fbpx
Miłość piątek kolejności odśnieżania

Miłość piątej kolejności odśnieżania

Martwię się. Ania pognała autem do Warszawy, w porannej śnieżycy. I wraca w pośniegowej brei. Też się tak czasem martwicie o swoje lepsze połowy?

Kiedy wyjeżdżam gdzieś ja, blisko lub daleko, zawsze słyszę te same zaklęcia: błagam, tylko jedź powoli, ostrożnie, zatrzymuj się często, nie patrz w komórkę, nie odpisuj na esemesy, dzwoń do mnie z trasy, albo nie – ja zadzwonię! Miłość ma swoje prawa: Ania nie lubi, gdy wyjeżdżam sam. Z nią, choćby na koniec świata.

Miłość, czyli cierpienie

W ogóle się nad tym nie zastanawiam, gdy jadę, że coś może mi się przytrafić, że ten lub następny zakręt może być ostatnim w moim życiu. Nie! Jadę i już, jak my wszyscy, zwalniając, kiedy trzeba i kiedy mrugają reflektorami, że stoi policja, albo gdy pada lub śnieży. Ale strach o siebie samego w trakcie jazdy jest minimalny. Żaden właściwie. Jadę i wrócę, myślę sobie, nic wielkiego. Trasa jak każda.

 

To męska rzecz, być daleko. A kobieca, wiernie czekać 🙂

 

Ale gdy wyjeżdża ona, aż mnie nosi. Czekam na ten brzdęk dzwonka z wiadomością, że już dojechała. Albo na sygnał, że tankuje i kocha, i że jedzie powolutku (akurat!), i żebym się nie martwił.

Ale dziś martwiłem się bardziej. Poranek obudził nas dziesięcioma centymetrami śniegu, który zatrzymał się na wysokości podwozia Pana Kota i nie przestawał padać. A baba hardo wsiadła do auta i pomknęła w tę biel.

– Gdzie jesteś? – pytam ją po godzinie.

– W samochodzie – to jest ta najczęstsza odpowiedź, której szczerze nienawidzę. W samochodzie! Tutaj! W Polsce! Gdzieś! Ale przymykam ucho i nie wkurzam się jak zwykle, tylko bardziej stanowczo dopytuję:

– Ale gdzie dokładnie?

– Pod Węgrowem. Wjeżdżam na stację benzynową. Chyba od dupy strony, bo tu jest raczej wyjazd niż wjazd, ale wjeżdżam. A co?

Nic, k…a, nic! Przecież się nie przyznam, że się o nią boję. O nią – niedzielnego rajdowca – która przed laty bojąc się jeździć po mieście wybierała tylko takie trasy, na których można było skręcać jedynie w prawą stronę.

Umiecie tak? A Ania umiała. Przez całe miasto w prawą stronę – i zawsze dojeżdżała do celu!

To się zmieniło, bo od dawna śmiga wszędzie, gdzie się da, nie bacząc w prawo, czy w lewo. Jedzie. Szybko. Odpowiedzialnie. Dużo. Mam wrażenie, że podobnie jak ja – lubi jeździć. Ale tyko za dnia, bo nocą się boi. W szarówce też.

Nadrabianie zaległości

Więc: pojechała dziś w tę śnieżycę, licząc na poranną pracę pługów i piaskarek. I wraca po nocy, czego nie lubi i czego boję się najbardziej. Jedzie, jedzie, jedzie i… gada. Jak one to robią, że podczas dwóch godzin z okładem potrafią rozmawiać z całym światem? Akurat wtedy! Abonent jest czasowo niedostępny – słyszę w telefonie i mam już przed oczami wyobraźni wszystko, od seksu pozamałżeńskiego po katastrofę drogową i wizytę u kosmetyczki.

Ale nie. Ona jedzie. Wraca. I nadrabia.

– Gdzie jesteś, co robisz? – pytam, gdy wreszcie udaje mi się wstrzelić w czasoprzestrzeń pomiędzy rozmowami.

– Nadrabiam zaległości.

Muszę ją zrozumieć, nie ma innej rady: dzięki postępowi technologicznemu oraz łaskawości T-Mobile można u nas rozmawiać przez telefon wyłącznie po wyjściu „na pole”. (Dziękujemy ci, T-Mobile, nasza miłość będzie was ścigała aż do waszego bankructwa!) Ja dzwonię w sprawach służbowych i po rodzinie, gdy chodzę z psem. Ania – gdy jedzie na zakupy lub w dłuższą trasę. Właśnie wtedy nadrabia zaległości.

Czekając na pług

Wszystkie drogi, które łączą ze światem nasze leśne zadupie, mają jedną właściwość. Są tym bardziej czarne, im mocniej zbliżamy się do stolicy. W drugą stronę to nigdy nie działa. Dziewiczy śnieg (patrz zdjęcie) na trasie do Grabarki, rozjeżdżony jedynie przez lokalne auta, daje nam namiastkę Alp, z tą jedynie różnicą, że tam przed pierwszym porannym kierowcą rusza na trasę pług śnieżny. A u nas – kto rusza pierwszy, ten przeciera szlak ku radości innych. Obywatelu ze wsi, radź sobie sam.

Umilam sobie pisaniem oczekiwanie na Anię, pług i przydziałową szczepionkę, zastanawiając się, co pojawi się jako pierwsze. Ania? Pan z pługiem? Bo na szczepionkę nie czekam z nadmierną niecierpliwością: trudno czekać na coś, co zapowiadane jest wstępnie na drugą połowę przyszłego roku. W takim tempie najpierw zaszczepimy lekarzy, celebrytów, polityków i drogowców, a dopiero później – seniorów. A powinniśmy zacząć od drogowców.

Piszę i słucham Radia 357, nasłuchując dźwięków skrzypiącego pod kołami śniegu – i nic. Telefon nie odpowiada (Ania nadrabia), za oknem ciemność, Rudi śpi, kot śpi (i będzie tak spał aż do czasu, gdy zacznę skrobać łyżką o kant miski z karmą), szczęście całe, że przestało padać. W naszej dolince leży już piętnaście centymetrów puchu: piąty stopień odśnieżania…

Jutro rano chwycę za łopatę i zmierzymy się z zimą.

Jacek

PS. Przyjechała. Radosna. Cała. Cieplutka jak miłość. Nie wie, co ja tu przeżywałem. Ale dobrze, że jest. Bo bez Ani to nie jest życie. Wieś bez kobiety nie wytrzymuje próby czasu.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Ojagupiacipa, czyli z wyprawy baby do miasta

Podziel się:
Komentarz
  • Pozdrawiam serdecznie. Ze łzami w oczach czytałam miłość. Jestem przekonana, że tak Anna jak i Pan będziecie wracać bezpiecznie z każdej podróży.

    13 stycznia 2021
  • Nie wiem, czy mój mąż tak ma, ale ja mam tak właśnie! I bujną wyobraźnię niestety… A ci se jeżdżą i jeżdżą! 😉

    13 stycznia 2021
  • Jacku, wybacz… ale zawsze tak strasznie mnie cieszy Ani nadrabianie ☺️ Pozdrawiam serdecznie. Beata

    14 stycznia 2021
  • Jacku, wybacz… ale zawsze tak strasznie mnie cieszy Ani nadrabianie ☺️ Pozdrawiam serdecznie. Beata

    14 stycznia 2021

Zostaw komentarz