Kobiety Rakiety, łączcie się w bólu czytania


Kobiety

Prawie nic nie łączy mnie z kobietami pokolenia X, więc książkę Justyny Moraczewskiej przeczytałem bez specjalnego zaangażowania. Czy dowiedziałem się czegoś więcej np. o Ani? O tym opowiem na samym końcu…

Jesteś z pokolenia X. Urodziłaś się między 1965 a 1980 rokiem, musisz więc być X i ja nic na to nie poradzę. Kiedyś ludzie dzielili się na tych, którzy są z Marsa i tych z planety Wenus. Później pojawiły się literki X, Y i Z, omijające w niezrozumiały sposób pokolenia urodzone przed 1965 rokiem (czuję się szczęśliwie pominięty) i wcześniejsze.

Idąc tropem tej metodologii, najchętniej ulokowałbym siebie w grupie Ś. To dobre pokolenie. Świry, które nie zaznały wojny i musiały strzelać z kawałka patyka, błagając matkę, by kupiła im hełmofon „po Janku”, czołg T-34 „Rudy” i psa Szarika, koniecznie z Marusią. Świry, które grały w kapsle udające kolarzy, i w pikuty – prawdziwą finką. Niestety, pokolenia Ś nikt nie zarejestrował, wcześniejszych również: historia pokoleń Polaków zaczyna się w Wikipedii od litery X, nad czym ubolewam.

Kobiety Rakiety z pokolenia X

Symbol X oznacza wielką niewiadomą. Ludzi z pokolenia PRL, zagubionych w chaosie, poszukujących odpowiedzi na pytania o sens własnej egzystencji. Czy są bezradni? Poniekąd. Żyją w poczuciu „pominięcia przez historię”, w ich życiu nic istotnego nie zaszło, nie wydarzyła się rewolucja technologiczna ani nawet październikowa. Celowo odrzucają wyścig szczurów, są pełni nonszalancji, lekko zblazowani, trudno wymusić na nich aktywność.

Przytoczyłem Wam opis pokolenia X, który znałem sprzed lektury książki Justyny Moraczewskiej „Kobiety Rakiety. My z pokolenia X”. To zbiór wywiadów i osobistych refleksji autorki – na co dzień dziennikarki i stylistki. Jej rozmówcami są głównie kobiety – projektantka mody, lekarze: specjalista chorób wewnętrznych, medycyny estetycznej, seksuologii i dermatologii, psycholodzy, dziennikarki, ludzie marketingu, mówcy motywacyjni, terapeuci… Ciekawe spektrum, choć odnoszę wrażenie, że zbyt jednoznacznie dobrane z kręgu towarzyskiego autorki. W rozmowach nie ma zatem spięć, kontrowersji, nie ma burzy mózgów – jest raczej spijanie z dzióbków i szukanie potwierdzenia kilku postawionych tez.

Naprawdę jesteście maksymalistkami?

Zasadnicza teza wydaje mi się najbardziej karkołomna: dziewczyny z pokolenia X są maksymalistkami. To najbardziej pracowite kobiety, mocno stawiające na rozwój osobisty. „Dla nas praca jest wartością” – twierdzi jedna z jej rozmówczyń. „Kobiety pokolenia X to perfekcjonistki, które jak już pracują, to pracują na 120 procent”.

„Każda z nas ma w sobie tyle potencjału, tyle wspaniałych zasobów”…

Czytam to i nie chce mi się wierzyć, że chce mi się czytać dalej. Bo to nie jest prawda wyłącznie o pokoleniu X, to nawet nie jest prawda wyłącznie o kobietach – każdy ma w sobie potencjał, każdy dysponuje jakimiś zasobami: wiedzy, intelektu, siły fizycznej, uporu, wytrwałości, pracowitości. A może przypisujemy te cechę pokoleniu X, ponieważ w jego przedziale wiekowym mieści się również data urodzin autorki? Czy te czterdziestki (plus/minus 10) są naprawdę takie wyjątkowe? W czym są inne od swoich mam i córek?

X, Pre-X i Y…

Patrzę na determinację kobiet z pokolenia Y, urodzonych przed 2000 rokiem, tych, które znam. Dynamiczne, pracowite, bystre, zakochane w swoich dzieciach i gotowe zrobić dla nich wszystko. Pełne entuzjazmu, świadome własnej wartości, z potencjałem i gotowością do działania. Pracowite i zapracowane. Jeśli gdzieś szukać rakiet czy torped, to raczej w ich gronie. Idą po swoje, wiedzą, czego chcą. Albo udają, że wiedzą.

Patrzę też z szacunkiem na determinację kobiet z pokolenia pre-X, walczących o cokolwiek, o sukienkę z krempliny, o czerwoną torebkę, o jakiekolwiek buty na szpilkach, o godność, mięso i cukier. Patrzę na dziewczyny pokolenia mojej siostry, które po roku 1990 los rzucił na zagraniczną tułaczkę za normalnością i zarobkami. Spoglądam na starsze koleżanki, które przed laty dałyby się pokroić, byleby tylko dać swoim dzieciom wykształcenie, zdobyć pralkę, przeczytać dobrą książkę i do niedzielnego obiadu podać sztućce lepsze niż aluminiowe.

Podziały, o których pisze Moraczewska, nie idą w poprzek pokoleń. Millenialsi przeżywają tyle samo rozterek, co dziewczyny z pokolenia X, o ile nie więcej. Kobiety z piątką rozpoczynającą PESEL nie są wcale mniej dynamiczne, mniej wyemancypowane, mniej szalone i pracowite. Są inaczej ukształtowane, ponieważ wpływ na ich dzieciństwo miały odmienne czynniki niż w przypadku kobiet urodzonych w latach gierkowszczyzny i stanu wojennego. Może miały mniejsze lub inne oczekiwania od życia? A może dużo gorsze perspektywy?

Tej historycznej warstwy u Moraczewskiej nie widzę, niestety. I żal mi tego, bo stawiając na swoistym piedestale „czterdziestki” zdaje się pomijać ambicje, dokonania i problemy „pięćdziesiątek” i „trzydziestek”. Może i one mają w genach „X”?

Kobiety ze świata marzeń

Czterdziestki+ mają swój styl i szczęście, że nie są jeszcze ani „wystarczająco” stare, by o nich zapomnieć, ani „zbyt” młode, by je pamiętać. Mają swoją wewnętrzną dojrzałość, zamknęły już kilka etapów, przeszły wzloty i upadki, i… nic, poza epoką, w której żyły, tak naprawdę ich nie wyróżnia. Równie dobrze znajdę w tym gronie niezgrabne fleje, leniwe głupie baby, którym nic się nie chce i które nie mieszczą się w żadnym z kanonów pokolenia X. Nie dbają o siebie, bo nie mają za co, nie szukają lekcji tenisa dla swoich córek, nie modelują piersi i nosa, żyją od pierwszego do pierwszego, choć też mają swoje małe aspiracje, marzenia i sukcesy. Ich życie ma się nijak do życia elit.

Wadą „Kobiet Rakiet” Justyny Moraczewskiej są częste, niekoniecznie bezpośrednie odniesienia do świata wielkomiejskich karier, wyzwań i dylematów, do wielkomiejskiego stylu życia, problemów medycyny estetycznej, slow life i flow, mody i zarządzania. Czytamy o tym świecie, znamy go z „Elle”, „Gali” i „Twojego Stylu”, ale nie jest to świat średniej ogólnopolskiej, to świat dobrze wykształconych, wyemancypowanych, świetnie zarabiających i spełnionych rodzinnie i zawodowo kobiet. Świat kobiecej mniejszości. Atrakcyjny, ale elitarny.

Na szczęście wiele kobiecych problemów nie zależy od miejsca zamieszkania, zasobności portfela, miejsca w hierarchii zawodowej i mody. Uniwersalną wartością tej książki jest (na szczęście) jej wielopoziomowa tematyka. Rozmowy o seksie czterdziestolatek uważam za cenne, opis problemów w relacjach matka-córka wydaje mi się bardzo trafny i dobrze rozpracowany. Znajdą tu dla siebie kilka ciekawych porad kobiety szukające wiedzy o zdrowiu, dietach i skutkach opalania.  

Z ust wyjęte

I podoba mi się ten cytat:

Dopiero około czterdziestki wiele kobiet zaczyna się sama doceniać.

To etap, kiedy masz jeszcze wszystkie atuty w ręku, ale wiesz, że za chwilę już ich nie będziesz mieć, definitywnie przekroczysz granicę tej niby-młodości, więc właśnie tu i teraz jest najlepszy etap twojego życia.

Mówiąc szczerze – gdybym był kobietą, powiedziałbym: z ust mi to zostało wyjęte. Tak właśnie odczułem przejście tej subtelnej granicy: to był najlepszy czas w moim życiu. I wierzę, że podobnie jest z kobietami, niezależnie od ich miejsca w schematach pokolenia X.

A teraz powinienem odpowiedzieć sobie na pytanie: czy dzięki tej książce dowiedziałem się czegoś więcej o X-Ani? Nie, ponieważ Anuszka w jednakowym stopniu wymyka się schematom i dokładnie im podlega. Świetnie wykorzystała swój potencjał, ale ciągle wszystko co najlepsze jest przed nią. Jest totalnie pracowita, ale na równi ze mną uwielbia lenistwo. Jest bardzo dzielna, ale są chwile, kiedy beczy jak baba z pokolenia Ś. Nie uległa kultowi młodości, ale ma racjonalny dystans do swoich pierwszych (i drugich… i trzecich…) zmarszczek. Nie imprezuje, ale lubi smak papieroska. Odżywia się zdrowo, ale miewa apetyt na grzechy. No i nosi się modnie, jak przystało na pokolenie X i dziewczynę z podlaskiego zadupia.

Co było do okazania.

I jeszcze jedna refleksja 🙂

Na biurku przede mną – a właściwie na wielkim stole, który współdzielimy z Anią – leży książka „Menopauza. Zmiana na lepsze”. Ania ją przeczytała, wzruszywszy na koniec ramionami, a teraz ja mam ochotę przynajmniej ją przejrzeć. I zastanawiam się: czy powinienem? Ile wiedzy o menopauzie powinien mieć mężczyzna?

W nadmiarze książek, które uczą „jak żyć” brakuje mi wiedzy skrośnej. Ta „Menopauza” nawet w opisach skierowana jest wyłącznie do kobiet: „mogłabyś”, „chciałabyś”, „każda z nas” itd. OK, kumam, ale bądźmy szczerzy – menopauza dotyka również nas, facetów! My musimy umieć z nią żyć, spać z nią na łyżeczkę! Mieć ją, tę menopauzę, przy stole, przy obiedzie, w samochodzie, w ogródku i przed telewizorem.

Dlaczego te „Kobiety rakiety” i „Menopauzy” tłumaczą świat kobiecych oczywistości – kobietom, a nie nam, ich mężom, ojcom i kochankom? O ileż prościej byłoby żyć, gdybyśmy znali zasady hormonalnej terapii zastępczej i jej skutki uboczne, a przy okazji wiedzieli jak radzić sobie w nagłych uderzeniach gorąca – jeszcze wachlować czy już polewać wodą?

Tego właśnie nie wiem.

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Jaki powinien być lekarz idealny?

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Fotografie czy wspomnienia? Wybór należy do siebie.
Następny Późny wieczór w Niebie: sałata z burzą w tle

Poczytaj więcej

Sceny z życia w upałach

Jak zadbać o ogród zimą? Sekrety zimowego ogrodu.

Wiejskie bukiety: Ania gra letnimi kolorami

Podlaskie hygge

Ojagupiacipa, czyli z wyprawy baby do miasta

Green Days. Ania z Cebulowego Wzgórza ma żal.

Przegląd myśli podręcznych

Przeklęty żywioł uderza w nocy

Miłość prosto od krowy

Post nadzwyczaj optymistyczny i kwiecisty

Pamiątki z dawnych lat. Pretensjonalny post o zagubionej historii

Fotografie czy wspomnienia? Wybór należy do siebie.

Nutribullet. Zwyczajny blender czy coś więcej?

Dziewczynka z książeczkami, czyli Ania wspomina lektury młodości

Czytając Vincenta Severskiego