Sygnały, które otrzymujesz…

Po czterdziestu dniach bez słońca, wreszcie słońce, odrobina. Nawet ten mizerny śnieg w jasnym świetle zyskał nagle jakiś przyjazny wymiar; z werandy widać to najpiękniej. Z werandy widać też sygnały, jakie codziennie rano wysyła nam rodzina kretów – żyjemy i mamy się dobrze! A na dowód stawiają kolejne kopczyki…

Wróciliśmy do bloga po kilku miesiącach, które poświęciliśmy przede wszystkim sobie. Zdrowiu. I wprawdzie Ania nie pozwala mi pisać o chorobach, bo to dołujące, ale jako prawie całkiem zdrowy rydz mogę tu chyba cokolwiek pogęgać. Więc gęgam. Będzie o tym, że kiedy docierają do nas wewnętrzne, złe sygnały, żadnego z nich nie warto ignorować.

Sygnały, które ignorujesz

Co ja – na przykład – wiedziałem o sercu? Że mam, że mniej więcej po lewej stronie, że bije i że kocha. Dlaczego więc dopiero teraz, niemal sto lat od narodzin, mam dokładną wiedzę ile razy bije na minutę, ile w nocy, ile po wysiłku, ile w marszu, a ile w czasie migotania przedsionków? Dlaczego dopiero teraz mam tę świadomość? Odpowiedź może być jedna: ignorowałem wcześniejsze sygnały.

Pierwszy poważny sygnał odebrałem chyba dziewięć lat temu, podczas świątecznej wyprawy z dziećmi na Połoninę Wetlińską. Tę, na którą zwykle wchodziłem „na raz”, bez przystanków. Tak jak na inne góry i pagórki Bieszczadów, w których byłem zakochany i często w nich pomieszkiwałem.

Idziemy więc i nagle bum – nie doszliśmy jeszcze do połowy drogi, a mój organizm zaczął wariować. Nogi stoją w miejscu, brakuje mi tchu, serce chce wyskoczyć, puls przebija czapkę, bo to grudzień… Mózg podpowiada, żeby wracać, ale głupio: dziewczyny patrzą… Nigdy przedtem nie doświadczyłem takiej niemocy!

I jaka była moja refleksja? Żadnej! Pocieszyłem siebie samego, że za mało kondycji, że za dużo czasu przy biurku, za mało ruchu, że trzeba by zacząć biegać… najlepiej od poniedziałku. Wzruszyłem więc ramionami, życie biegło naprzód, do następnego razu.

Następny raz miał inny przebieg. Nagła obsuwa w trakcie spaceru: idę, ale właściwie nie idę, całe ciało oblewa mi zimny pot, w sekundzie mokre mam wszystkie ciuchy, wracam do domu mechanicznym krokiem, otępiały, i w lustrze widzę ducha. To ja, blady jak ściana. Hormony, myślę, andropauza, zmęczenie – tłumaczę sobie, przecież nic się w sumie nie stało.

Jesteśmy jak samochody

Kolejne sygnały. Rok temu, wesele Jagody i Tomka. Tańczę, próbuję jak za dawnych lat machnąć twista, ale w połowie tańca mój organizm podpowiada biciem serca i zadyszką: spasuj, synek, nie szarżuj… Ja do siebie: cholera, brak kondycji, trzeba się wziąć za jakiś trening. Od poniedziałku, wiadomo.

Ten rok. Długi i szybki spacer z psem. Jeden, drugi, ochnasty – po każdym spacerze wracam mokry. Rąbię drewno – zadyszka. Kopię w ogródku – poty i zadyszka. Grabię, odśnieżam – to samo. Ki czort!? Hormony? Wiek? Kondycja?

I sygnał najświeższy, taki, który był jak uderzenie obuchem w głowę. Letni wieczór tego roku. Na dworcu w Gdyni spotykam kolegę. Biegniemy z peronu na peron, ze spóźnionego pociągu. Wskakuję do wagonu, łapię oddech z nieukrywanym trudem, a Adam, kolega, rzuca twardym pytaniem: – Serce? Chorujesz na serce?

Nie był lekarzem. Zdiagnozował mnie po własnych doświadczeniach. A ja? Wiadoooomo, zaprzeczyłem. Ale to jednak wystarczyło, by zasiał we mnie niepokój i nagle wszystkie fakty i wszystkie ostrzeżenia Ani zaczęły mi się układać jak puzzle – w zgrabną, mało pocieszającą całość.

Jesteśmy jak samochody. Najpierw błyszczymy i pachniemy nowością, lakier na pikobelo, nowiuśki silnik, akumulator, zapłon, wydech, opony – wszystko działa. Mijają lata: puści jakaś uszczelka, tapicerka blaknie, lakier już porysowany, ale jedziemy dalej. Później przychodzi czas dużych przeglądów, szybkich napraw, wreszcie – zaglądamy pod podwozie, otwieramy klapę silnika, a tam wszystko się sypie! Dobrze, jeśli starcza nam wyobraźni, by w porę zajrzeć do silnika…

Spóźniony pan

Próbuję zliczyć sygnały, które wysyłał mi organizm, ostrzegając, że dzieje się coś niedobrego. Dziesiątki sygnałów. Te dobrze wychwycone i przekute w konkretne działania – czytaj: wizyta u kardiologa, holter, echo serca i zdiagnozowane nadciśnienie – i te, które tępo ignorowałem, licząc na samonaprawę. Lub, że minie i jakoś to będzie.

Myślę dziś, że byłbym w pełni zdrowy, gdybym umiał odczytywać samego siebie. Wyciągać wnioski z tych wszystkich mikrobóli i mikrowydarzeń, żadnego z nich nie lekceważąc. Tymczasem hodowałem w sobie zawzięty sprzeciw wobec hipochondrii – nie będę przecież zawracał lekarzom głowy duperelami! Zawsze było jakieś wytłumaczenie!

To jest błąd. To nie jest mądre. Piszę tak po miesiącu wizyt u lekarzy, badaniach i zapowiedziach badań. Po próbach poszukiwania wiedzy i ratunku. I po mocnym puknięciu się w głowę: mogłem zrobić to wiele lat wcześniej!

Sygnały, diagnozy i wnioski

Zrobiliśmy z Anuszką test państwowej służby zdrowia. Wykorzystaliśmy wszystkie dostępne, bezpłatne programy. Przebadaliśmy krew na wszystkie sposoby. Odwiedziliśmy specjalistów, znajdując wśród nich mądrych (często bardzo młodych) lekarzy – po równi z rutyniarzami, którzy odfajkowują wizytę, traktując pacjenta jako jednostkę rozliczeniową z kontraktu z NFZ.

I co? Zanosi się na to, że jeszcze trochę będziemy żyli, ale tym razem już z nowymi doświadczeniami i przemyśleniami. Napiszę o moich, dobrze?

  1. Kontroluję się. Mam gadżet, o którym jeszcze tu napiszę, pozwalający stale mierzyć puls, robić na bieżąco EKG, rejestrować przejawy arytmicznego bicia serca, liczbę oddechów, także nocą, liczbę kroków, kilometrów i spalanych kalorii. Codziennie, od 5 lat, mierzę ciśnienie. Codziennie się ważę.
  2. Wyłapuję wszystkie sygnały i anomalia, szukając dla nich wyjaśnienia i pytając o nie lekarzy.
  3. Nie szukam wymówek. Jeśli trzeba iść na długi spacer, poćwiczyć kręgosłup, porozciągać się – idę, ćwiczę, nie odpuszczam. Choć i tu są jeszcze jakieś rezerwy 😉
  4. Nawadniam się. Wiem, że to truizm, bo o zbawiennym piciu wody napisano już miliony tekstów, ale dotychczas stosowałem własną formę nawadniania: kawa, ziołowa herbata, wino, praktycznie nigdy woda. Od kilku miesięcy dwa-trzy litry żywej wody dziennie. I już wiem, że to działa.
  5. Spowalniam. To poniekąd zasługa Ani, która hamowała mnie przed pospiesznym wykonywaniem wszystkich prac w ogrodzie i domu. Teraz częściej je celebruję, dochodząc do celu w kilka godzin, a nie minut.
  6. Działam celowo. Jeśli spacer, to z interwałami szybciej-szybko-wolno. Jeśli ćwiczenia z rollerem, to codziennie o jeden poziom wyżej, ale nigdy poza granicę bólu. W każdej godzinie pracy za biurkiem – kilkanaście minut na stojąco.
  7. Pilnuję diety. Z Anią to proste, ona zrobi wkrótce habilitację ze zdrowego odżywiania, ale robię to jeszcze intensywniej niż dotychczas. Choć wydawało się, że bardziej już nie można…

Sprytny plan na życie

Sygnały, które odbieramy od własnego organizmu, nie muszą brzmieć jak syrena alarmowa. Nie trzeba doczekać zawału, by dowiedzieć się o kłopotach z sercem. Nie trzeba wielkiego znawcy, by dostrzec nienaturalne kształty pieprzyka na plecach. Własne jądra można badać przy każdej kąpieli, jakość kupy – po każdej defekacji. Ani to wstyd, ani ujma na honorze. I choć najchętniej sprawdzałbym codziennie stan piersi Ani, wiem, że przede wszystkim muszę kontrolować samego siebie. I własne ciało.

Jest w tym wszystkim jakiś rodzaj autoperwersji, bo nagle koncentrujesz się na sobie, nie grasz roli macho, nie jesteś facetem ze stali i reagujesz na każdą zmianę, choć kiedyś wyśmiewałeś takich gości. Ale ten egoizm jest potrzebny. Wyzwala zainteresowanie samym sobą, reakcjami, przyczynami i skutkami. Jeśli wiem, że szkodzi mi nadmiar słodyczy, to – z bólem, cholera – zaczynam je ograniczać, zastępując miodem i owocami. Jeśli było za dużo sera (zły cholesterol, psze pana), to niestety, adios gouda…

Mamy z Anuszką taki sprytny plan, żeby pożyć do 105-110 lat, bo po setnym roku życia państwo płaci emerytom po trzy tysiące na łebka, a my chcemy jeszcze trochę świata zobaczyć i te sześć tysi byłoby akurat. Można więc powiedzieć, że przygotowania do tego dzieła są całkiem zaawansowane i jako te auta – zapaliła nam się kontrolka SERVICE, wpadliśmy na przegląd generalny i po kompleksowej diagnostyce gnamy dalej. Trzeba chłonąć to życie!

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Miłość piątej kolejności odśnieżania

Zdjęcie autorstwa wal_172619 z Pixabay 

Podziel się:
Brak komentarzy

Zostaw komentarz