Nutribullet. Zwyczajny blender czy coś więcej?


Nazywają go „pierwszym na świecie ekstraktorem składników odżywczych”, ponieważ wyciska z codziennych składników odżywczych wszystkie elementy przeciwzapalnych antyoksydantów, protein i kwasów Omega 3. Jak go oceniamy?

Żeby nie było: tekst nie jest sponsorowany, choć w pewnym sensie jest – Nutribullet otrzymaliśmy w prezencie od naszej przyjaciółki. Czyli jest sponsorowany, ale nie biznesowo – dzięki, Anno, bardzo się ucieszyliśmy!

Pierwsza myśl: po co nam to? Mamy bardzo dobrą wyciskarkę do soków, mamy ze dwa (mały i duży) blendery, mamy młynki i wszystko, co potrzeba do przyrządzania soków, smoothie i koktajli.

Gdzie tkwi przewaga Nutribulleta? Jeśli wierzyć producentowi, nie jest to zwyczajny blender. „Silnik o mocy 600 lub 900 watów, nowe ostrza ekstrakcyjne o wyjątkowym działaniu cyklonowym, rozbijają miąższ, skórki, pestki i łodygi roślin na maleńkie cząsteczki nadające się do wypicia, uwalniając pełne spektrum składników w nich zawartych”.

Nutribullet – wierzyć w to?

Tyle marketing. Wierzyć czy nie wierzyć? Po pierwszym razie powiedziałbym, że nie. Zblendowaliśmy z Anią kilkanaście składników, na chybił-trafił: pietruszka, mięta, jabłko, banan, figi, nasiona chia, cukinia, migdały, wiórki kokosowe, len, ostropest i borówka amerykańska. Samo przygotowanie jest banalnie proste – do pojemnika wkłada się pocięte skrawki warzyw i owoców, dopełnia do wskazanego lub indywidualnego poziomu wodą lub np. jogurtem, podłącza kielich do obudowy i włącza. I już.

Wyszło dobrze, ale nie urywało… 😉 W innych blenderach efekt był porównywalny, w wyciskarce do soków lepszy, ale fakt, wyciskarka niczego z migdałów lub ziarenek lnu nie wyciśnie. Potem zmieniliśmy zestaw warzyw i owoców, ale efekt był mniej więcej podobny – dało się wyczuć poszczególne składniki, miałem wrażenie, że to „ekstrakcyjne ostrze” to tylko taki reklamowy pic.

Ale… Ale dziś zrobiliśmy to samo, tylko trochę inaczej. Skład zbliżony: migdały, nasiona, mięta,  pietruszka, jabłko, morelki, cukinia, figi, wiórki… Różnica w przygotowaniu polegała na tym, że włączyliśmy Nutribullet na dłużej. W sumie: przez lekkie zagapienie.

Jak nam poszło?

Efekt? Mówiąc najkrócej – niezwykły. Wszystkie składniki wymieszały się, starły i przemieliły w idealną, płynną, aksamitną masę. Nie można było wyodrębnić dominującego smaku, ale całość była perfekcyjnie kremowa, żadnych wyczuwalnych na języku drobin! Znakomita konsystencja i sama delikatność.

Jestem dość sceptyczny wobec wszelkich marketingowych nowinek, ponieważ zwykle są one nowym opakowaniem starego urządzenia – i w pewnym sensie tutaj jest podobnie. Mimo marketingowego zaklinania węży, Nutribullet to jednak po prostu blender, tylko inny.

Lepszy? To powinien ocenić każdy użytkownik indywidualnie.

Przekonuje mnie koncepcja opierająca się na przygotowywaniu posiłków, które w maksymalny sposób wykorzystują wszystkie składniki pokarmowe. Winogrona jedni zjedzą w całości, inni wypluwają pestki, a czasem nawet skórki. Z jabłek zjadamy najczęściej tylko miąższ, pozostawiając gniazdo kwiatowe i pestki – wyrzucamy je. Nasz organizm nie da rady wyssać wszystkich właściwości z migdałów lub orzechów, ponieważ zwykle gryziemy je na drobne kawałki, ale nie na całkowitą miazgę.

Co to właściwie jest?

Tu mamy blender, który wyciąga wszystkie właściwości z każdej części owocu lub rośliny i tworzy z niego płynną, idealnie przetartą, gładką konsystencję. Coś jak pokarm dla niemowląt lub starych dziadków 🙂 Z całą pewnością jest to łatwiej przyswajalne, na pewno szybciej się wchłania i mniej obciąża żołądek – maszyna wykonuje sporą część pracy, którą musi wykonywać nasz układ pokarmowy.

Smak? To zależy od składników, oczywiście. Kolor? Nie miał dla nas znaczenia. Nie polowaliśmy w naszych dwudniowych próbach na ekstrawaganckie smoothies, raczej szukaliśmy złotego środka w blendowaniu, by uzyskać maksymalnie gładką konsystencję napoju. Przyznaję bez bicia: warto było. Spróbujemy używać Nutribulleta przez kolejne dni.

Świetny pomysł

Na marginesie: producentom takich urządzeń należą się brawa za wyjście poza standard informacyjny. Wraz z Nutribulletem dostajemy sporą książeczkę z setkami świetnych porad, przepisów i wskazań dietetycznych nie tylko związanych z użytkowaniem blendera. Ekstra! Na stronie producenta i dystrybutora dodatkowo jest jeszcze blog z ciekawymi zastosowaniami blendera – warto spojrzeć!

To naprawdę dobry kierunek: edukacja plus dobra informacja plus, oczywiście, marketing. Tak to działa i tak działają najlepsze marki: z Kuvingsem było podobnie.

Cena? Darowanemu Nutribulletowi nie zagląda się w zęby, ale udało nam się sprawdzić, że najprostsze wersja urządzenia kosztują około 200 złotych. Cena więc nie szokuje, a moim zdaniem – ten blender jest jej wart. Choć, rzecz jasna, zobaczymy jak długo będą tak wspaniale pracowały jego superekstrakcyjne ostrza…

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ:  Fioletowe ziemniaki, czyli dieta cud

Fot główna: Nutribullet.pl

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Deszcz perseidów. Czy Twoje niebo zasłania świetlny smog?
Następny Piekło na różnych poziomach

Poczytaj więcej

Ojagupiacipa, czyli z wyprawy baby do miasta

Jak ułożyć plan na życie? Spróbujesz?

Wilno, Troki. Notatki z podróży.

Kania z podlaskiego dżdżu

Do tych łąk szeroko nad Niemnem rozciągnionych…

Przeklęty żywioł uderza w nocy

Minimalizm. Dalibyście radę?

Opoka. Elewacja z historią sprzed tysięcy lat

Krótki wpis o zabijaniu

Absynt. Kto jeszcze pamięta jego smak?

10 najlepszych książek, które przeorały młody mózg

Jak zadbać o ogród zimą? Sekrety zimowego ogrodu.

20 rad na bezsenność. Możesz już ziewać.

O wyższości świąt Wielkanocy nad świętami Bożego Narodzenia

Cisza i spokój. Prawda o życiu daleko od miasta