Pochwała prostoty, czyli jesteśmy samowystarczalni. Prawie.


Pochwała prostoty

Wczorajsza przekąska: sałatka z bobu, fioletowych ziemniaków, pietruszki, szczypiorku i majonezu…  Proste danie, które skwitowaliśmy z pewnym zdziwieniem i dumą jednocześnie: hej, staliśmy się prawie samowystarczalni!

To prawda. W sałatce tylko majonez był z Kielc (bez konserwantów!), a reszta nasza. I tak jest coraz częściej, każdego dnia. Jako „prawie samowystarczalni” nie mamy wielkiego ogródka, siedem skrzyń z podniesionymi rabatami, kilka grządek plus uprawy „pod ścianą” – pomidory, ogórki, fasola, dynie, trochę sałaty, pietruszki i duuużo marokańskiej mięty. Mamy własne selery, pory, cebulę, bób, zioła, czosnek, truskawki.

Samowystarczalni: proste dania bez kombinowania

Niby nic. A jednak w każdym tygodniu pojawia się co najmniej kilka potraw, które powstają wyłącznie z warzyw i owoców z naszego zbioru. Zupa z pokrzywy – to pierwszy wiosenny zwiastun. Smoothies z wszystkiego, co da się przynieść z podwórka – cukinia, buraki, mięta, nać pietruszki, marchewka, jarmuż, borówki, czarne porzeczki. Soki i napoje – z tarniny. Nawet kanie, które w poprzednim sezonie rosły jako oszalałe tuż pod naszymi oknami (teraz nie rosną, bo susza), są znakomitym dowodem na samowystarczalność.

Od dwóch miesięcy praktycznie nie znikają z naszego stołu cukinie i patisony. Miały swój sezon ogórki, teraz mamy wysyp pomidorów – brakuje nam parapetów, na których mogłyby dojrzewać 🙂

Fasolka Jaś – świeżo oskubana – trafi dziś do barszczu ukraińskiego. Hitem tego lata stało się niby-leczo, czyli fantazja kucharza z własnych pomidorów, cukinii, patisonów, swojskiego makaronu i, oczywiście, własnego zestawu ziół. Czasami makaron zastępujemy ryżem, ale radość jest dokładnie taka sama.

Ta nasza wiejska kuchnia przez ostatnie lata stała się wielką pochwałą prostoty. Ziemniaki i zsiadłe mleko. Zalewajka. Jaglanka z jabłkami, dynią i żurawiną. Proste sałatki. Soki z buraków. Kiszonki. Twaróg z miodem i wiśniową konfiturą. Pokrzywowa zupa. Zupa z grzybów z sąsiedzkiego lasu. Jajecznica z rydzami, cukinią lub pomidorami. Krem z dyni. Fasolka po bretońsku z własnej fasoli i sosu pomidorowego. Bigos z młodą kapustą, która rosła w skrzyni. Proste dania bez kombinowania.

Co kupujemy?

Oczywiście – jeździmy do miasta po zakupy. W każdy czwartek, z samego rana, ruszamy na ryneczek  w Siemiatyczach, kupując tylko od sprawdzonych dostawców. Co kupujemy?

Owoce, bo nasze nie zdołały przetrwać kilku godzin tęgiego mrozu w maju. Masło, mleko, serwatkę, jaja i twaróg – od Pani Danusi z sąsiedztwa. Chleb piekę sama, na zakwasie, z mielonej „tymi rączkami” mąki – samopsza, płaskurka i żytnia rządzą! Ziemniaki przywożę od Pani Wali z pobliskich Ogrodnik – my posadziliśmy tylko kilkanaście krzaczków fioletowych, które służą jako delicje 😉 Na rynku lub od sąsiada, Krzysztofa, kupujemy miód, a na maleńkim podlaskim stoisku – niewielkie ilości prawdziwie wiejskich wędlin. I kiełbaski na ognisko.

I zapomniałabym: jeszcze pierogi od Pani Oli! To luksus, którym zaskakujemy naszych gości. W tym roku szlagierem były pierogi z jagodami i pierogi z serem, choć my i tak najwyżej cenimy ruskie z dużą ilością ostrej papryki.  

EDIT JACKA: A w sklepie? W sklepie kupujemy żurawinę w czekoladzie 🙂 plus wino i ser salami z Mlekovity; najlepszy. I kawę,  bo to nasz wspólny nałóg.

Samowystarczalni. Życie na plus.

Do pełnej samowystarczalności sporo nam brakuje, ale nie sądzę, że w naszych warunkach można ją osiągnąć. Musielibyśmy zamienić dużą część Bocianki w regularny ogród, a na to chyba jesteśmy zbyt starzy. Ale rozumiem sąsiadów, którzy mając kury (bo świń i krów prawie nikt już na wsi nie trzyma – dziękujemy ci, Unio, za drakońskie przepisy i fory dla wielkoobszarowych gospodarstw), mając kozy lub owce, spory ogród i sad mogą myśleć o zaniechaniu zakupów. To się daje zrobić, bez wielkiej krzywdy dla standardów odżywiania i jakości życia.

To jedna z przewag wiejskiego życia nad miejskim uzależnieniem od dostawców. Wymaga sporo pracy – fakt. Wymaga fartu, bo pogoda potrafi nie rozpieszczać, ale za to ile mamy frajdy! I tak jak wczorajsza sałatka: ile smaku! A to takie proste: kilka ugotowanych w mundurkach i pokrojonych fioletowych ziemniaków, bób w zalewie własnej, posiekana pietruszka, trochę szczypiorku, majonez, sól, pieprz… Smakuje jak w najlepszej restauracji, a imponuje prostotą.

Fajne jest takie życie. Nieskomplikowane. Nie stresujesz się kolejnym obiadem czy śniadaniem, bo zawsze daje się coś wyczarować. Wystarczy zrobić zapasy (ech, to nasze podlaskie hygge…), przygotować półprodukty, zamrozić, ususzyć, zawekować. Jak to na wsi…

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Zdrowoodchudzeni.pl, czyli Ania i jej przepisy

1 komentarz

  1. Anonim
    1 października 2019
    Odpowiedz

    Brawo Wy! Lubię obserwować takich zapaleńców, inspirować się i być może stworzyć kiedyś takie miejsce. Gratuluję i życzę samych sukcesów.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Jak powstaje łąka kwietna? W bólach!
Następny Moda Za Miastem, czyli wiejskie Dancing In The Rain

Poczytaj więcej

Piszę o wszystkim, co mi leży na wątrobie

Między TU a TAM. Jak znaleźć motywację do zmian?

Fotografie czy wspomnienia? Wybór należy do siebie.

Sceny z życia w upałach

Post nadzwyczaj optymistyczny i kwiecisty

Selfie z kozą pośród łąk szumiących suszą

Czytam, czytam, aż Wióry Lecą!

Dziewiętnasty, dzień dobry

Korowód. Spacer między żytem, ogórkiem, bimbrem i wspólnotą

Ucieczka na wieś. Pytasz… czy warto?

Rośliny nas ocalą. I zniszczą koncerny farmaceutyczne.

Dwoje na ławeczce. Medytacje w stylu joga-country

Popracuj w drewnie. To działa!

Narzędzia do domowego warsztatu

Ziemniaczany horror i podziemne duchy