Prąd ze słońca. Sprawdzamy czy fotowoltaika się opłaca!


Prąd ze słońca

Kuszą reklamy i państwowa dotacja. 5000 złotych do mikroinstalacji fotowoltaicznej, prąd ze słońca w Twoim domu całkowicie za darmo. Daj się skusić! Czy warto?

Żeby ten tekst – który pewnie podzielę na trzy części – był maksymalnie pożyteczny i jednocześnie szczery, powinniśmy cofnąć się o cztery lata, do wiosny 2015 roku. Pisaliśmy o tym tutaj. Prąd ze słońca zamarzył nam się wtedy najmocniej. Weszła w życie ustawa o odnawialnych źródłach energii, która gwarantowała prosumentom, czyli konsumentom produkującym energię w małych instalacjach do 40 kW, odbiór prądu i dobrą cenę w umowie na 15 lat.

Prąd ze słońca – woooow!

Taka była nasza reakcja. Wielkie wow! Policzyliśmy koszty i przychody wynikające z montażu takiej instalacji – wyszło nam, że inwestując około 200 tysięcy złotych będziemy mogli zarabiać średnio 6-8 tysięcy miesięcznie. Albo nawet więcej! Jako pomysł na emeryturę – bomba.

Do dziś błogosławię tę chwilę, w której uznaliśmy oboje, że trzeba zacząć ostrożnie, od pierwszego etapu – instalacji na dachu pierwszego budynku z mocą 10 kW. Bo gdybyśmy zainwestowali w cały projekt, dziś moglibyśmy sobie tymi kilowatami wytapetować ściany: na nic innego by się nie przydały.

Ci wszyscy, których interesuje energetyka odnawialna, wiedzą co wydarzyło się później. Do władzy doszła partia, która bardzo kocha suwerena i w jego imieniu – uznawszy nas najpierw za energetycznych spekulantów (dziękujemy, ministrze Tchórzewski!) – całkowicie zamknęła taką możliwość. Zwłaszcza w kontekście długoterminowych umów. Wycięto wtedy w pień nie tylko możliwość instalowania (z pożytkiem dla wszystkich) domowych paneli słonecznych, ale też warunki do stawiania małych elektrowni wiatrowych. Chcesz mieć wiatrak – postaw go, ale w miejscu, w którym w promieniu 5 km nie masz sąsiada…

Zachwyt prądem ze słońca i fotowoltaiką minął nam więc w grudniu 2015 roku, kiedy zmieniono i ustawę, i powiązane z nią rozporządzenia. My już jednak mieliśmy pierwszą instalację na dachu – 10 kW lśniło na starej oborze (z nowym pokryciem dachowym) i cieszyło nasze oczy. Podłączyliśmy inwerter, przeszliśmy przez drogę krzyżową z podpisywaniem umów z PGE – i po kilku miesiącach mogliśmy korzystać z własnego prądu.

Jak to działa – na naszym przykładzie

Kiedy budujesz instalację, którą zamierzasz podłączyć do sieci elektroenergetycznej, a nie schowanych gdzieś w piwnicy akumulatorów, godzisz się na układ z tzw. Zawodową Energetyką. Ona odbiera od Ciebie nadwyżkę prądu, czyli tę część produkcji energii z paneli fotowoltaicznych, której nie jesteś w stanie wykorzystać na własne potrzeby.

Innymi słowy – jeśli jednego dnia, tak jak np. my wczoraj, uda się wyprodukować z paneli 38 kilowatogodzin energii, a wykorzystasz na ogrzewanie i oświetlenie domu (na wszystko inne też) 14 kWh, to 24 kilowatogodziny trafia do spółki energetycznej. Ten „Twój własny” prąd możesz następnie odkupić od dostawcy – kiedy np. potrzebujesz energii, by ogrzać i oświetlić dom nocną porą – i otrzymujesz go w cenie dostawcy z jednoczesnym z rabatem 70 do 80 procent. Wyższy rabat dostajesz posiadając  instalację o mocy poniżej 10 kW, niższy – przy przekroczeniu 10 kW.

Dlaczego nie możesz po prostu odebrać „swojego” prądu z sieci, za darmo, skoro jesteś jego producentem? W uproszczeniu – płacisz opłatę za przesył i ciągłość dostaw. Zapłacisz za „swoje” 24 kWh 20-30 procent normalnej ceny prądu, którą płacą wszyscy inni odbiorcy energii. Dlaczego to jest akurat 20 lub 30 procent, a nie na przykład 7-11 lub 13-14 – nie wiadomo. To znaczy wiadomo: gdzieś muszą Cię skubnąć 🙂 Zapewne z chęcią policzyliby za tę usługę 50 procent, ale Urząd Regulacji Energetyki nie pozwala.

Do naszej historii i zasad korzystania z własnej energii jeszcze powrócę…

Czy prąd ze słońca jest za darmo? TAK?!

Odpowiedź na to pytanie jest enigmatyczna: i tak, i nie. TAK – ponieważ każdy słoneczny promień dociera do Twoich paneli kompletnie za darmochę i na szczęście ani państwo zakochane w swoim suwerenie, ani żadna spółka energetyczna jeszcze tych promieni nie opodatkowała. Ale wszystko przed nami.

TAK – ponieważ nie wykonujesz prawie żadnego wysiłku, by energię słoneczną odebrać i przetworzyć na energię elektryczną. Ta praca nic nie kosztuje, może poza przeglądami urządzeń. Wszystko dzieje się niejako poza Twoją świadomością, możesz włączyć inwerter (o nim później) i zapomnieć jak to działa, przyglądając się jedynie statystykom produkcji.

I wreszcie TAK – ponieważ o darmowej energii piszą dziś wszyscy, głównie dostawcy paneli, banki finansujące ich zakup oraz spółki energetyczne. Plus Ministerstwo Energii, które w tym roku zmieniło swoje haniebne zmiany w ustawie o OZE z 2015 roku. Oni wszyscy mówią Ci – bierz to, prąd ze słońca jest gratis, fajna sprawa!

No, naprawdę fajna. Tu się zgadzamy.

Czy prąd ze słońca jest za darmo? Nie jest???

Dlaczego jednak energia słoneczna w Twoim domu nie jest całkowicie za darmo? NIE JEST – ponieważ musisz najpierw zainwestować w mikroinstalację fotowoltaiczną. W dużym uproszczeniu – jeden kilowat zainstalowanej mocy kosztuje około 5000 złotych. Jeśli chcesz mieć 10 kW, wydasz 50 tysięcy. Plus jeszcze kilka np. na instalację elektrycznego ogrzewania podłogowego.

NIE JEST – ponieważ nadwyżkę energii przekażesz do spółki energetycznej (o zasadach tego przekazywania w drugiej części publikacji), a zatem zapłacisz za to co najmniej opłatę przesyłową.

I ostatnie NIE JEST – z powodu prostej zasady: energii potrzebujesz nie tylko wtedy, gdy świeci słońce. A zatem nawet mając instalację fotowoltaiczną będziesz zmuszony korzystać z dobrodziejstw Zawodowej Energetyki. I w związku z tym zawsze pojawiać się będą jakieś koszty opłat. Wyższe lub niższe – to zależy od skali poboru.

Właśnie tu jest pies pogrzebany. Warto spojrzeć na swój nowo budowany lub remontowany dom pod kątem oszczędności, jakie może dać wykorzystanie energii słonecznej. Czy jest sens budowania instalacji fotowoltaicznej o mocy 10 kW, jeśli zamierzacie pozostać przy paleniu ekogroszkiem? Albo gdy ciepłą wodę dostarczają miejskie wodociągi? Czy jest sens instalowania fotowoltaiki, gdy wszystkie inne źródła ciepła (piec na gaz, paliwo płynne, na drewno, biomasę itp.) pozostaną niezmienne?

Kilka warunków

Jest. Pod kilkoma warunkami. Pierwszy z nich to odpowiednie dostosowanie wielkości instalacji do Waszych potrzeb. Nie ma powodu do instalowania paneli z 10 kilowatami mocy, jeśli chcecie wyłącznie oszczędzić na oświetleniu domu i ogrodu. Można to zrobić z wykorzystaniem instalacji np. 2-3 kW.

Drugi warunek – weryfikacja kosztów.

Jeśli masz dom energooszczędny, kominek z płaszczem wodnym, palisz w piecu c.o. olejem opałowym, wodę grzejesz dzięki wężownicy zainstalowanej przy tym piecu, a Twoje koszty zakupu energii elektrycznej wynoszą 100-150 złotych miesięcznie, budowa przeskalowanej instalacji fotowoltaicznej może być najzwyczajniej nieopłacalna. Policz swoje koszty zakupu energii elektrycznej, porównaj z kosztem zakupu i montażu instalacji – sprawdzisz, jak szybko zwrócić się może taka inwestycja.

Średni okres zwrotu na kapitale, opisywany przez producentów i banki finansujące zakup mikroinstalacji, to 6-7 lat. Czy to jest poziom realny? Każdy powinien przeliczyć swoje parametry, indywidualnie. Uwzględniając starzenie się instalacji, a co za tym idzie kilkuprocentowy w skali roku spadek jej efektywności. Poza wszystkim: nigdy nie ufam bankom i producentom, którzy roztaczają przede mną tak świetlaną przyszłość – muszą mieć w tym własny interes…

Trzeci warunek – zainstalowane panele muszą opłacać się bardziej niż tradycyjne źródła energii, zwłaszcza cieplnej. Prąd ze słońca świetnie współdziała z elektrycznym ogrzewaniem podłogowym. A jeśli już masz ogrzewanie w podłodze, wodne, a ciepłą wodę z pieca – postaw sobie pytanie: ile będzie kosztowało przerobienie instalacji grzejnej? W budynku stawianym od podstaw nie jest to problemem, w domach, które mają już swoje systemy grzewcze i zamontowany jakiś rodzaj pieca, to zawsze będzie dodatkowy kłopot. Chyba, że czeka Cię remont generalny… 

I wreszcie czwarty warunek – zmiana przyzwyczajeń. Posiadanie paneli fotowoltaicznych, jeśli zamierzasz korzystać z nich efektywnie, oznacza zwykle dość duże przemeblowanie życia domowego. Co mam na myśli? O tym już w kolejnej części… 🙂

Jacek

Foto: Jose Antonio Alba z Pixabay

POLECAMY RÓWNIEŻ: Ania znów trenuje mięśnie. Jak przed rokiem – grabiąc liście…

4 komentarze

  1. beata
    24 października 2019
    Odpowiedz

    artykul dobry ale po co mieszac w niego polityke ? az odechciewa się w trakcie czytac madre tresci z wtracaną polityką i wlasnymi sympoatiami i antypatiami 🙁 dlatego chyba nie warto siegac po takie teksty nawet jesli mowia o czyms co nas interesuje

    • 24 października 2019
      Odpowiedz

      Dlaczego zajmujemy się polityką? Bo polityka zajęła się nami. Wytłumaczę:

      Ustawę o odnawialnych źródłach energii procedowano przez pięć lat. Pięć! Uchwalono ją siłami niemal wszystkich partii, w tym dzisiejszej partii władzy. Która, gdy tylko sięgnęła po rządy, w dwa miesiące kompletnie ją zdewastowała. Jak mają czuć się obywatele, którzy zaufali rozwiązaniom ustawowym i zainwestowali nie jak my – 50 tys. złotych, lecz np. 200 tysięcy, a potem rząd zmienił reguły gry? Kto im zwróci te pieniądze? Mają dziś instalacje z wielkim nadmiarem mocy, mogą przekazywać energię do sieci energetycznych i – nic z tego dla siebie nie mają. Chcieli być producentami energii, a nazwano ich spekulantami. To jest skandal – i niezależnie od tego, kto sprawuje władzę, trzeba to nazywać skandalem.

      Pisząc w tym kontekście o polityce uprzedzamy: rozwiązania, które podsuwa dziś władza, jutro mogą się okazać kompletnie bezwartościowe. Dotknęło to nas, dotknęło tysięcy Polaków, ale też firmy, samorządy. Kto na tym zyskał? Państwowe spółki energetyczne. A my, jako Polska, zamiast mieć nadmiar energii, nadal dokupujemy w szczycie energię od sąsiadów – bo ktoś w 2015 roku bezmyślnie zmienił reguły gry i teraz naprawia własne błędy, opisując je jako osobisty sukces.

      Więc proszę mi się nie dziwić: wplątuję politykę w ten tekst, ponieważ będzie w nim sporo o wsparciu ze strony państwa. Które na pstrym koniu jeździ. I nie mam żadnych osobistych sympatii ani antypatii: ministra Tchórzewskiego poznałem wiele lat temu, z jednym z jego zastępców mam ogromną przyjemność być na ty, ale nie zmienia to mojej krytycznej oceny ich dokonań. I uważam, że trzeba rzeczy nazywać po imieniu, żeby inni, tak samo jak my, nie wpadali w pułapki zastawiane przez bezmyślnych polityków.

      Dobrego dnia, mam nadzieję, że tekst – poza dwoma zdaniami o polityce – jednak się do czegoś przyda. Wkrótce kolejna część.

  2. Anonim
    25 października 2019
    Odpowiedz

    Bardzo fajny artykuł i merytoryczna odpowiedź na komentarz. Nosimy się z zamiarem kupna paneli, ale póki co mamy jednak sporo wątpliwości.

    • 25 października 2019
      Odpowiedz

      Wątpliwości są potrzebne, bo to spora inwestycja. Warto poczekać na kolejną część, w której zajmiemy się dotacjami.
      Dzięki za komentarz! 😀

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Poranne mgły z lekką nutą melancholii
Następny Prąd ze słońca. Sprawdzamy czy fotowoltaika się opłaca! (2)

Poczytaj więcej

Deszcz perseidów. Czy Twoje niebo zasłania świetlny smog?

Równonoc. Jest, jak jest. Było, jak było.

Jak zrobić wiejski serek?

Przewodnik po ludziach: Pan Od Wina

Fioletowe ziemniaki, czyli dieta cud

10 największych banałów o życiu

Absynt. Kto jeszcze pamięta jego smak?

Nieznośna lekkość ruchu… Prawie wiosna!

Ten wpis się dla Ciebie spodoba

Czy warto mieć młynek do zboża?

Jak zadbać o ogród zimą? Sekrety zimowego ogrodu.

Fotowoltaika. Jak się przygotować? Jak dostać dotację?

Samotność na wsi, czyli masturdating z konieczności

Weź nie pytaj! Rób kiszonki, to proste!

Ty piszesz, my odpowiadamy (1)