Sposób na krety

Krety są jakieś inne

Już miałem nadzieję, że siedzą u Marcinów, sąsiadów oddalonych od Nieba o 2 kilometry. Czyli bliskich sąsiadów. Ale nie, są u nas. Są i kopią. Poczuły wiosnę.

Liczę kopce. Było dwanaście, jest czternaście. Krety nie próżnują. Jeden kret – a może to cała krecia rodzina? – potrafi usypać kopczyk ziemi na wysokość 30 centymetrów i dobrych 50-60 cm średnicy. Na moim wypielęgnowanym, lekko zmechaconym przez zimę trawniku! Nawet w Szczodry Dzień, nawet w Święto Kolady, w wigilię prawosławnego Bożego Narodzenia! Kopią!

Sposób na krety? Do metra!

Kret to złośliwa bestia jest. Wskazałbym mu pola bardziej żyzne i piękniejsze niż nasze. Pokazałbym mu dorodną łąkę Pana Wieśka i wielką połać trawnika Pana Stanisława. Pokazałbym mu pola z ugorem, hektary z robactwem wszelakim i – masz, ryj!

Ale nie. Wali akurat do nas. Do nas – albo naprzemiennie do Marcinów ze Stacji Sycze, do których jest i pod górkę, i pod asfaltową drogą trzeba się przebić, i przez las. Im, kretom, to nie przeszkadza. Lgną do ludzi? Na złość? Na przekór? Ziemia u nas smaczniejsza? Lżej się u nas kopie?

O kretach wiem tyle, że potrafią wydrążyć tunele o długości przekraczającej jeden kilometr. Już samo w sobie jest to intrygujące: tysiąc kretów załatwiłoby w dwa dni trzecią nitkę metra w Warszawie; jeśli Trzaskowski chce, to my możemy sprezentować stolicy jedną krecią rodzinę. Gratis. W pakiecie z nornicami. Marcin da drugą od siebie i na początek trzeciej nitki jak znalazł.

Wolisz krety czy dżdżownice?

Krety są owadożerne, co nam się podoba, pod warunkiem, że potrafią zwalczyć turkucia podjadka, który stał się w naszym ogródku wrogiem numer 1. Mniej nam się podoba, że jedzą dżdżownice, ponieważ do dżdżownic mamy stosunek mistyczny. Ściślej: ja mam.

Na moim kołobrzeskim podwórku nie był człowiekiem ten, kto w życiu nie zjadł dżdżownicy. Ja człowiekiem się stałem! Jak ją przełknąłem, do tej pory nie wiem, pewnie podobnie jak baranie oko podczas uczty w Kazachstanie – ze szklanką spirtu na popitkę. Tylko czy to możliwe, żebym jako dziewięciolatek mógł zapić spirytusem dżdżownicę?

Wracając do kretów – do spulchniania i napowietrzania ziemi lepsze wydają mi się dżdżownice. Mają mniejsze kopczyki, a w zasadzie dziurki. I to jest spoko. Ale kret? Kopie tunel, żeby złapać w nim robala – i co poza tym? Jakiś pomysł na życie? Jakiś cel? Misja, wyzwanie? Wykopać kilometr tunelu, żeby upolować dżdżownicę? Słabe.

Dlatego wybieram dżdżownicę; z powodu nazwy i bezpretensjonalności. Wsuwa materię organiczną wraz z glebą i na końcu ją wysuwa. Prosta koncepcja na przetrwanie, zero marketingu osobistego, żadnych udziwnień, kopczyków, kilometrów rycia. Minimalizm w czystej postaci. Ale kret?

Jak żyć z kretami?

Żeby nie było, że nas ten kret (krety?) zaskoczył. O, nie.  Wiosną dwa lata temu widzieliśmy kopczyki u sąsiada. I co roku: na okolicznych łąkach. Ale u nas są dopiero od jesieni. Wcześniej zdarzały się jakieś zagubione, leniwe osobniki. Tu kopczyk, tam kopczyk i tyle tego było. Ale tej zimy (przepraszam Podlasiaków za określenie, to nie jest zima!) przeszły same siebie. Kopiec za kopcem, a wszystkie dorodne…

Jak żyć z kretami? Czytałem, że na krety najlepsze są biegające psy, bo odstraszają swoim tuptaniem. No, gdyby tak było, to w promieniu jednego kilometra od naszego siedliska nie mogłaby żyć żadna krecia rodzina – Rudi wytuptał całą okolicę!

A zatem pies to chyba nie jest dobry kierunek, choć w konkurencji kopania dziur mógłby się zmierzyć z każdym kretem. Podobno dobrze działa wbicie kija w kretowisko i zatknięcie na nim plastikowej butelki. Ale na którym kopcu, ja pytam? Na pierwszym w szeregu, czy ostatnim? Którą stację tego metra mam obstawiać?

Co działa na krety?

Najlepiej działa cierpliwość. Przyszły, więc kiedyś sobie pójdą. Jak już wyżrą wszystko pod domem, trawnikiem, stodołą i drewutnią, i jak już się wszystko zapadnie, to sobie pójdą? Serio?

Są pułapki i trutki (bueee, fuuj!), są i domowe sposoby. Krety nie lubią aksamitek, czarnego bzu, bazylii i czosnku – czy to oznacza, że trzeba zmienić strukturę całego ogrodu? Wyobrażam sobie nasz ogród cały w bazylii! Ania! Jest temat!

Nie lubią też zapachu psiej sierści (a my akurat uwielbiamy!), można więc zakopać psa – Rudi właśnie protestuje: znowu ja, znowu ja, a dlaczego nie kota??? – albo spleść z sierści kulkę i wsunąć ją do kreciej nory… Hmmm… Macałem w kopcu dwa razy i nie dokopałem się do dziurki wejściowej… One są jakoś namacalne? Ale OK, to jest jakiś sposób.

Można również skropić kopiec octem, położyć na nim spleśniałą skórkę cytryny albo, jak podają internety, wyłożyć resztki ryb. Cytuję: „kret nie lubi zwłaszcza śledzia”! OMG! Śledzie do każdego kopca? Takie krecie sushi?

Hardcore to użycie oleju napędowego – chyba najdroższy dziś sposób na pozbycie się kretów. Droższe wydaje mi się jedynie użycie gazu od PGNiG (niech żyje Podwyżki Ład!), a jeśli ktoś ma znajomych w miejskiej policji albo na Pograniczu, miotaczy gazu pieprzowego i megafonu: – Ta demonstracja jest nielegalna, wzywamy wszystkie krety do rozejścia się! I to dopiero działa.

Butelką go, butelką!

Najsłodsze wydają mi się odstraszacze w postaci wiatraczków. Krety są wrażliwe na wszelkie drgania, stawiasz taki wiatraczek, a on kręci się i wibruje, delikatnie wnerwiając kreta. Po dziesięciu godzinach takiej wibroterapii każdy by uciekł, a co dopiero kret.

Na podobnej zasadzie działa umieszczanie puszek po napojach na metalowym pręcie – pod wpływem wiatru zaczyna się tarcie metalu o metal, co wkurza kreta jeszcze mocniej niż wibrujący wiatrak. (Nawiasem mówiąc, nie znalazłem w internetowych mądrościach przypadku użycia wibratora. Na baterie. Ciekawe, czy działa…)

I na koniec sposób, który powinien spodobać się wszystkim panom, ze mną włącznie. Puszki i wibratory można zastąpić butelkami po winie, piwie i wódce. Wyobrażacie sobie ten czad?

– Zocha! Muszę kupić pół litra!

– Zwariowałeś? Miałeś już nie pić!

– Nie chodzi o picie, chodzi o kreta. Dla niego jest cała butelka, dla mnie tylko ta reszta…

To się robi tak. Wkłada się w kopczyk pustą butelkę, pod kątem, szyjką w stronę najczęstszych wiatrów. I już. Wiatr duje, gra na butelce melodie, a kret dostaje szału. No, bo kto by to zniósł? Taki kret słyszy dudnienie w butelkach i co? I idzie do Marcinów!!! To raptem dwa kilometry, pod górkę, pod asfaltem, przez las, ale w lekkiej glebie!

Krety idą więc do Stacji Sycze, ja jutro – po 14 butelek wina. W końcu: naliczyłem 14 kopczyków…

Jacek

POLECAMY TAKŻE: Myszy i ludzie. Stan wojenny

Podziel się:
Komentarz
  • Kret to prawdziwa zmora. Kupiłem w tamtym roku odstraszacz kretów, który dzięki drganiu i dźwiękom miał przegonić krety z mojej działki. Wbiłem ustrojstwo do ziemi, brzęczy do dzisiaj a efekt taki, że kret wyrył kretowinę wprost pod urządzeniem 😉

    12 kwietnia 2022

Zostaw komentarz