystko zależy tylko ode mnie.

Tutaj nic nie nuży, nie zabija brakiem sensu – każda czynność ma sens, każda do czegoś prowadzi.

_________________________________

Sens ma proste grabienie liści. Sens ma nawet mój wczorajszy spacer z psem – w mieście zwykle bezmyślny – bo zakończony zbieraniem tarniny i przeszukaniem zagajników w poszukiwaniu grzybów (nie ma).

Dzika radość

Czuję najzwyklejszą na świecie dziką radość z robienia zapasów na zimę – nigdy nie robiłam tego w mieście! Mrożona kilogramami żurawina, której używamy przez cały rok do kaszy jaglanej z dynią i papryczką. Mrożony koper, pietruszka, selery. Własne, jasne. Wiśnie w syropie, wiśniowe powidła. Powidła śliwkowe z czekoladą. Dynie! W kostkach zamrożone i w pulpie – gotowe na zupę, inne – w zalewie octowej, pychota! Zioła w słoikach: najwięcej mięty, ale i rozmaryn, melisa, tymianek, cząber, majeranek, oregano… Suszone liście laurowe z własnego drzewka. Kiszona kapusta, buraki, ogórki. Rozwieszone warkocze czosnków, sterta cebuli i ziemniaków. Mrożone borówki, truskawki. Suszone prawdziwki. Mrożone rydze. Sok z tarniny, sok z pomidorów.

Nawet Jackowe nalewki mocno mi się tu komponują. Zwłaszcza te, które mają zdrowotny sens: z czerwonej koniczyny, z orzechów, z piołunu, pędów sosny czy kwiatów dziewanny.

Nikt nas nie zmusza, by to gromadzić. Nie ciąży nad nami widmo głodu, do sklepu mamy tylko 7 kilometrów, a w sklepie jest przecież wszystko, a jednak… Byłoby grzechem nie robić tego, co robią wszystkie wiejskie gospodynie.

Celebrowanie… szafy

Najbardziej oburzona na ten ciąg zmian może być moja miejska szafa. Najpierw ją przewietrzyłam, oddając ubrania i buty całkowicie odległe od stylu życia na wsi. Nie pasowały mi tutaj wysmakowane płaszcze, świąteczne i korporacyjne wdzianka. Potem ją zaniedbałam: nie kupuję już tylu ciuchów, ile wcześniej, nie kolekcjonuję butów (chyba, że to ogrodowe chodaki), nie przywiązuję wagi do kolorystycznych zestawień. Moda wiejska ma swój cel: służy pragmatyzmowi. Nie jest na pokaz, powinna być użyteczna, trwała i dostosowana do warunków. Oddałam tony butów, które nie miały szans w nierównej walce z błotem, leśnymi chaszczami i żwirem.

Teraz moja miejska szafa jest szafą wiejską. Kupiłam na targu w austriackich Alpach zielono-biało-czerwoną suknię z lnu. Nie wiem komu w górach była dedykowana, ale według mnie jest idealną odpowiedzią na potrzeby kobiet żyjących z dala od miejskiego nieba. Wygodna, dobrze i praktycznie skrojona. Mocna, dobrze uszyta. Ma praktyczne kieszenie, w których zmieści się wszystko, czego potrzebuje wiejska dama – od papierośnicy po piersiówkę 😉 I na dodatek jest odpowiednio zalotna…

Na dowolnie wybranym boku

Czy jest mi czegoś żal z miejskiego życia? Nie, niczego. W XXI wieku wszystko jest przecież na wyciągnięcie ręki. Las, łąki, świeże powietrze – dookoła. Miasto – po dziesięciu minutach jazdy samochodem. Castorama, IKEA, galerie, kina, kawiarnie, ciuchy – to tylko dwie godziny. Cała reszta: w Internecie.

 

Nauczyłam się dystansu do miejskich zachciewajek. Najlepszym deserem na wieczór są plastry twarogu z mleka prosto od krowy, polane miodem i obłożone śliwkowymi powidłami. Kawa? Parzymy sami i żadna w mieście nie dorównuje jej smakiem. Herbaty? Ziołówki z saszetek nie mają żadnego porównania ze świeżo zaparzonymi mieszankami własnoręcznie zebranych ziół i suszonych owoców.

Żyjemy nieprędko, choć nie żyjemy w nudzie. Pracujemy, a powiedziałabym, że często po prostu zasuwamy, ale ta praca ma jakiś sens, jej efekty są widoczne. I cieszą oko.

__________________________________

Można, a czasami wręcz nawet trzeba zmienić klimat i spojrzeć na swoje siedlisko z odległej perspektywy. Dlatego podróżujemy: raz w tygodniu Warszawa, czasami krótki wypad w góry, czasami do Poznania, Szczecina. Albo na jarmark w Kiermusach. I do Toskanii, po zimowe zapasy makaronu pici, oliwę, wino i sery.

 

Ale zawsze wracam tu z dziką radością. Do świętego spokoju. Do miejsca, w którym każda godzina może trwać dwie godziny (to tylko kwestia wyobraźni i celebracji życia), w którym palenie drewnem w piecu jest najwyższą przyjemnością, a chleb prosto z pieca chlebowego – staje się powszednim rarytasem. Prawdziwe niebo jest za miastem: tu nawet gwiazdy pasą się inaczej, jaśniej, dłużej.

Ania

6 komentarzy

  1. Akasha
    1 lutego 2019
    Odpowiedz

    Aniu, bardzo podobał mi się ten Twój wpis. To taka celebracja chwili, celebracja życia.
    Każdy ma swojego wewnętrznego „Pośpieszacza”, U jednych się ta bestyjka rozbestwiła i żyć nie daje, innym jak można to przeczytać u Ciebie, usnęła smacznie przy domowym zapiecku.
    Zauważyłam, że bycie blisko natury powoduje, że zaczynamy poruszać się z Jej rytmem. Natura wyznacza działanie a my się mu poddajemy. Nie można przeciez przegapić truskawek czy czarnych porzeczek, nie można ominąć grzybów czy czasu na przerabianie kapusty i ogórków. No wiem, jasne że można, tylko nam się ten rytm natury podoba i ma to, jak napisałas, wiekszy sens

    • 1 lutego 2019
      Odpowiedz

      Coś w tym jest… U mnie ta pora roku oznacza senność i oczekiwanie: już nie mogę doczekać się wiosny, ogrodu, grzebania w ziemi, w sadzie. Kiedyś ten rytm był mi zupełnie obcy i obojętny, teraz mam wrażenie, że to jest mój rytm, moja natura. Zima = niedźwiedzi sen, wiosna = przebudzenie, lato = relaks, jesień = zbiory i kolory.
      Przedtem wszystko miało miejski wyraz i formę. Jeśli wiosna, to wiadomo – wiosenne przeceny 😉 Lato, to znaczy, że w mieście mniejszy ruch. Jesień – trzeba się chować pod dachem, bo leje i wieje. Zima – zimowe opony. Takie gry symbolami.

  2. Marzanna
    5 marca 2019
    Odpowiedz

    Lepiej bym tego nie ujęła 🙂

  3. Maja
    6 marca 2019
    Odpowiedz

    Za rok, może dwa to będzie też moje życie ?

  4. beata
    29 marca 2019
    Odpowiedz

    …i moje !!! Mam nadzieję????

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni 7 powodów, dla których warto wyprowadzić się na wieś
Następny Najpierw samochód. Jakikolwiek. A potem wszystko inne ;-)

Poczytaj więcej

Tak daleko do sąsiada. Jak radzisz sobie z depresją?

Jak zrobić wiejski serek?

Choinka ubrana, śniegu po pas, znaczy: idą święta!

Minimalizm. Dalibyście radę?

Polskie globalne ocipienie. Rzecz o zacofaniu.

Weź nie pytaj! Rób kiszonki, to proste!

Wyciągnij pomocną dłoń do siebie. Nie poddawaj się zimowej depresji.

Deszcz perseidów. Czy Twoje niebo zasłania świetlny smog?

Plastik już z nami nie wygra

Przewodnik po ludziach: Pani Od Pierogów

10 kwiatów najlepszych do wiejskiego ogrodu

Absynt. Kto jeszcze pamięta jego smak?

Jak motyle! Lekki felieton weekendowy

Wiejski CrossFit, czyli ćwiczenia na okrągło

Mikstura dobra na mgłę, zimę i wieczorną chandrę