Kaflove (2)


Kaflove

Jeden był biały, drugi beżowy, koloru trzeciego nie pamiętam. Stały w poniemieckim mieszkaniu w poniemieckiej kamienicy w poniemieckim Kolbergu, tuż nad brzegiem poniemieckiej rzeki Persante. To tu poznałem swoje pierwsze w życiu piece.


Kamienica miała numer 31 i rosła przy ulicy, którą na niemieckich mapach oznaczono jako Am Haberlingplatz, a na polskich najpierw jako ulicę Zygmuntowską, później jako Bohaterów Stalingradu, a gdy już politycznie Stalingrad się znudził ‒ ponownie jako Zygmuntowską. W Kolbergu ta ulica kwitła, ale Kołobrzeg chyba nie czuł specjalnej dumy z powodu jej istnienia. Była ponura, nijaka. Ja zaś szczerze Zygmuntowskiej nienawidziłem.

W starym domu


Mieszkanie było duże. Prawie 95 metrów kwadratowych dla małżeństwa bez dorobku, z jedną szafą, dwoma łóżkami i dwójką dzieci, to bezkres. W największym pokoju mebli nie było wcale, stał w nim tylko piec kaflowy, ten właśnie, którego koloru nie pamiętam. Ale kłamałbym pisząc, że utrwaliłem w pamięci pozostałe dwa kolory. Nie. Kiedy myślę o mieszkaniu przy Zygmuntowskiej, mam w głowie wyłącznie wspomnienie kosmicznej przestrzeni i zimna. Żadnych kolorów.


W latach sześćdziesiątych węgiel był drogim rarytasem. O paleniu samym drewnem w środku miasta nikt nawet nie marzył; zresztą mój ojciec myślał wtedy wyłącznie o pracy w urzędzie i zaocznych studiach, zimno chyba mu nie przeszkadzało. Nie wiem nawet, czy docierały do niego te okoliczności ‒ Zimno jest, Tadzik, słyszysz? Strasznie zimno jest w domu! ‒ Tak-tak-zimno-za-chwileczkę-tylko-coś-skończę ‒ i tyle go było.

Piece = przekleństwo


Piece stały się więc przekleństwem matki, kursującej do piwnicy po węglarkę miału. Pod pachą trzymała wiązki drewna, podrzucane przez teściów prosto ze wsi Trzynka. Nie wiem, czy przeklinała je moja starsza siostra, wysyłana na dwór z wiadrem popiołu. Ja, pięciolatek, z racji wieku musiałem być poza tematem. Pamiętam z tych lat jedynie wielki pokój, po którym podróżowałem między oknem i Kosmosem. Powalał chłodem.

Pamiętam zamarzniętą wodę w wiaderku. I parę z ust. I egzotyczne kwiaty mrozu na szybie. Ogień paliło się jedynie w piecu kuchennym i w białym piecu najmniejszego pokoju, w którym toczyła się większa część naszego życia. Piec łazienkowy miał zastosowanie wyłącznie podczas kąpieli. Piec beżowy włączano na specjalne okazje. Dla gości. Pieca bez koloru, obok którego przejeżdżałem dziecięcym rowerkiem, nie rozgrzewano nigdy. Może dlatego stracił moją pamięć?


Całkiem prawdopodobne, że przed wojną nasze ziemioodzyskane mieszkanie należało do rektora Emila Schroedera, którego nazwisko znalazłem po latach w starych niemieckich księgach adresowych. To mogłoby nawet pasować do stylu przedwojennego pruskiego intelektualisty: biały piec, piec beżowy i piec bezbarwny. Pewnie mieli dużo mebli, naczyń i dywanów, pewnie było im ciepło.


Zimowe koszmary


Ale dla mnie ‒ oraz, jak wspominałem, mojej matki, starszej siostry i trochę też ojca ‒ piece były koszmarem. Śniły mi się przez długie lata, także wtedy, gdy mieszkaliśmy w pierwszym od strony osiedlowej kotłowni domu z wielkiej płyty, ogrzewani szalonym bulgotem wrzącej wody, która nie pozwalała dotknąć kaloryfera. Ale dla nas to był raj. W majtkach po domu! Zimą! Ojciec zaznał rozkoszy tego ciepła dość krótko, raptem przez kilka miesięcy: młodo zmarł, definitywnie tracąc wrażliwość na wszelkie zmiany temperatury.


Mnie ona pozostała. Znienawidziłem piece. Miałem to zapewne po matce, bo przecież nie ja musiałem taszczyć tony węgla po schodach, i może trochę po siostrze, wybiegającej prosto w zimę z wiaderkiem popiołu. One taszczyły i biegały, a ja nienawidziłem pieców całą swoją chłopięcą mocą i jakby w zemście ‒ za matkę! za siostrę! ‒ wziąłem na siebie ciężar tej nienawiści i jego pochodne.


Był rok 1965. Przeprowadzka. Do nowych bloków, sto metrów za Parsętą. Kaloryfery szybko zostały synonimem komfortu wielkiego świata. Trzy piece z Zygmuntowskiej kojarzą mi się od tamtej pory wyłącznie z siermięgą i postgermańskim okrucieństwem, z powodu którego zimą zwisały mi gile z nosa, a pierzyna zaczynała grzać dopiero wtedy, gdy wchodziła pod nią matka.


Piec stał się w moim świecie symbolem obciachu. Wiochy. Niewygody. Trudności operacyjnych i komplikacji życiowych. Był niemodny jak furmanka, której zaczynasz się wstydzić przesiadłszy do najnowszego modelu skody. Jak waciak i walonki, i onuce, i rosyjska uszatka.  


Mały seks przy piecu


Pierwszym i jedynym piecem, który wywołał we mnie uczucie ciepła i prawdziwie bezwstydnego podniecenia, był ciemnobrązowy kaflowiec w domu mojej babki. Nastało lato 1974 roku. Skończyłem właśnie podstawówkę, przyparty do chłodnych kafli przez osiemnastoletnią Annę po raz pierwszy poznałem smak warg i spryt kobiecego języka, co na kilka lat stało się moim benchmarkiem dla kolejnych pocałunków i obmacywanek. (Od tamtej chwili i od tamtego pieca dość długo żyłem w przekonaniu, że mężatki całują najgłębiej.) Anka była już mężatką, z dzieckiem w wózku przychodziła do mnie, miastowego, pograć w badmintona i grę wstępną. 


Piec w babcinym domu w Trzynce ‒ trzymajmy się jednak chłodu realiów ‒ miał dwa konteksty. Kontekst mistyczny przedstawiłem powyżej, kontekst praktyczny zwał się duchówką. Miała głębokość około pół metra, wysokość i szerokość około 20 centymetrów. W jej czeluściach w wysokiej temperaturze dochodziły do wybornej formy zielone jabłka bremeńskiej odmiany boiken, zrywane w połowie września z drzew w starym ogrodzie i trzymane do wiosny na strychu.


Duchówka, jabłoń, piec, a także i dom były ‒ tak jak ulica Zygmuntowska ‒ poniemieckie. Wieś Trienke miała przed wojną i ma do dziś wąski trakt z wysokich kocich łbów, kilkadziesiąt marnych domów, stary kościół, gorzelnię, pałacyk i park, który stracił resztę świetności w czasach komuny i po odejściu najważniejszego po wojnie gospodarza, dyrektora Hesse. Dyrektor niepodzielnie rządził lokalnym pegeerem, był absolutnie wymagający i jeszcze bardziej ludzki: wszyscy chcieli z nim pracować, nienawidzili go szczerze i kochali.


Wiejskie ciepełko… kaflove


Dom z ciemnobrązowym piecem był połówką bliźniaka, zbudowanego na początku dwudziestego wieku w niemieckim standardzie i z niemieckim porządkiem wewnętrznej przestrzeni. Prostokąt sieni i regularne kwadraty kuchni, pokoju, sypialni i spiżarni.


Może należał do rodziny Springmannów? Może mieszkała w nim Sophie Braun, a może Johann Kringel? Martin Kutscher? Te nazwiska i drzewa genealogiczne kończą się w Trzynce na 1945 roku, tak jak historia rodu von Gerlach, do którego Trienke należała od końca XVIII wieku. Władza ludowa zmieniła nazwę wsi na Trzynka, by w końcu zrobić z niej Trzynik.


Niemal w każdym z zabudowań majątku Trienke kafle pieców miały zielony lub brązowy kolor. W mieszkaniu dziadków przy kuchni stała wielka, malowana olejną farbą niebieska skrzynia. W niej składowano trociny, drewka na podpałkę, zapałki, draskę. Przesiadywałem na jej wieku, gdy dziadek powolnym ruchem smarował smalcem cięte równiutko na pół centymetra pajdy okrągłego chleba, układał na nich cebulę, czosnek i posypywał grubą solą. Babka zajmowała się ogniem, szurała fajerkami, stale dopytując męża ‒ Kurom dałeś? świniom dałeś? Ten rytuał trwał latami, zmieniła go dopiero choroba dziadka; wówczas to on słyszał poranne ‒ Kuram dała, świniam dała… Alzheimer zamknął te ich poranne rozmowy na zawsze.

Rozpalanie pieca


Ciemnobrązowy piec z duchówką (i mistycznym seksem) stał jednak martwy przez większą część roku. Kiedy nadchodziły zimne dni, rozpalał go dziadek. Był perfekcjonistą. Drewka na podpałkę przycięte na identyczną wysokość, delikatne, rozczapierzone, żeby ogień miał większą przyjemność. Olsza najczęściej. I brzózki. Trociny jak księżycowy pył zwiewne, łatwopalne. I jedna zapałka.

Nie pamiętam, by kiedykolwiek do podpalania użył gazety. Prasa, „Głos Koszaliński”, była święta na dwa sposoby. Raz ‒ z uwagi na powieść w odcinkach, kryminał lub western, który czytało się każdego dnia rano. Dwa, że równo poszatkowana trafiała do wygódki ulokowanej za chlewikiem i szopami. Tam było jej przeznaczenie, nie w ogniu!


Mieli z babką zwyczaj, który skończył się równo z dniem triumfu kaloryferów nad piecami. Każdej zimy zasiadali w pokoju gościnnym i rozkoszowali się ciepłem bijącym od brązowych kafli. Pławili się w nim przystawiając fotele jak najbliżej pieca. I jednocześnie ‒ nigdy nie ogrzewali sypialni! Ciężkie, drewniane drzwi do niej widziałem stale zamknięte.


Każdej zimowej nocy przekraczali próg między boskością cieplarnianego salonu i absurdalnie wyziębioną chłodnią alkowy, szukając gorąca w pierzynach, bo przecież nawet nie w sobie ‒ spali oddzielnie. I ja, i wszyscy inni, którzy mieliśmy okazję u nich gościć, podobnie. Żadnego ognia w sypialni, nigdy. Z oszczędności? Pewnie nie, drewna mieli wszak pod dostatkiem. Może to pozostałość po wojennej traumie, po robotach u bauera, u którego spali w przeszytej wiatrem stodole? Może podświadoma pewność, że tak jest zdrowiej? A może decydowała tylko ówczesna jakość pierza i bez mała metrowa wysokość pierzyny?


Laubzega i gratzega


Palili głównie grabiną, olszą i brzozą. Czasem dziadek przywoził z tartaku sosnowe i dębowe klocki, które cięliśmy dwuręczną piłą. Uczył mnie piłowania w myśl zasady moja-twoja, rugając, gdy pchałem piłę zamiast puszczać ją luzem, gdy on ciągnął. Drwa cięliśmy na półmetrowe kawałki, wędrowały później do szopy, a tam równiuteńko poukładane czekały na swoją kolej, nierzadko latami. Czasem uczestniczyłem w rąbaniu klocków, męcząc się okrutnie i zabawnie podskakując przy wielkim pniaku, gdy z klocka nie udawało się wyrwać siekiery.


W schowku z narzędziami puszyły się stolarskie zestawy dziadka, z klobzegą do cięcia desek na czele. Miał włośnicę zwaną laubzegą, kilka płatnic, które nazywał fuchszwancami i elegancką, wygłaskaną własnymi dłońmi gratzegę, której spolszczona nazwa „zarzynaczka” została mi w pamięci do dzisiaj. Ale one wszystkie oraz liczne inne, których nazw nie pomnę, służyły wyłącznie do misterium, jakim było przerabianie drewna w dzieła sztuki.


Dziadek potrafił jednym wprawnym ruchem narysować okrąg na desce, idealnie okrągły, i w kilka chwil wyciąć drewniane kółko, które było mi potrzebne do zabawy. Był stolarskim mistrzem.

Bez pieszczot

Z drewnem na opał jednak się nie pieścił: łupał pniaki na szczapy z wielką siłą i bez żadnej namiętności, hurtem. Później siadał na zydelku przed domem i maleńką siekierką szatkował je na podpałkę. Końcówki  niektórych polan dodatkowo rozgniatał obuchem, pewnie dlatego, by płomienie zajmowały je szybciej.


Centrum palenia była kuchnia. Latem było w niej gorąco od upałów i nieustannego utrzymywania ognia: babka gotowała długo i często. Na kuchni stale grzał się wielki kociołek z wodą do mycia rąk i twarzy ‒ w każdą sobotę wystawiała do szopy, lub na podwórze, szeroką balię, wrzucała szare mydło i robiła nam luksusową kąpiel. Jako gość i najmłodszy miałem przywilej wykąpania się w pierwszej wodzie, po mnie do balii wchodzili inni.


Ciąg dalszy pewnie nastąpi… 🙂


Jacek

PROSTO DO TRZECIEJ CZĘŚCI TEKSTU: Jak zbudować piec kaflowy_3

2 komentarze

  1. Ola
    7 stycznia 2019
    Odpowiedz

    Koniecznie bo czekamy na ciąg dalszy ?ziemianka w planach na 100 %?

    • 7 stycznia 2019
      Odpowiedz

      Się pisze 🙂 A ziemianka? Kto jej nie ma, nie wie, co traci. Zwłaszcza teraz, gdy nazbieraliśmy jesienią tyle zapasów…
      Dzięki za komentarz!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Co na nas działa?
Następny Minimalizm. Dalibyście radę?

Poczytaj więcej

Ty piszesz, my odpowiadamy (3)

Życie. Część II. Wydanie poprawione.

Nalewunia z młodych pędów sosny? Robi się!

Co na nas działa?

6:45 itd. Wyznania (nie)młodego blogera

Ja chcę na dwór! Jaki jest Twój bilans powietrzny?

Czytając Vincenta Severskiego

Jarmark Kiermusy. Barachołka i tandeta.

Układam pasjans z życia

Kobiety 40+ rządzą naszą wyobraźnią. Tekst sponsorowany. (Przez Anię.)

Jak suszyć zioła?

Kaflove (5)

Żenujące sieci, Orange i T-Mobile: wstydźcie się!

Bądź ekomaniakiem. Buduj oczyszczalnię! (1)

Pochwała prostoty, czyli rzecz o wiejskich meblach