Bocianka

A imię jego: Siedem

Siedem lat. Za chwilę minie siedem lat od dnia, w którym kupiliśmy Bociankę, podlaskie siedlisko ulokowane w ciszy pomiędzy lasami, polami i łąkami. Ta decyzja zmieniła wszystko w naszym życiu.

To niewiarygodne – pomyślałem, uświadomiwszy sobie, że minęło tak wiele czasu. Dzieło przypadku, o którym pisaliśmy w jednym z naszych postów, całkowicie wywróciło układaną latami rzeczywistość. W każdym sensie: osobistym, rodzinnym, zawodowym, towarzyskim, logistycznym, a nawet – zdrowotnym (zamiast warszawskim smogiem, oddychamy czystym powietrzem Podlasia).

Czy żałujemy? Nie, choć miał to być w pierwszej kolejności pomysł na fotowoltaiczny biznes, który przerodził się w pomysł na życie. Oglądaliśmy dziś zdjęcia i filmy z tamtego okresu – wszystko z 2015 roku wydaje nam się takie małe, chudziawe, cherlawe. Urosły sosny, brzozy, urósł klon, świerk i buk. Wystrzeliły w górę dęby, po posadzeniu nazwane przez nas imionami dzieci. Przybyło siwych włosów i (nie za wiele) kilogramów. Obrosły bluszczem ganki, pergole i słupy, a słońce wypaliło sosnowe ściany drewutni i stodoły.

Nie zmienia się tylko klimat tego miejsca, jego senność, spokój i przychylność lenistwu. Wczoraj rano, kilka godzin przed wielką ulewą, koncert dały kosy. Kos to śpiewak, repertuar ma bogaty, powolny, stonowany, można by rzec – monumentalny, jak na tę okolicę i konkurentów. Całkiem inny od szybkiego w swoim zaśpiewie drozda, który pasuje raczej do operetki niż – jak kos – do opery. I obaj są zupełnie inni od wilgi, której majowe gwizdanie po prostu nas oszołomiło.

Czy wiedziałbym o tym wszystkim patrząc na świat z perspektywy warszawskiego blokowiska? Nie ma szans. Czy w ogóle odróżniałbym kosa od szpaka, szpaka od sójki, a kopciuszka od sikory? Też nie. Czy miałbym okazję śledzić, jak wykluwają się małe kopciuszęta, jak sprawiedliwie starzy donoszą im po robalu do każdej gęby? Nie. A ten szum w zagonie kocimiętki, który buzuje od  bzyg, trzmieli, pszczół i motyli? Słyszałbym gdzieś? Też nie.

A jednak – i tu może Was zaskoczę – zapragnęliśmy choć na moment uciec z naszego uroczyska. Zmienić perspektywę, widok za oknem i skalę wrażeń. Pojechaliśmy na półwysep Pelješac w południowej części Dalmacji i na Korčulę, która bliźniaczo mu towarzyszy, i do Dubrownika, który wiosną lekko oddycha od tłumów.

Dubrownik

Czasami potrzebne są takie ucieczki, choć przypominają zdradę: macie tak fajnie na Podlasiu, więc co was wygania do Chorwacji? Nas wygoniła potrzeba odmiany, złapania chwilowego dystansu, który pozwala lepiej docenić własne środowisko i zatęsknić za nim. Ufff! Aż mi się teraz oczy otwierają ze zdumienia, gdy czytam to, co napisałem: czy naprawdę tęskniliśmy do tego przaśnego kawałka Podlasia? TAK! Do piasku na drodze, do tych fajnych, a czasem szalonych ludzi stąd, do chylącego się krzyża, który przez siedem lat potwornie zarósł bzami i czeremchą. I do postrzępionych sztachet, które oddzielają nas od polnej drogi.

Nie wpadając w tani sentymentalizm (też Wam się wydaje, że jestem blisko? Ania się zdziwi…) dodam też, że zatęskniliśmy do przyzwyczajeń, do rytmu tutejszego, jakże innego niż rytm warszawskiej  metropolii czy Dubrownika. Ten rytm ma zaletę! Budzisz się i wchodzisz prosto w objęcia natury, z kawą, z cywilizacją swojego smartfona i porannej poczty, ale jednak – w objęcia natury. Zielone masz dookoła głowy. I od razu wiesz – będzie upał, czy będzie padało? Trzeba kosić czy skubać przekwitłe kwiaty? Podlewać czy nie podlewać?

To są myśli dobre na otwarcie dnia. Zanim wkurzysz się na politykę, zanim ogarniesz Twittera, masz przed sobą prawdziwe dylematy. I żyjesz nimi, całkiem serio nimi żyjesz.

Ucieczki są potrzebne, nadają życiu inną perspektywę, ale i tak najważniejsze jest tu i teraz. Milion ton sałaty, z którą coś trzeba zrobić, czyli zjeść. Mszyce obrodziły dużo lepiej niż grusze; gruszki nie będzie w tym roku żadnej. Gnojówki z żywokostu, po który jeździliśmy kilkanaście kilometrów, aż przyszła informacja, że rośnie blisko, wzdłuż torów; capią tak, że nos wykręca, ale działają – podobnie jak gnojówki ze skrzypu, które bardzo nie smakują mszycom. Kompostownik, w którym trzeba poprzerzucać kompost między komorami. Jagody kamczackie, które trzeba zebrać i zamrozić. Hortensje, które trzeba podeprzeć. I pierwszy, drugi i trzeci ogórek z krzaczka. 

To jest rzeczywistość, którą ogarniamy każdego dnia, łącząc przyjemne z pożytecznym i rwąc się do niej w każdej chwili wolnej od pracy. Ani lepsza, ani gorsza od tej warszawskiej, ale totalnie inna. Po prostu inna.

Wracając do naszego siedmiolecia – bilans jest bardzo na plus. Plus pies i plus kot, to też jest ważna część naszego bilansu. Plus goście: dzieciaki, rodzina, przyjaciele i znajomi, dla których to miejsce stało się celem chwilowej ucieczki, takim samym, jak dla nas Korčula i Dubrownik. Tu, jak Jagoda,  ładują akumulatory i odpoczywają od wkurwu na codzienność, tu – jak Tomek i Borys – na klawiszach i perkusji ćwiczą frazy do kolejnych utworów Chango, tu wreszcie – jak Nikodem – robią szkice do kolejnych obrazów lub, jak Malina, do następnych sztuk i książek. Albo jak Havi: przyjeżdżają tu, by popracować w innych okolicznościach przyrody i odbębniać calle z hamaka 😉 Lub jak Ada i Karolina: wpadają, by przeżyć kilka zimowych dni bez prądu…

Kocham to miejsce, jego zwykłą niezwyczajność i nieśpieszność, i wcale się tego nie wstydzę, psiamać.

Dziękuję za uwagę i proszę nie regulować odbiorników: nadal jestem pragmatyczną, rogatą zrzędą i  tylko czasem pada mnie na umysł ten ckliwy sentymentalizm. Ale walczę z tym, walczę!

Jacek

Podziel się:
Komentarz
  • O nareszcie jest jakiś post. Czasami warto zmienić otoczenie na chwilę i wróciwszy na nowo zakochać w „swoich śmieciach ” . Najlepsze jest to ,że częściej człowiek uczy się nie szarpać z życiem, odpuszczać. Miło było znów na chwilę rozgościć się na Waszych włościach czyli blogu. Pozdrawiam serdecznie i nieskromnie powiem czekam na wpisy pojawiające się częściej ,z małą regularnością 😉

    21 czerwca 2022

Zostaw komentarz