Polska podzielona płotem durnej polityki


Polska podzielona płotem

To nie jest wpis o polityce. To tekst o ludziach. O tym co nas różni, co łączy, a co – być może, z tysiąca powodów – zawsze będzie nas dzieliło. I bardzo dobrze.

Po ucieczce z wielkiego miasta zawsze przeżywasz szok. Na wsi, w sensie wizualnym, poznawczym, społecznym, kulturowym i mentalnym wszystko jest inne. Nie ma znaczenia, czy wbijamy się w społeczność na Pomorzu Zachodnim, w Bieszczadach czy na Podlasiu. Na wsi w każdej części naszego kraju inne niż w mieście są priorytety, inaczej płynie czas, bardziej zakorzenione są przyzwyczajenia, silniejsze więzi rodzinne i historyczne doświadczenia.

Różnice miasto-wieś są oczywiste, ponieważ różni nas otoczenie, dorobek, możliwości awansu, dostęp do dóbr materialnych i kultury. Różni nas też zainteresowanie ze strony polityków – zwykle nastawionych na masowego odbiorcę, przemawiających ex cathedra z ambon telewizyjnych, szukających poklasku tłumów. A jaki tłum można zgromadzić na wsi? Ile osób przyjdzie na wiejskie zebranie? Pięćdziesiąt, sto, często dużo mniej. Takie audytorium polityków nie interesuje…

Podzielona płotem Polska A i Polska B

Po ostatnich wyborach jedną z najsmutniejszych grafik, które widziałem w Sieci, była ta  przedstawiająca podział Polski na dwie połowy – lepszą, bo zachodnią, i gorszą, bo wschodnią, komunistyczną. Z enklawą w Warszawie, która rzecz jasna, jest „lepsza”.

Bardzo dobrze że się różnimy

Debilizm tego podziału kłuje w oczy, ale jest typowy dla schematów myślenia rodem z połowy lat 90. Polska A i Polska B. Jeśli chodzi o mnie i Anię, jesteśmy w tym schemacie raczej kundlami, mieszańcami, którzy jedną nogą tkwią na „zachodzie” i drugą na „wschodzie”. Z tą jedynie różnicą, że coraz częściej mentalnie i duchowo solidaryzujemy się ze wspaniałą, wschodnią stroną naszego kraju.

Trzeba tu być, żeby widzieć i rozumieć, dlaczego podlaska wieś głosuje, jak głosuje. Trzeba sporo wiedzieć o historycznych uwarunkowaniach prosto z rosyjskiego zaboru, które wywarły wpływ na mentalność Podlasia. Warto znać głęboko duchowe przywiązanie do Kościoła i Cerkwi, którego nie wypleni żadna deklaracja LGBT i żadne antykościelne wystąpienia liberałów pod krawatem. Można to silne przywiązanie do wiary albo odrzucić, albo uszanować – ale nie wolno z niego kpić, ignorować. 

Konkrety, panie, konkrety!

Ludzi na wsi są konkretni. Kiedy kończy się dzień, nie siadają przed Facebookiem, tylko włączają telewizor, by sprawdzić jaka będzie pogoda w nocy i jaka nazajutrz. Od tego czasem zależą ich zbiory, życie. Kiedy nadchodzi maj, a ty masz kilkanaście hektarów kwitnącego sadu i nocą przychodzi mróz na poziomie minus siedem, nie w głowie ci są żadne wyborcze obietnice, żadne ideologie – myślisz tylko o tym, jak uratować swoje zbiory. To jest konkret, to jest prawdziwy problem, a nie dobór gości po „Wiadomościach” czy polityka z „Kropki nad i”.

Kiedy sprzedajesz swoje jabłka – trzymajmy się sadownika z Podlasia, to dobry przykład – po 8 groszy za kilogram (lub mniej), to nie myślisz o niuansach programu 500+, tylko szukasz odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak tanio? Co zrobił mój rząd, żeby odetkać kanały sprzedaży jabłek na wschodzie? Co zrobi, żeby mi pomóc w przypadku klęski? Jak mam żyć, jeśli zainwestowałem w swój sad wszystko?

Wieś zawsze szuka konkretów. Konkretnych odpowiedzi na trudne pytania. Popiera partie, które są gwarantem bezpieczeństwa, które oferują konkret. Takim prostym konkretem dla mieszkańców wsi okazała się polityka socjalna, która dała zwycięstwo rządzącym. Dr Przemysław Sadura w powyborczej analizie określił to wprost: „500 plus właściwie ostatecznie rozwiązało problem ubóstwa na wsi. Jej mieszkańcy czują się zadbani.” W punkt.

Słoiki już na wieś nie wrócą…

Patrząc na polską wieś przez pryzmat mitycznego „Janusza i Grażyny” trzeba widzieć całe jej wielowiekowe dziedzictwo. Ubóstwo, oddalenie od kultury, konieczność samodzielnego radzenia sobie niemal z wszystkim. Trzeba widzieć edukacyjne wykluczenie, odległość od wybitnych klinik i lekarzy. Dodajmy do tego inwestycyjne zapóźnienie w infrastrukturze, poziom umieralności i skalę emigracji  do wielkich miast i za granicę.

Widzimy to na co dzień. W okolicy Siemiatycz tysiące ludzi na stałe pracują w Belgii lub dojeżdżają tam do prac sezonowych w budownictwie i rolnictwie. Wsie są wyludnione, zamieszkałe przez najstarsze pokolenia lub dzieci pod opieką dziadków. Ta emigracja i te „warszawskie słoiki” być może tu wrócą, ale najpewniej nie. Przyjeżdżają na weekendy lub urlopy, przywożą trochę euro i złotówek, poprawiają wygląd starych domów i uciekają do lepszej pracy. Do konkretu! Dobry murarz w Brukseli może zarobić w miesiąc 20 tysięcy złotych; pod Siemiatyczami, jeśli znajdzie fuchę, pięć razy mniej.

Metallica na dożynkach

Mieszkańcy wsi nie chcą być gorsi od innych, miastowych, mają wielką potrzebę dowartościowania, dostrzeżenia ich potrzeb – i to nie tylko w kwestiach interesu ekonomicznego. Nie przyjeżdżają do nich topowe kapele polskiego rocka, bo to obciach wystąpić na wiejskich dożynkach – przyjeżdża więc Zenek Martyniuk i setki jego klonów, którzy tu czują się potrzebni i tutaj ktoś docenia ich sztukę brawami. I pieniędzmi. Nie przyjeżdżają do nich teatry, standuperzy i Anna Lewandowska, czasem tylko (coraz rzadziej) wpadnie cyrk lub wesołe miasteczko. Mają od wielkiego święta to, co mieszkaniec dużego miasta ma w każdy weekend.

Dziwicie im się więc, że głosują według własnych upodobań? Że wybierali kiedyś Leppera, dla warszawki symbol politycznego obciachu, który nie miał żadnego problemu, by pojawić się rano w czwartek na końskim targu? Dziwicie im się, że nie głosują na ludzi, którzy przemawiają do nich z okienek telewizorów językiem, którego na wsi nikt nie rozumie?

A może dziwicie im się, że trzymają się blisko Kościoła, który dla nich zawsze był ostoją, nawet jeśli przy grillu śmiali się ze słabości biskupa lub proboszcza? Oni – ku wielkiemu zdziwieniu mieszczuchów – nie pomykają do kościoła lub cerkwi dla księży. Idą/jadą z własnej, duchowej potrzeby.

Jako agnostyk: szanuję to. Mogą mnie zastanawiać kobiety modlące się do obrazu przy drodze lub wystawiające krzesła na nocne czuwanie przed przydrożnym krzyżem, ale skoro jest im to potrzebne, czują efekty nocnej rozmowy z Bogiem – nie dostrzegam w tym niczego gorszącego, śmiesznego, wstecznego. Bardzo dobrze, że się różnimy!

W miastach tak samo bratają się z Buddą, szukają wyciszenia w jodze, praktykują zen  – są przez to lepsi? Bardziej nowocześni, postępowi? Jedni mają swoje kolorowe procesje w Boże Ciało, inni równie kolorowe Marsze Równości – czy trzeba wartościować takie wydarzenia? Wskazywać na przewagę miejskiej nowoczesności nad wiejskim okultyzmem i zabobonami? Jedni i drudzy: mają prawo eksponować swoją odrębność.

Priorytety

Doświadczamy na Podlasiu fajnej, przaśnej serdeczności. Bezinteresowności i wspólnoty. Ludzie są dobrzy, uczynni, mili. Może trochę nieufni, ale kto od razu staje się ufny wobec nieznajomego? Mają swoje problemy, swoje pasje, ambicje. Często nie sięgają one dalej niż do pierwszego – przeżyć, wytrzymać, dać radę. Ale tak jest dobrze, to wystarcza. Są oderwani od naszych miejskich imponderabiliów, mając za nic nasze korki, premiery filmów, eventy i brak kawy latte w firmowym ekspresie – dla nich liczy się wewnętrzny spokój, pogoda na jutro, cena diesla na stacji benzynowej, ceny w skupie i Mućka, która będzie rodzić nocą.

Dlatego ten podział na Polskę „zachodu” i „wschodu” tak mocno mną zatelepał. W innym wydaniu tej grafiki ktoś na zachodzie dopisał słowo „dawcy”, a na wschodzie „biorcy” – jakbyśmy żyli w kraju podzielonym na plemiona pracusiów i nierobów. Tymczasem nieroba równie łatwo można znaleźć w gospodarnej Wielkopolsce, co pracusia – na zahukanym Podlasiu.

Poznajcie pewien cytat

Bardzo celnie odniosła się do naszych plemiennych podziałów prof. Małgorzata Omilanowska, której tekstem z Facebooka chciałbym się na zakończenie podzielić:

„Czytam, czytam różne wpisy na FB i oczom nie wierzę. Więc przypominam: 

NIE JEST GORSZY CZŁOWIEK:

  1. który chodzi do kościoła od ateisty, 
  2. który z powodu biedy, w której żyje, bardziej ceni sobie 500+ niż autostrady, 
  3. który nie odziedziczył: a. majątku, b. ambicji (i możliwości) zdobywania wykształcenia, c. umiejętności czerpania przyjemności z czytania, czy uczestniczenia w kulturze „wysokiej” itp.,
  4. który nie ma narzędzi do weryfikowania propagandy TVP (sprawdźcie zasięg TVN24),
  5. który zasuwa na polu lub w chlewie i kurniku od rana do wieczora i pada na twarz wieczorem rezygnując z pogaduszek na fejsie z wielkomiejskim elektoratem.

Mój dziadek zadecydował, że najstarszy syn dziedziczy ziemię, pozostałe dzieci idą do miasta się uczyć. Dzisiaj ja jestem profesorem nauk humanistycznych, bo dostałam od moich wykształconych rodziców wsparcie na starcie i w trakcie, a jedna z moich stryjecznych sióstr (wdowa) z wykształceniem zasadniczym obrabia z pomocą syna wielkie gospodarstwo. Nie głosujemy na te same partie, ja słucham Bacha a ona zapewne Martyniuka, ale ona w niczym nie jest ode mnie gorsza, po prostu ma inne życie i inne priorytety.

Trzeba je zrozumieć i stworzyć dla niej i jej podobnych ofertę programową, a nie wypisywać głupoty na fejsie w poczuciu wyższości swoich dyplomów, zainteresowań, doświadczeń z wycieczek po świecie i znajomości modnych pisarzy.

Na brak szacunku zasługują złodzieje, przestępcy, mordercy, niemoralni krzywdziciele słabszych, ale nie ludzie o innych poglądach politycznych! Ich doświadczenie życiowe każe im dokonywać takich wyborów i już.

Nie ma się co zżymać, tylko a. próbować do nich dotrzeć z przekazem do nich trafiającym, b. walczyć o wyrównanie szans startu ludzi z małych i dużych miejscowości, bogatych i biednych rodzin, ambitnych i nieambitnych środowisk (ale to inwestycja w przyszłe pokolenia).”

Nie dzielmy się głupio

Zostawiam Was z tą myślą i proszę: nie dokładajcie do tego wpisu żadnych politycznych konotacji. Myśląc o polityce i tworząc politykę w pierwszej kolejności trzeba zrozumieć ludzi, do których chcemy dotrzeć. Poznać ich, zweryfikować tożsamość, dotknąć ich życia.

Najprościej jest dzielić. Szydzić. Kpić. Ale to droga donikąd.

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Ten wpis się dla Ciebie spodoba 🙂

13 komentarzy

  1. Anonim
    28 maja 2019
    Odpowiedz

    Super tekst. W całości popieram. 🙂

  2. Anna
    28 maja 2019
    Odpowiedz

    Nie zgadzam się. Podobnie jak Wy przenieśliśmy się z dużego miasta na wieś, ale nie w rozkroku tylko tak na całość. Uwielbiamy to miejsce i ludzi, którzy je tworzą. Tu nie możesz niczego udawać, ludzie na wsi momentalnie to wychwycą, tu trzeba być prawdziwym. Różnica polega na tym, że jest to wieś na Dolnym Śląsku. Są koncerty i wydarzenia dla każdego coś miłego, jak Martyniuk przyjedzie to będzie miał widownię, jak trafi się Metallika to również będzie cudnie. To nie zależy od finansów czy poczucia, że wieś to gorsza strona społeczna, to wszystko zależy od ludzi i tylko od ludzi. Nie potrafię wyjaśnić skąd taki podział kraju w preferencjach wyborczych, być może to resztki zaszłości historycznych, nie wiem… Szanuję ludzi o odmiennych poglądach, ale nie szanuję zacietrzewienia i ignorancji drugiego człowieka. Uwielbuam Was czytać i jestem pełna podziwu dla zapalu, ale ten wpis jest zbyt surowy i wpisuje się w nurt podziału. Dla mnie Polska to całość, a co się będzie z nią działo zależy od tego jak będziemy ze sobą rozmawiać. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę więcej wiary w wartości jakie ma wieś i nie chodzi mi tu o świeże mleko czy zapach skoszonego siana …

    • 29 maja 2019
      Odpowiedz

      Anno, my jesteśmy także „na całość”, od trzech lat. Choć ciągle zawodowo nurkujemy w mieście.
      A jeśli chodzi o meritum – szanujemy każdą opinię, nie musimy się zgadzać.

  3. Gwidon
    29 maja 2019
    Odpowiedz

    Oczywiście, że szacunek dla różnorodności ludzi, postaw, przekonań..
    Ale czym różni się mieszkaniec wsi podlaskiej od mieszkanca wsi zachodniopomorskiej?
    Jest mniej przywiązany do Boga? Ma bliżej (300km) na budowę do Brukseli?
    Mieszkaniec wsi mazowieckiej ma na światowe koncerty 150 – 200km.

    • 29 maja 2019
      Odpowiedz

      Nie, naszym zdaniem wielkich różnic nie ma, znamy dobrze wieś na Pomorzu Zachodnim, w Pilskiem, w Wielkopolsce czy z okolic Koszalina. Pokazujemy Podlasie, bo tu osiedliśmy i widzimy na co dzień, z bliska, ten świat. Ale podobne przykłady znajdziemy wszędzie.

    • Wspaniały tekst!

  4. Darek
    29 maja 2019
    Odpowiedz

    Cześć 😉

    Mocny… bardzo mocny tekst i … prawdziwy. Jednak niestety niezrozumiały dla ludzi, którzy osobiście, naocznie tego nie zobaczyli, nie odczuli. Ja przyznam się bez bicia, że miałem zupełnie inne zdanie – choć starałem się zrozumieć Tych ludzi mieszkając w dużym mieście na Śląsku. Oczywiście zawsze będę „miastowym”, ale jestem już tu na wsi i nagle zacząłem widzieć ten świat zupełnie z innej strony. W mieście „mi się należy”! – bo płacę podatki, bo…. bo tak! Tu muszę sam sobie radzić z przeciwnościami losu. Jeśli jest taka potrzeba – pomoże sąsiad.

    Trochę odniosę się do wpisu Pani Anny. Ten podział wziął się stąd, że to wszystkie rządy traktowały po macoszemu ludzi na wsi. To wszystkie rządy traktowały tych ludzi jako „parobków” i tanią siłę roboczą i dostawczą pożywienia. Uważano, że nie trzeba ich edukować, pomagać. Tak było w średniowieczu, w okresie międzywojennym i tak jest dokładnie teraz.
    Dla tych ludzi ważne jest zupełnie coś innego… ważne jest jak żyć i przeżyć. Dlaczego teraz w połowie maja są u nas przymrozki i przemarzają pomidory 🙁 albo „zielsko” weszło w owies, czy pryskać, czy nie.

    Nikt nie bierze pod uwagę tego, że tak naprawdę to rolnictwo daje wszystko co jemy. To rolnicy wykonują tą najcięższą pracę, żebyśmy mogli zjeść świeże malinowe pomidory.
    Tak… wiem, że drogie – tyle, że to nie wina rolnika – tylko pośrednika…

    Nikt nie bierze pod uwagę uwarunkowań atmosferycznych, od których ten rolnik jest uzależniony i nie ma kompletnie na to żadnego wpływu. Że sprzedaje w skupie to, co uprawiał za 1/….. tego co wydał na uprawę. A pośrednik zarabia miliony….
    My miastowi widzimy tylko i wyłącznie dotacje jakie „dostają”. Ale nie widzimy, że w większości nie dostają np: odszkodowań, za to, że dziki zryły pół ha posianego pola.
    Żeby hodować świnie, trzeba jej zapewnić praktycznie min 3 gwiazdkowy hotel, Nie można sprzedać sąsiadowi , czy miastowemu zwykłego sera, bo albo nie ma akcyzy, albo rolnik nie prowadzi działalności, pomimo, że rolnik robił to całe życie i wszyscy byli zdrowi, szczęśliwy – bo inaczej Urząd Skarbowy wali wysokie mandaty. Takie przykłady można mnożyć…
    I co? I ci ludzie dalej jakoś sobie radzą.
    Mieli kiedyś swojego człowieka i wtedy świat ich zaczął widzieć… – ale niestety…
    Teraz faktycznie wybierają w większości coś, co pomaga im żyć…

    Stąd też biorą się podziały między innymi polityczne.

    • 29 maja 2019
      Odpowiedz

      Dobrze napisane. Choć jak widzimy w komentarzach na Facebooku, być może obaj jesteśmy w mniejszości. Trzeba trochę poczuć jak tu jest, żeby mieć dobrą, własną opinię – nie da się jej uzyskać dzięki weekendowym wyjazdom do agroturystyki czy na wczasy pod gruszą. My też ciągle myślimy jak „miastowi”, ciągle się wchłaniamy w tę społeczność i naturę tutaj – ale już widzimy, że wiele miejskich opinii to mity, krzywdzące drwiny, albo złośliwa głupota.

      Oczywiście – są ludzie w mieście, którzy zasuwają równie ciężko, jak ci na wsi, to jasne. Nie da się tak prosto porównywać zawodów, ich roli i czasu, jakim poświęcamy, by zarobić parę groszy. Ale wieś zawsze uchodziła za „gorszą”, lekko głupszą czy konserwatywną. No i PiSowską… A dla nas najbardziej ciekawe jest to, że spotykamy bardzo wielu ludzi, którzy potrafią wytknąć PiSowi wiele błędów. Nie są Platformerami, może bliżej im do PSL, ale wobec partii rządzącej zachowują zdrowy krytycyzm. Dlaczego na nią głosują? Bo nie pojawiła się alternatywa, która lepiej rozwiązuje ich problemy. Jak to ktoś dziś powiedział – żeby uwieść, trzeba mieć albo sex appeal, albo pieniądze. Jedni mieli pieniądze, drudzy nie mieli ani pieniędzy, ani wdzięku…

  5. Darek
    29 maja 2019
    Odpowiedz

    Nigdy nie ma tak, żeby jedna „rzecz” pogodziła strony przeciwne :), które mają swoje racje… i pewnie stąd się wzięło „mniejsze zło”… ale, żeby nie było bardzo politycznie przytoczę z autopsji dwa przykłady…

    Byłem na wakacjach w Chorwacji trafiliśmy na jarmark w Zadarze. Rolnicy, rzemieślnicy z różnych regionów Chorwacji sprzedawali/prezentowali swoje wyroby rzemiosło – coś pięknego!
    Możesz spróbować potraw, smakołyków z różnych regionów, różnych gospodarstw…
    Niesamowicie piękna sprawa – promowanie własnej kultury, wyrobów itd… Wszyscy zadowoleni.

    Dożynki między Drawskiem Pomorskim, a Świdwinem. Jarmark bardzo podobny jak w Zadarze (no może bez takiego rozmachu). Gospodarstwa rolne z kilku wiosek, sporo turystów. Tu należy nadmienić, że Pojezierze Drawskie jest bardzo dziewiczym terenem. Jezior tu jest więcej niż na Mazurach, ale turystów jak na lekarstwo. Zaraz napiszę dlaczego…
    Wróćmy do tego jarmarku… Sery, wędliny, nalewki, wina i wiele wiele innych wyrobów tutejszych rolników i rzemieślników…
    Zdałoby się powiedzieć – SUPER! Gdy w czasie trwania tegoż jarmarku wpada kontrola z Urzędu Skarbowego i … zamykają jarmark…
    Bo rolnicy nie mają kas fiskalnych, bo stosownych pozwoleń…

    Od 2 lat nie organizuje się w tej wsi nawet dożynek… Pomimo pięknych miejsc turysta tu nie zagląda…

    Czy to nie jest chore? Że robi się takie rzeczy? Że tak się promuje region, regionalne produkty?
    Wiele razy byłem na jarmarku Dominikańskim – czy ktoś zwracał uwagę na kasy fiskalne? A Jarmark Świąteczny w Katowicach na Nikiszu?
    Czemu dzisiaj jeszcze robi się takie rzeczy? Jak nie ma być tych podziałów…

  6. 29 maja 2019
    Odpowiedz

    Szok. Z tymi kasami na dożynkach. To jest ścieżka do zabijania przedsiębiorczości w jej najprostszym wydaniu. Choć jak patrzymy na nasze dożynkowe doświadczenia – też byliśmy, też było pełno stoisk, ale… niemal wszystko było gratis. Wsie się składały, każda wystawiała to, co ma najlepszego, a publiczność chodziła między budami i stołami, i jadła, piła. Było świetnie i smacznie. Proste rzeczy. Tylko sprzedaż piwa z kasą fiskalną, obowiązkowo. Może to jest lepszy schemat?

    Ale a’ propos Pojezierza Drawskiego, gdzie byłem przed tygodniem – bo to akurat okolica całkiem dobrze przez nas rozpoznana – zasługuje na odkrycie. Choć może lepiej by było, gdyby nikt tam nie przyjeżdżał: jest dziewiczo, pusto, pięknie.

  7. Darek
    30 maja 2019
    Odpowiedz

    Tak zgadzam się, że jest pięknie i dziewiczo. Z jednej strony turysta trochę zakłóci tą ciszę, ale z drugiej strony mogłoby to też podnieść lekko standard gospodarstw. Wiadomo – turysta zostawia pieniądze – Gmina może zacząć robić drogi i oświetlenie i wiele innych.
    Poza tym ten rejon jest ważny historycznie. Zwłaszcza jeśli chodzi o działania wojenne – np: Kocioł Świdwiński.

    ale to temat na inny wpis 😉 bo trochę odbiegłem od tematu
    pozdrawiam

    • Tanita
      30 maja 2019
      Odpowiedz

      Dziękuję…. są jednak jeszcze mądrzy ludzie w tym kraju.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Moda Za Miastem: co dziś nosi strach na wróble?
Następny Rzucamy okiem na detale

Poczytaj więcej

Kiedy powiesz sobie dość! Co na to endorfiny?

Bądź ekomaniakiem. Buduj oczyszczalnię! (2)

Pokrzywa! Stawiam pokrzywie pomnik!

Buszujący w fasoli, czyli list otwarty do Nieobecnej

Jak zbudować ziemiankę? Sprawdź to! (1)

Piszę o wszystkim, co mi leży na wątrobie

Sangha. Leśny Festiwal Hipokrytów uważam za zaorany

Cisza i spokój. Prawda o życiu daleko od miasta

Popracuj w drewnie. To działa!

Kąpiele leśne. Jak czerpać zdrowie z natury.

Przewodnik po ludziach: Pan Od Ziół

Najpierw samochód. Jakikolwiek. A potem wszystko inne ;-)

Tacy sami

Przewodnik po ludziach: Pan Od Wina

AAAAlergię w dobre ręce oddam!