fbpx

Gorący przegląd dnia, czyli kod na zozole

Termometr nam się skończył. Zewnętrzny. Jego granicą jest 50 stopni i kiedy poziom cieczy zatrzymał się przy tej wartości, pozostały jedynie spekulacje: jest dokładnie 50 stopni na plusie, czy może jednak więcej, albo dużo więcej?

Czerwcowy skwar w mieście odczuwa się jednak skrajnie inaczej od tego na wsi. Poza wielkimi parkami i galeriami handlowymi, w mieście nie ma dokąd uciec: żar bije od niemal każdej elewacji, od asfaltów i betonów, aut i autobusów. Tu wystarczy wyjść na ocieniony taras albo usiąść na huśtawce pod lasem i już jest lepiej, znośniej. W cieniu drzew, przy zawiewającym leciuteńko wietrzyku z zachodu – jest bosko.

Byliśmy z Anią na zakupach; jak w każdy czwartek – najpierw poranny ryneczek (mamo, u nas truskawki po 5-7 zł) i później sklepy. Targowisko, mimo wczesnej pory, spalone słońcem, w sklepach, mimo klimatyzacji, duchota, bo maski na twarzach wyjątkowo ciasno leżą tego lata. Przy kasie kolejka, kasjerki jak automaty – bach, bach, bach… I nagle jedna pyta drugą, nie przerywając przeciągania produktów:

Ewa, pamiętasz kod na zozole?

554271190… – odpowiada jej koleżanka, również nie przerywając przeciągania towarów.

Znacie jakikolwiek kod produktu? A zwłaszcza – na zozole? A one znają! W tym trybie pracy, w tej gorączce wokół, wśród tuzinów ludzi recytują kod słodyczy z piątej ligi ważności! Taka kasjerka, myślę sobie, gdy przychodzi do domu, to może mężowi do obiadu wyrecytować wszystkie kody produktów Lidla i nigdy przez to nie stanie się nudna. Nigdy! Produkty się zmieniają, kody się zmieniają i tylko mąż – stale ten sam, cholera.

Ujęła mnie pani Ewa z kasy, serio. Ja, zapytany przez kogokolwiek w tym upale, umiałbym z dużym bólem przypomnieć sobie numer własnej komórki, numery do dzieci i Ani, może jeszcze, po długim namyśle, do mamy, siostry, ale żeby mieć wyryte na pamięć numery do znajomych? No, nie wiem…. A co dopiero mieć w pamięci dziesiątki kodów, których przydatność do życia uważam za beznadziejnie niską? Niemożliwe. A pani Ewa potrafi, ma to w głowie i umie rzucić stosowną informacją na żądanie. Szok.

Kod na zozole wprawił mnie w zadumę i konsternację: jest coś, czego nie ogarniam. W tej koszmarnej pogodzie nawet mi głupio przyznać, że lekko zatęskniłem za styczniem, gdy nasz termometr skończył się w drugą stronę, zatrzymując na poziomie minus 35. Nie ogarnia też czerwcowych upałów pies, który z lubością leży na podłodze w domu, kontentując się pokojową temperaturą w wysokości 22 stopni. Nie wytrzymują upałów hortensje, zwisając jak spruty wór, i rododendrony, o trawie nie wspominając.

W naszym oczku wodnym, które powstało ze starej, metalowej balii, ratują się pszczoły, osy i ptaki – zwłaszcza ptaki mają tu używanie. Przysiadają na kamieniu, popijają łyczek wody, a następnie trzepiąc skrzydłami sprawiają sobie ochładzającą kąpiel. I do lasu! Odprężone, świeże i radosne – nie pamiętam z ostatnich lat takich ptasich koncertów, jakich świadkami jesteśmy w tym roku! Albo to jakaś forma podziękowania za opiekę w zimie, albo jest ich więcej niż zwykle, albo polityka społeczna i gospodarcza rządu oraz sukcesy naszej narodowej drużyny piłkarskiej wprawiają ptaszory w tak dobry nastrój. Piejo i piejo!

Jedynie kot ma na ten upał wywalone. Śpi, gdzie popadnie: albo u nas, albo gdzieś w leśnym cieniu i nawet mysz odstąpił dziś psu protekcjonalnie – masz, stary, pobaw się…

W takich dniach błogosławię naszą mądrość (jakkolwiek głupio to brzmi) i zachęcam do niej innych. Izolujcie się! Zakładajcie rekuperatory! Zakopujcie w gruncie wymienniki ciepła! To wszystko działa w sumie prawie tak, jak klimatyzacja, a ja, dzięki kilku prostym ruchom inwestycyjnym, mogę dziś pisać te słowa, siedząc w komforcie poddasza i… narzekać, że jest odrobinę za chłodno.

No, bo jest. Nie żałowaliśmy wełny mineralnej, chcąc jak najlepiej izolować termicznie nasz dom – i to się w takich warunkach sprawdza. Jeśli planujesz budować dom, dołóż pięć centymetrów otuliny więcej niż pozwalają na to normy i honor oszczędnego Polaka – termoizolacja szybko Ci to wynagrodzi!

Nie namawiam zbyt usilnie do wyposażania swoich domów w rekuperację i wentylację mechaniczną, ale uwierzcie: zalety takiego systemu ujawniają się szczególnie mocno w ekstremalnych warunkach. Zakopany trzy metry pod ziemią glikolowy wymiennik ciepła zaciąga z gruntu temperaturę o wartości około 11 stopni i schładza powietrze wciągane do domu przez filtry rekuperacji. A zimą je ogrzewa. Bajka!

Ten system działa inaczej niż klimatyzacja, nastawiony jest w pierwszej kolejności na wentylowanie domu, ale schładza powietrze wewnątrz pomieszczeń do bardzo znośnej temperatury. Wchodzimy z dworu do domu, by się schłodzić i już po kilku sekundach czujemy na sobie ten życiodajny powiew normalności… Pisaliśmy już o rekuperacji…

Na zewnątrz jednak gorąco jest niemiłosiernie. Skróciliśmy naszą ogrodową aktywność do godzin późnopopołudniowych, ratując przed wyschnięciem grządki warzywne i mniej odporne rośliny. Buńczuczne do niedawna bratki, którym świetnie służyła chłodna wiosna, teraz męczą się coraz mocniej i chylą ku uśpieniu, a były w tym roku rewelacyjne – rosły do 25-30 cm wysokości i kwitły jak oszalałe.

Fascynujące jest (bardziej nawet niż kod na zozole) to przyglądanie się przyrodniczym cyklom. Jedne rośliny kwitną i odchodzą, inne po nich doznają kolorowego szaleństwa, a jeszcze inne – czekają na swoją kolej.

To jest bezdyskusyjnie czas kocimiętki, lawendy i szałwii, ale przecież pamiętamy, że one zakwitły po szalonych tulipanach, które sterczały w niebo przez cały maj. Przekwitły już rododendrony, czeremcha i magnolia, kończy kwitnąć kalina, ale czają się ze swoimi kwiatami hortensje i wysokie na ponad dwa metry lilie. Zniknęły niedawno ostatnie niezapominajki, ale ostro w górę ruszyły w górę rumianki, czosnki i chabry, z którymi ściga się piwonia razem z naparstnicą, i za którymi nie może nadążyć słoneczniczek. A gdzie tu jeszcze kosmosy, a gdzie dziewanna i perowskie, gdzie moje ulubione jeżówki, o jesiennych marcinkach i topinamburze nie wspominając.

I pośród tego wszystkiego my, starzejący się jakby wolniej niż rośliny, które nas otaczają, a przecież podlegający takim samym prawom natury. Grzejemy swoje ciała w słońcu, chłonąc witaminę D. Anuszka nie musi się opalać, jest śliczna-apetyczna nawet wtedy, kiedy nie pogłaskuje jej słońce, ale ja… no cóż… ja robię się najpierw na buraczka, potem… na buraczka… aż wreszcie osiągam stan zniechęcenia i mówię, że jest mi wszystko jedno, czy będę miał opaleniznę jak Anna Lewandowska, czy po prostu jak ja.

I tak jest wielkim szaleństwem, że chodzę po dworze półnago, odsłaniając klatę i nieliczne bicepsy, i licząc na to, że jak zwykle od wielu sezonów, przejedzie drogą tylko chłop z zimowym drewnem i pary, które zmierzają do okolicznych lasów, by poznać miękkość zawieszenia swoich samochodów, czyli dosłownie nikt. Albowiem nie ma nic gorszego (w oczach przechodnia) niż widok faceta, który straszy otoczenie bielą swojej cery i nie zna kodu zozoli. Czyli ktoś taki jak ja.

Co napisawszy – udaję się z poddasza na dwór. Ania kończy podlewanie warzywnika, ja zrobię oprysk sadu gnojówką z wrotyczu i mydłem ogrodniczym (mszyce to uwielbiają), a następnie usiądziemy nad szklaneczką Traminera Aromatico (włoskie, białe), nad wieczorną kawą i fajeczką.

No. Od tego momentu zaczyna się prawdziwe życie  na wsi…

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Sceny z życia w upałach

Podziel się:
Komentarz
  • Hej, nie zniechęcaj się brakiem znajomości kodu na zozole. Tak jak piszesz masz o wiele więcej atutów, niż pani Ewa. Ona pewnie nie ma swojego rekuperatora, a gdyby dowiedziała się, co to jest, jak działa to dopiero zazdroscilaby Tobie. Bardziej, niż Ty jej znajomości kodu na zozole. Pozdrawiam.

    11 lipca 2021

Zostaw komentarz