Fotowoltaika

Kup panele na zimę. I kolumnę Zygmunta!

Nie ma dnia bez telefonu, w którym ktoś oferuje mi montaż instalacji fotowoltaicznej. Na korzystnych warunkach. Dlaczego wszystkim odpowiadam: gońcie się?

Nie, powodem nie jest fakt, że na jednym z dachów naszego siedliska mamy już instalację ponad 10kW. Wystarczającą na nasze potrzeby. Ale można by przecież myśleć o dwóch kolejnych dachach, skorzystać z dobrodziejstwa coraz większej liczby dostawców, kredytodawców i monterów, zamontować panele, produkować prąd i sprzedawać go do sieci. Dlaczego nie?

Dlatego, że nie wierzę w państwo, które średnio co dwa lata zmienia reguły gry z inwestującymi w odnawialne źródła energii (OZE). Przypomnę, że w 2015 roku, po pięciu latach sejmowego procedowania, uchwalono wreszcie (sensowną) ustawę o odnawialnych źródłach energii, pod którą podpisały się bodaj wszystkie partie polityczne.

Naprawiają to, co sami zepsuli

To był kwiecień. Już jednak jesienią nowy minister energii z PiS nazywał takich, jak my, producentów energii elektrycznej, spekulantami. Dokładnie tak – spekulantami, którzy chcą dorobić się kosztem spółek energetycznych. W grudniu 2015 roku kompletnie więc zmieniono zasady, de facto odcinając obywateli od inwestowania we własne panele czy, tym bardziej, wiatraki.

Kiedy władzy zajrzało w oczy widmo letniego blackoutu i kiedy okazało się, że miliard złotych wpompowany w elektrownię w Ostrołęce to jednak pieniądze wrzucone w błoto (lub jak kto woli – w komin), PiS doznało olśnienia. Najpierw pracę stracił minister-idiota, a później, powoluteńku, zaczęto przybliżać ludzi do OZE.

Przez ostatnie trzy lata użycie energii odnawialnej zwiększyło się w Polsce z 350 MW do 4,5GW rocznie! Liczba prosumentów przekroczyła 700 tysięcy, moc instalacji OZE sięgnęła już 6 GW, w tym  ponad 4 GW  to instalacje prosumenckie. Dzięki instalacjom fotowoltaicznym, które pojawiły się dosłownie w każdej wsi i w każdym mieście, zmniejszyło się też ryzyko wystąpienia przerw w dostawach energii elektrycznej latem. Polacy sięgnęli po własne oszczędności, wykorzystali programy rządowe, gminne i unijne, i inwestowali w panele aż miło.

Reklamowe ściemy

Pozostańmy przez moment przy ekonomicznej opłacalności paneli. Kluczowym hasłem reklamowym firm oferujących instalacje fotowoltaiki było „czy chcesz mieć prąd za darmo, ze słońca?” Każdy chciał, wiadomo. I jak to w reklamach bywa – nikt nie dopowiadał, że owszem, prąd może za darmo, ale przesyłanie go do sieci już nie.

Na naszych, prosumenckich, rachunkach z PGE są pozycje typu „opłata sieciowa stała”, „opłata jakościowa”, „opłata przejściowa”, „opłata mocowa”. W najlepszych miesiącach, gdy energii mieliśmy w bród, płaciliśmy co najmniej 60 złotych z tytułu takich opłat. Więc: nie ma prądu za darmo, za obsługę trzeba płacić.

Drugim pomysłem jest promowanie paneli fotowoltaicznych, jako wyjątkowego leku… na zimę. „Najlepsza energia na zimę” – chwali swoją ofertę IKEA w sponsorowanych postach na Facebooku. I proponuje – weź z nami kredyt, specjaliści z E.ON odpowiedzą na wszystkie twoje pytania, poproś o ofertę, sprawdź, ile zyskasz…

Szkoda, że IKEA (ze Szwecji) nie przyozdobiła swojej reklamy zimowym zdjęciem szwedzkich dachów wyposażonych w instalacje fotowoltaiczne… Może wtedy polscy odbiorcy zobaczyliby to, co ja widzę niemal od początku grudnia na dachu byłej obory: śnieg na panelach. Vide zdjęcie w nagłówku…

Najlepsza energia na zimę z paneli fotowoltaicznych to nie energia z IKEA, lecz od operatorów, czyli płatna. Bynajmniej nie darmowa. Zimą większość instalacji dachowych de facto nie pracuje, bo albo pokrywa je gruba warstwa śniegu, albo słońce świeci raz na tydzień. U nas wczoraj, w przebłyskach światła słonecznego zebrało się łącznie 2kWh energii. Mało. Latem dziennie jest ponad 65…

Zła zmiana

Nie narzekam jednak na fotowoltaikę, narzekam na otoczkę regulacyjną, która jej towarzyszy. Było dobrze, będzie jak zawsze w takich sytuacjach – dużo gorzej. Od 1 kwietnia 2022 roku znów zmieniają się zasady. ZNÓW ZMIENIAJĄ SIĘ ZASADY!

Nowi prosumenci będą się po tej dacie rozliczali na zasadzie net-billingu, czyli rozliczania energii w czasie rzeczywistym. Prosument sprzeda nadwyżki energii do sieci elektroenergetycznych, ale za energię pobraną będzie płacił tak, jak wszyscy odbiorcy prądu.

Jak ocenia specjalistyczny portal WysokieNapięcie.pl, prosument rozliczałby wartość energii wprowadzonej do sieci i pobranej. W przypadku energii wprowadzonej uzyskiwałby cenę rynkową, a pobierałby energię jak każdy odbiorca czyli wraz z opłatą dystrybucyjną oraz wszystkimi opłatami i podatkami. (…) nadwyżkę z danego miesiąca prosument może wykorzystać w ciągu roku, potem odbiera nadpłatę, ale nie więcej niż 20 proc. wartości energii wprowadzonej w danym miesiącu kalendarzowym.

Zrób sobie magazyn

Rząd – likwidując możliwość pełnego rozliczania nadwyżek – próbuje zmusić prosumentów do budowania własnych magazynów energii. Czyli: połóż na dachu panele fotowoltaiczne, a dodatkowo kup i schowaj w domu baterię akumulatorów, które przechowają twoją energię na gorsze, bezsłoneczne dni.

To kuszące rozwiązanie, ponieważ pozwala zatrzymać część energii bez konieczności wprowadzania jej do sieci, przez co np. nie musimy płacić prowizji zakładowi energetycznemu. Ale… wszystko ma swoją cenę. Średni koszt magazynu energii dla przydomowej instalacji fotowoltaicznej o pojemności ok. 10 kWh wynosi 20-25 tys. złotych netto.

Taki magazyn pozwoli na zasilanie własnej instalacji elektrycznej przez około kilkanaście godzin. Oczywiście, im lepsze komponenty, większa moc i pojemność urządzenia, tym cena końcowa będzie wyższa.

Policzmy więc. Instalacja – choćby taka, jak proponuje IKEA w swojej ofercie – kosztuje około 38-45 tysięcy złotych. Do tego 20-25 tys. złotych za magazyn energii. Włożymy w fotowoltaikę ponad 60 tysięcy złotych… Kogo stać?

I sprawdźcie jeszcze, każdy u siebie: jak to się ma do średnich rocznych kosztów opłat za energię? Ile lat trzeba będzie czekać na zwrot z inwestycji? Czy jest sens wydawać tak olbrzymie pieniądze? Najciekawsze jest także to, że magazyny energii miały być wpisane do trzeciej edycji rządowego programu „Mój Prąd”, ale… jakoś się w nim nie znalazły 🙂

Boom i fruu, po boomie!

Nie mam zaufania do kolejnych zmian, które dotykają prosumentów. Coraz mocniej widać w tych działaniach rękę silnych struktur państwowej energetyki, która chce łupić wszystko i wszystkich. To przecież nie my przez trzy dekady nie remontowaliśmy starych sieci przesyłowych, to nie my marnowaliśmy pieniądze na Ostrołęki, Jaworzna, Turowy i zakupy nierentownych kopalń.

Nie my wreszcie zmieniamy przepisy z roku na rok, grzebiąc w ustawach i psując wszystko, co dobrze się zapowiadało i dobrze działało. Doją nas i będą doili. A na dokładkę – wszyscy udają, że dzięki ich staraniom będziemy mieli prąd za darmo. Bo słońce jest za darmo. I tylko głupota kosztuje. No i panele…

Jeśli zatem dzwonią do Was producenci, banki i instalatorzy, i namawiają do montowania instalacji, przeliczcie sobie dokładnie wszystkie koszty i wszystkie ryzyka. Zwłaszcza to ryzyko, że za rok znów zmienią zasady. Na gorsze.

Jacek

PS. Sorry, że taki temat tuż przed świętami. Ale dojrzewało to we mnie od tygodni, z telefonu z ofertą na telefon…

POLECAMY RÓWNIEŻ: Ile kosztuje prąd ze słońca?

Podziel się:
Komentarz
  • Och, jak dobrze, że jest jakaś głową myśląca i umiejąca liczyć. Z tą matematyką niejeden ma problem, a jeszcze jak do tego dochodzi polityka, to już wogóle tracimy orientację. Jak dobrze, że jest ktoś kto to jeszcze ogarnia. Niejeden gubi się w tych ofertach, korzyściach, czy też ich braku. Łebski z Pana gość Panie Jacku. Gratuluję i dziękuję za prawdziwe oświecenie.
    Orzeszkowa

    28 grudnia 2021

Zostaw komentarz