fbpx

Bug mi świadkiem: można zrobić perełkę z Podlasia!

Dzień wycieczkowy nam się zdarzył. Odwiedziliśmy miejsca nieodległe, niespecjalnie schowane przed wzrokiem, ale jakoś pomijane w codziennych podróżach. Może dlatego, że położone po drugiej stronie Bugu?

Zabawne, ile może znaczyć perspektywa. Patrząc od strony Warszawy, jesteśmy „zza Buga”. Ale mieszkając po tej stronie rzeki, wszystko co leży na przeciwnym brzegu wydaje nam się zabużańskie. Nie nasze. Dopiero przekroczywszy most na krajowej dziewiętnastce przed Kózkami lub inny między Tonkielami i Frankopolem, jesteśmy „za Bugiem”. Złośliwi mówią: w Polsce A. Bug rzeczywiście trochę dzieli, ale wcale nie jest nam źle z tego powodu.

Bug i co dalej?

W lasach po obu stronach rzeki poukrywały się stare, postkomunistyczne ośrodki kempingowe, w stanie agonalnym często, przejęte przez niemajętnych właścicieli, zapomniane, ale… żywe. Myśleliśmy, że będzie w nich hulał wiatr, bo wiele domków to obraz nędzy i rozpaczy, ale nie. Życie letniskowe toczy się w nich w najlepsze.

Efekt pandemii? Koronawirus wygnał mieszczuchów w te ostępy? Nie obstawiałbym tak mocno, ale jest faktem, że ruch w ośrodkach naprawdę spory. W jednym z gospodarstw agroturystycznych usłyszeliśmy, że pierwszy wolny termin do wynajęcia to ostatnia dekada sierpnia… W Wólce Nadbużnej, w Starych  Mierzwicach, w Bużce, Serpelicach i Mężeninie – tłok.

Dwór w Zabużu

Zajrzeliśmy do dwóch hoteli spa, w Wólce i Zabużu. Też pełno. W Wólce jest ludycznie, w Zabużu bardziej fą-fą, ale oba miejsca mają TO COŚ, choć w obu – wydaje nam się – nieco przesypia się czas. Mogę mieć krytyczną ocenę kartaczy czy pierogów z soczewicą, to kwestia indywidualnego smaku, ale gdy patrzę na otoczenie hoteli, na sztukę dopieszczania detali, to myślę, że właściciele mają jeszcze sporo do roboty.

Lubię domy z duszą. Takie, w których wszystko podporządkowane jest wygodzie, estetyce, jakości życia. Jeśli trafiam do spa, to chcę, by zadbano o moje dobre samopoczucie w każdym aspekcie, także wizualnie. Żeby starał się nie tylko menedżer, szef kuchni i kelnerka, ale też ogrodnik, ekipa sprzątająca, Pan Janek Złota Rączka czy wreszcie – sam właściciel. Jeśli tego nie widzę, pytam – jakie to spa?

Byle było?

Nadbużańskie gminy kuszą turystów i na turystach im zależy. Ale na nic te starania, jeśli droga asfaltowa kończy się trzysta metrów przed ekskluzywnym hotelem – w leśnej głuszy – i dalej trzeba jechać wertepami. Można zachęcać turystów do odwiedzin pięknego pałacu w Korczewie (o nim Ania napisze jutro), ale najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy mamy dobrej jakości drogę, która prowadzi do Korczewa?

Bo to jest tak. Przekraczasz Bug od północy. Jedziesz przez Mężenin w stronę Drażniewa, chcesz zobaczyć jeden z piękniejszych pałaców w tej części Polski, i nagle prawie nowa asfaltowa droga zamienia się w trzy kilometry piaszczysto-mulistych wykrotów, po czym… znów staje się dobrym asfaltem. Kto zgadnie: dlaczego? Dlaczego w XXI wieku nie można poprowadzić jednego szlaku drogowego w całości? Jaki w tym sens? Kto nad tym panuje? Kto nie potrafił się dogadać? 

Samorządy są biedne, wiem, właściciele hoteli też nie śpią na pieniądzach. Ale żeby cztery betonowe schodki prowadzące prosto do Bugu miały prosty profil i nie groziły wypadkiem, potrzebne są raptem dwa dni pracy dwóch ludzi, dwa worki cementu, piasek i żwir, nic więcej. To są te detale, które różnią turystyczne gminy Podlasia od gmin nadmorskich, gdzie wygodę turystów od dość dawna traktuje się serio.

Jęczę i narzekam, bo chciałbym, abyśmy naprawdę mieli czym się pochwalić. Jeśli są już hotele, świetne agroturystyki i dobre restauracje, to niech one wszystkie pracują na renomę regionu, a nie na potwierdzenie hasła: byle jak, byle było. Bug nam tego nie wybaczy.

Bug przyciąga i odpycha

Jedno w tej nadbużańskiej krainie jest na najwyższym poziomie: natura. Krajobraz, ukształtowanie terenu, wijąca się sennie rzeka, gęste lasy, cisza i czyste powietrze. To jest atut w marketingu określany mianem unikatowej cechy oferty – i ta cecha jest nad Bugiem bezdyskusyjna. Chce się wysiąść z samochodu, zejść nad wodę, wejść między drzewa, spacerować, jeździć rowerem, jeść lokalne potrawy w takich warunkach…

Bug

Ale psujemy tę jakość na własne życzenie. Pomijam fakt tolerowania reklamowej szpetoty – każdy, kto widział centrum Siemiatycz zgodzi się, że nie można już bardziej zapaskudzić miasta starymi banerami i pożółkłymi pseudo-billboardami. To obciach, a nie atut.

Mamy fatalnie oznakowaną przestrzeń publiczną – do lokalnych zabytków, punktów widokowych, manufaktur i innych atrakcyjnych obiektów powinny prowadzić zunifikowane tablice informacyjne. Jak choćby we Włoszech, gdzie trudno przegapić lokalną trattorię, basen, miejsce panoramiczne, producenta oliwy, czy najmniejszy zabytek natury lub cywilizacji.

Trzymając się pałacu w Korczewie – przecież to nic, że jest prywatną własnością, to część naszej rodzimej kultury! Dojazd do niego we Włoszech byłby oznakowany z odległości co najmniej 30 km, nie tylko na obszarze jednej gminy, na wszystkich drogach. Pod tym względem tkwimy w mentalnym komunizmie.

Lokalność ponad wszystko

Nie pojmuję też strategii lokalnego handlu, który na siłę pragnie wypromować wszystko co „sieciowe”, zagraniczne, markowe, a zupełnie zapomina o lokalnych producentach. W najmarniejszym supermarkecie we Francji, w Austrii i Włoszech znajdziemy co najmniej jedną wyraźnie oznakowaną sekcję z lokalnymi produktami. Stoją obok siebie wina, oliwy, sery, dżemy, szynki, piwo, słodycze – wszystko, z czego słynie region.

I wejdźcie do sklepów nad Bugiem. Znajdźcie prawdziwie lokalny ser, domowe przetwory, okoliczny miód, smalec, świeży makaron, . Znajdźcie wino z lokalnej winnicy, nalewkę lub piwo, które produkuje miejscowy browar… Łatwiej można spotkać produkty z odległych o sto kilometrów Siedlec i Wołomina, z Litwy czy Białorusi. Kupujecie jabłka, pomidory, ogórki? Miejsce pochodzenia: Bronisze pod Warszawą, giełda rolno-towarowa… Kupujecie jajka, te świeże? Gratulacje: przyjechały do nas z Białorusi i Litwy. Leżą w magazynach, czekają na was tygodniami.

Tu nie widać polityki, strategii, perspektywicznego biznesu. Widać bylejakość, hurt, masówkę.

Od jednego z ogrodników z Mężenina kupiliśmy kilka łubianek truskawek. Wierzcie lub nie – są zjawiskowe. I nigdy ich nie kupicie w lokalnym sklepie, gdzie sprzedają hurtową breję. Nie kupicie twarogu od rolnika, bo rynek opanowały wielkie zakłady mleczarskie, które nie dopuszczą najdrobniejszej konkurencji. Nie kupicie miodu od pszczelarzy z okolic, bo do nich nie dojeżdża żaden handlowiec – lepiej wprowadzać do obrotu miód „wyprodukowany w UE” lub na drugim końcu Polski.

Co ciekawe, to wszystko tu jest – ale u źródeł. U gospodarzy. W domach. I sprzedaje się na zasadach czysto koleżeńskich; jeden opowie drugiemu, że pani X ma świetne masło, pan Y handluje prawdziwymi ekologicznymi pomidorami i jakoś sobie radzimy. Ale żeby ktoś miał uczynić z tego strategię? Zrobić z lokalności dźwignię? Nieee… To za trudne.

Jak złapać szansę?

Nie wykorzystują tego potencjału również mali przedsiębiorcy, w tym gastronomia. Bug Bugiem – są tu lokalne zwyczaje, lokalne animozje, ale smaki bywają wspólne. Dotarliśmy dziś do restauracji ze słowem „podlaska” w nazwie. Nie chodzi konkretnie o nią, chodzi o zjawisko…

Co poleca kelner? Schabowy. Golonka. Karkówka z grilla. Spaghetti. A co pan ma z lokalnych potraw? – pytamy. – No… parowańce – odpowiada jakby zawstydzony.

Jedliście parowańce? Z jogurtem, odrobiną śmietany i sosem z jagód? Nic dzisiaj nie jadłem lepszego! A on to ukrywa! Proponuje schabowego, który jest wszędzie! A ma pod ręką wyjątkową pyszotę!

Dlaczego nie robią użytku z lokalności – wstydzą się jej? Nie dostrzegają w niej biznesowego potencjału?  Zaguby, kartacze, parowańce, kiszka i babka ziemniaczana, pierogi z soczewicą, buza, manty, haluszki, pierekaczewniki, zupa opieńkowa… Oto jest lista obowiązkowego menu każdej szanującej się restauracji lub baru, który szanuje podlaską lokalność i chce na niej zarobić. I jestem pewien, że zarobi.

Bug nam świadkiem: tu na razie jest ściernisko…

Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów, błądząc po wsiach, robiąc zdjęcia, jedząc i zaglądając ludziom na podwórka. Jest ślicznie, pięknie. Można się w Podlasiu zakochać na zabój, można widzieć w nim pępek świata i… nieustannie traconą okazję.

Jeśli te tłumy, które widzieliśmy dziś w pobliżu letniskowych domków, mają się tu czuć dobrze, mają wracać i mieszkać, trzeba im pokazać całe piękno regionu, nie tylko jego naturę. Dobre drogi, infrastrukturę bez zarzutu (kto widział kempingowe „oazy”, ten wie, o czym piszę), lokalne sklepy i produkty, informację na najwyższym poziomie i usługi, z których można być dumnym.

W przeciwnym razie bylejakość będzie naszą zmorą przez wieki.

Jacek

POLECAMY TAKŻE: Pan Od Wina i Pan z Koroną Podlasia

Podziel się:
Komentarz
  • Trochę ostro pojechał Pan po Podlasiu Nadbużańskim. Jestem stąd. Zajmujemy się i uprawą, i produkcją i turystyką. Pana opowieść wydaje się nieco powierzchowna i bardzo subiektywna. Infrastruktura rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia, ale oznakowanie choćby pałacu w Korczewie jest we wszystkich okolicznych gminach. W małych wsiach nie ma sklepów bo zwyczajnie nie zarobią na siebie. Potrawy regionalne są w każdej restauracji, ale są też i inne dla różnych gości, dla tubylców też. Chcemy czasami zjeść coś innego, a nie tylko zaguby, kartacze, pierogi, zalewajki, parowańce itp. Często jest też tak , że do pewnych rzeczy się przyzwyczajamy i nie zauważamy ich, dodrze, że ktoś przypomni, zauważy. Zależy nam na turystach, z myślą o nich założyliśmy sieć współpracy lokalnych producentów i usługodawców i na jej bazie Lokalną Organizację. Turystyczną. Zapraszamy serdecznie na Podlasie Nadbużańskie i do współpracy w celu poprawy usług i nacisku na władze abyśmy wszyscy skorzystali na rozwoju Podlasia Nadbużańskiego. Pozdrawiam. Alina Paluch. Sklep z lokalną żywnością Zakamarek Klimczyce. Tłocznia soków Samo Jabłko.

    12 lipca 2020

Zostaw komentarz