Baba znika z domu na 4 godziny i co?


Kwiat wrotyczu

Moja wina. Mam cztery nieusprawiedliwione godziny. A wszystko przez to, że…

Miałam odebrać pierogi. O dziesiątej, punkt. Ruskie i z kapustą. Jak się później okazało, te z jagodami i wiśniami doszły nagle i spontanicznie.  Oczywiście, że jestem punktualna! Wyjechałam, jak każda kobieta w mojej sytuacji, punktualnie o 10:15 – bo przecież najpierw spacer z Rudim i Panem Kotem – potem obowiązkowa celebra z poranną kawą na tarasie i uzgadnianie planów na dziś (koniecznie zadzwonić do Mariolki!).

Jacek zmywa kubeczki, a ja szybki tour między rzędami kwiatów, bo czas ogłowić, żeby dłużej kwitły. No i śniadanie! Czas? Nie ma czasu! Ale w piżamie nie pojadę! Więc? Wiadomo. Zbieeeeeram się.

Punktualna pani

Gotowa, wychodzę. O ja głupia…! Powrót: po fajki, zapalniczkę, po torbę na zakupy i klucz „trzynastkę”, bo Jacek twierdzi, że trzynastka to najważniejszy klucz do wszystkich śrub na świecie i że zawsze, kiedy jej potrzeba, nigdy nie ma trzynastki pod ręką. Pomna ostrzeżeń, zawsze staram się zabierać trzynastkę, choć nie wiem, którym końcem się to kręci.

Wracam za godzinkę! – krzyknęłam w otchłań domu, ale chyba odpowiedziało mi tylko złowieszcze, białostockie echo: Wyp…laj! lub coś w tym sensie. Jacek powie pewnie, że było to „jedź powoli, kochanie!”, ale przecież nie będę się kłóciła o detale, żyjemy w strefie wolnej od nienawiści, więc mam luz. Tylko naklejek własnych nie mamy: teraz każdy powinien mieć naklejkę.

___________________

Strefa Wolna Od LGBT. Od Żydów. Od Rozumu. Wolna Od Idiotów. Od Polityków. Wolna Od Pięści, Śliny i Kopów. Największy biznes zrobi ten, kto wprowadzi naklejkę z napisem Strefa Wolna Od Naklejek.

________________________________

No właśnie: jeśli ktoś ma tyle porannych dylematów ile ja, to czy może zdążyć na dziesiątą, wyjeżdżając kwadrans po?

A wszystko miałam tak dobrze wyliczone! Do pierogów u Pani Oli 25 minut, 10 minut na papieroska i omówienie sytuacji na Bliskim Wschodzie, i powrót, 25 minut. Razem równo godzina. Zaczęłam nieźle (jeszcze tylko buziaki z Rudim i poszukiwanie kota pod kołami), ruszyłam o czasie i o czasie dotarłam. Plus 15 minut spóźnienia z powodów jak powyżej.

Skręcam w lewo

Problemy zaczęły się, jak mówią kolejarze, na powrocie. Ponieważ jeżdżę uważnie, zauważyłam po lewej stronie żółty kolor. Nie, nie była to kamizelka odblaskowa przewodnika pielgrzymki ani nawet znak drogowy „Uwaga Piekło”, po prostu było to na tyle żółte i na tyle żółtozauważalne, że bohatersko skręciłam w lewo, w stronę żółtego. (Każdy, kto zna mnie choć trochę, wie, że w ruchu drogowym dużo lepiej wychodzi mi skręcanie w prawo, mogłabym właściwie skręcać wyłącznie w tę stronę, dla bezpieczeństwa ludzkości.)

Skręciłam. Tylko na chwilkę! Żółte ciągnęło się i ciągnęło, i ciągnęłoby się dalej, gdybym nie zatrzymała się w celu zatrzymania. Tylko na pięć minut!

Najpierw zerwałam tonę wrotyczu, ponieważ po zatrzymaniu obudziła się we mnie szeptucha. Wrotyczu u nas mało w tym roku, a tu był wrotyczowy las! Z wrotyczu można zrobić halucynogenną nalewkę (idealna na czasy, w których żyjemy), a na drugim biegunie zastosowań – życiodajną ogrodniczą gnojówkę. Wrotycz przegania też muchy, konkretnie to nie wiem jak przegania (wyglądem, żółcią,  smakiem czy zapachem?), ale muchy do wrotyczu nie idą, podobnie jak do niebieskiego i do raju.

Żyją 28 dni i idą do piekieł, mam nadzieję.

A wiecie jak trudno jest rwać wrotycz zębami? Dlaczego ja głupia wzięłam trzynastkę zamiast noża?! Musimy to sobie z Jackiem wyjaśnić: czy do kobiecej torebki pasuje bardziej trzynastka czy nóż? A może sierp? Jakie znamy zastosowania sierpa?

Rwałam i rwałam, i rwałam, już w drugiej godzinie żałując skrętu w lewo i przyglądając się swojemu bagażnikowi, czy aby jego 506 litrów pojemności na pewno oznacza tonę wyszarpanego wrotyczu?

Nie oznacza. Zmieściła się dopiero na wpych, prośby i zaklinanie. Pomknęłam polną drogą dalej, szukając ścieżki wyjścia z żółtej matni i skarbu Jadźwingów, którzy przed setkami lat rządzili Drohiczynem i okolicami. (Bo sytuacja dzieje się w okolicach Drohiczyna, gdybyście pytali.) Skarbu nie było, przez dłuższą chwilę zrobiło się tylko jeszcze bardziej żółto, a nawet cytrynowo – dopadła mnie ściana dziewanny.

Skubanie 

I znów godzina. Skubała baba, skubała, aż wyskubała sobie kobiałkę kwiatu dziewanny, napawając się widokiem i wonnościami. Słowo: napawała, brzmi tu adekwatnie, ponieważ więcej się przyglądałam niż skubałam, kombinując jakby tu przenieść tę ścianę do nas. Dziewanna, pomyślałam równolegle (bo ja potrafię myśleć o dwóch sprawach jednocześnie tylko w sytuacjach ekstremalnych), będzie znakomitym wytłumaczeniem opóźnienia!

Bo Jacku! Drogi! Dziewanna jest świetna na zapalenie oskrzeli, leczy suchy kaszel, łagodzi ból gardła, stosuje się ją przy biegunkach i jako środek przeciwbólowy, nadaje włosom połysk i ma wiele innych cech przeciwzapalnych, antyoksydacyjnych, bakteriobójczych i osłaniających. Czyli: warto było stracić tę jedną godzinę na zrywanie kwiecia i drugą na napawanie.

Wymyśliwszy usprawiedliwienie skręciłam w prawo, dostrzegłszy na horyzoncie Pana Rolnika. Rolnik nie szukał żony, kończył kosić zboże kombajnem, a ja zastrzeliłam go pytaniem:

Przepraszam, czy nie wie pan, gdzie ja bym mogła znaleźć kilka snopków słomy, ale takich, żeby nie były przemłócone przez kombajn? – rola blondynki wychodzi mi czasem nadspodziewanie naturalistycznie…

Rzeczywiście go zastrzeliłam. Nie miał łatwej odpowiedzi, a ja/my potrzebuję równo ściętej, długiej słomy, żeby zrobić z niej maty do osłony roślin na zimę.

Ooouuuu! – odpowiedział. – To by trzeba szukać takich, co teraz koszą kosą albo snopowiązałką! W skansenie jakimś? Albo może ktoś kosi na wianki? Bo ja to kombajnem, jak panienka chce, to sobie nabierze słomy do auta.

Gdzie, panie, gdzie??? Mam auto wypchane wrotyczem i kwiatami dziewanny! Ale na szczęście dał mi adres, mamy podjechać NORMALNYM samochodem (jakby cytryna nie była normalna!), to nam wrzuci NA PAKĘ. Coś tam może się znajdzie, kosą przytnie, czy jakoś tak.

Czyli mam kolejny uzysk: słoma. Jeden wyjazd na godzinkę po pierogi, a tyle dorobku!

Podlaska Toskania 

Następnie dojechałam do Toskanii. Albo gdzieś blisko. Pagórki niezbyt może wygięte, cyprysów mało, Włochów jeszcze mniej, ale te widoki… Napawałam się i napawałam, tracąc oddech i czas.

Podlaska Toskania

Później wstąpiła we mnie nagła kobiecość. Skręciwszy w prawo, jeszcze raz w prawo i potem prosto dojechałam do sklepu. Kobiecość objawiła się w czterech przepięknych słojach do ogórków i pięciu małych flaszeczkach do nalewek. Flaszeczki dla Jacka i ku usprawiedliwieniu. Plus mała lodówka turystyczna za półdarmo. (Dlaczego my, kobiety, kiedy musimy zdać swoim facetom relację z zakupów, to zawsze mówimy, że kupiłyśmy za półdarmo lub z przeceny? Dlaczego nie mówimy, że rozdawali w gratisach? Nigdy tego nie zrozumiem.)

Wolna od stresów (napawanie) i gotówki (zakupy) wróciłam do domu o piętnastej. Cztery godziny spóźnienia! A nawet do Mariolki nie zadzwoniłam!

Dom – milczący, cichy. Na stole w kuchni kartka: Strefa Wolna Od Pierogów. Zrobiłem sobie kanapki z serem. Śpię. I ja Ciebie też. J.

Obudzić go i przyznać się, co robiłam? Czy po prostu przespać tę sytuację?

Ania

PS. Na znak pokoju zrobiłam śpiącemu koktajl. Z naszej borówki, naszej czarnej porzeczki, z podlaskiego jogurtu i niedojrzałej jeszcze aronii. Garść aronii zerwałam ukradkiem, skręciwszy w lewo w stronę cudzej plantacji. Ale nie mówcie, że to ja: skusiła aronia babę, ot wszystko. I obiecuję nigdy już w lewo nie skręcać!

POLECAMY RÓWNIEŻ: Pani od pierogów

7 komentarzy

  1. Anonim
    24 lipca 2019
    Odpowiedz

    Doprawdy, powiadam Wam, czytałam to jak „Anię z Zielonego Wzgórza” …raz z prawa, raz z lewa 😉, aż tu nagle koniec.
    Dlaczego dzień skończył się o godzinie 15? -pytam.

  2. Lidka
    25 lipca 2019
    Odpowiedz

    Proszę, zaklinam, domagam się, o wydanie tych wszystkich opowiadań w formie powieści! Obiecuję, że zajmie ona najlepsze miejsce na mojej półce z książkami i przenigdy nie pokryje jej kurz, bo po prostu nie da rady 😁 jestescie niesamowici!

  3. Alicja
    25 lipca 2019
    Odpowiedz

    Prawda, prawda i jeszcze raz prawda – odnosi się to zarówno do słów Lidki jak i Waszego bloga :). Rozpoczynam dzień od kawki i lektury „Nieba za miastem”. Książka super pomysłem! Dobrego dnia 🙂

  4. 25 lipca 2019
    Odpowiedz

    Alicja i Lidka 🙂 Dzięki za zachetę! W ten sposób mamy już zamówienia na 4 egzemplarze – Wasze dwa i nasze dwa 🙂 Ja w to wchodzę, jeszcze tylko muszę przekonać Jacka. Z nim jest trudniej…

    Serdeczności w upalny dzień!

  5. Gosia
    25 lipca 2019
    Odpowiedz

    Jestem za! Książka na każdą okazję! Czytam blog kiedy tylko mam chwilę i porady, przy okazji dziękuję za „nalewkę Myśliwską”. Jako jedyna po wczorajszym ataku komarów przeżyłam bez ukąszenia😂😂😂. Ci którym śmierdziała nalewka teraz płaczą. Pozdrawiam z Łeby(urlopowo)

    • 25 lipca 2019
      Odpowiedz

      Myśliwska jest extra! A do zapachu można się przyzwyczaić – gorzej z komarami 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Dwoje na ławeczce. Medytacje w stylu joga-country
Następny Weź nie pytaj! Rób kiszonki, to proste!

Poczytaj więcej

Mam zielone palce. A Ty jakie masz?

Dziewiętnasty, dzień dobry

6:45 itd. Wyznania (nie)młodego blogera

Mit motywacji. Nawet nie wiesz, ile możesz osiągnąć.

Teraz, k…, ja!

Niebo w wielkim mieście

Cisza i spokój. Prawda o życiu daleko od miasta

Czas ziół. Jak zrobić herbatę Tuarega i nalewkę na kwiatach dziurawca?

Weź nie pytaj! Rób kiszonki, to proste!

Jarmark Kiermusy. Barachołka i tandeta.

Uprawy na rabatach podniesionych

Kaflove (1)

Deski do krojenia chleba. Czar prostej pracy.

Dwoje na ławeczce. Medytacje w stylu joga-country

Piekło na różnych poziomach