Wydało się: przyjmujemy imigrantów!


Imigrant_2

Niby nie wolno, niby są jakieś granice, ale… mamy wrażenie, że oni są wszędzie. Czają się, obserwują nas, czasami wyglądają tak, jakby prosili – przygarnij mnie, proszę, przygarnij! No i cóż… Ania przywlokła właśnie kolejnego. Mamy już co najmniej dwudziestu imigrantów!

Zaczęliśmy ich ściągać do Bocianki tuż po zakupie siedliska. Nie było jeszcze gdzie spać i zjeść, ale pierwszy imigrant już się u nas pojawił. A ściślej – imigrantka. Wysmukła, wysoka, elegancka, ale mocno poturbowana przez życie. Przejechał ją ciągnik… straszna historia…

Przyjmujemy imigrantów

Daliśmy jej na imię Brzoza. Stoi teraz na skraju działki, dumnie spogląda na okolicę, po kontuzji nie ma już ani śladu. Wkrótce potem pojawiły się jej siostry, dwie, cztery, i kolejna. Wszystkie zebrane gdzieś przy drogach, młode, nieopierzone, wiecznie narażone na koła traktorów i samochodów. Mówimy na nie Samosiejki. Dobrze im u nas!

Imigrant_4

Kolejny z imigrantów był ewidentnie żółty. Dosłownie walił tym swoim żółtym kolorem po oczach. Ma ksywę Wrotycz. Stał pomiędzy krzakami leszczyny na łące – od czterech lat jest u nas, przy płocie. Może nie ma najlepszych warunków, ale wikt i opierunek zapewniony, czegóż mu więcej potrzeba? Ania dokarmia go dwa razy w roku, wystarczy, on dużo nie je. I ma już mnóstwo potomstwa! A my mamy z niego wiele pożytku i radości – z żółtym nam do twarzy. (Choć tak naprawdę, za żółtym kolorem w siedlisku nie przepadamy. Ale ten imigrant ma u nas fory. No i przez dłuższą część roku jest zielony. Lub suchy.)

Imigrant_3

Zaraz potem –przyprowadzone przez Grzesia, fajnego stolarza – pojawiły się u nas trzy imigracyjne maluchy, którym daliśmy na imię Malina, Mateusz i Jagoda. Ledwie to od ziemi odrosło, a już rwało się do życia. Ktoś je wyrzucił, a Grześ wiedział, że przyjmujemy imigrantów, więc przywiózł je prosto do nas. Jak urosną, będziemy je nazywali Dębami. A właściwie – nazywać je będą w ten sposób nasze dzieci i wnuki.

Niedługo potem do tej imigracyjnej trójki dołączyły kolejne. Już nie nadawaliśmy im imion, znaleźliśmy im wspaniałe miejsca obok nas. Żyją, mają się dobrze, choć to ciągle maleństwa. Wszystko z imigracyjną przeszłością, porzucone przez pracowników leśnych.

Ich przyjaciół, szybko przez Anię nazwanych Modrzewiami, z uwagi na swe rachityczne kształty, przywiózł do nas Sławek, nasz dobry duch i sąsiad zza lasu. Musiał chyba mieć wielu imigrantów, podzielił się z nami, mówiąc – ja już nie wiem, co z nimi zrobić… Są więc u nas i też mają się dobrze.

Ratujemy Barwinka!

Duża imigracyjna ekipa pojawiła się dwa lata temu. Myśleliśmy, że już nam wystarczy, ale… serce o mało nie pękło… Przy leśnej drodze stało toto i spoglądało błagalnie na każdego, kto przejeżdżał, prosząc: zabierz mnie, proszę, zabierz mnie stąd, tu jest tak ciemno i straszno! Bylibyśmy nieugięci, ale faktycznie – ciemna głusza, strach się bać, jeżdżą głównie wielkie ciężarówy z drewnem, tylko patrzeć jak ktoś to dziecko uszkodzi. Wzięliśmy. Ma u nas raj! Daliśmy mu na imię Barwinek, rośnie jak na drożdżach!

Są też inni, nie powinienem o nich zapominać. Pan Sosenka – taki śmieszny z żółtymi odrostami na głowie. Też Samosiejka. Pan Czerwony Dąb – nikt go nie lubi, podobno zbój straszny i szkodnik, ale nam się bardzo spodobał. On i jego czerwoni bracia stali swego czasu przy powiatowej drodze. Pewnego dnia podjechała ekipa drogowców i zaczęła polowanie na imigrantów. Pryskali na nich jakąś chemią, krzyczeli coś jakby – Chwasty, wypier…ć z Polski! Udało nam się uratować jednego mikrusa. 🙂 Niech mieszka.

Jest też Panna Niezapominajka – uwielbiamy ją, przybyła zza miedzy. Piękna i ma bardzo dużo dzieci (choć to panna,… hmm). Jest jeszcze Pan Bluszcz prosto z lasu (ma się świetnie) i Państwo Bzowie, którzy mieszkają u nas od niedawna, a przedtem stacjonowali u sąsiada, ale miał złe plany wobec nich.

Przygarnij Samosiejkę

Imigranci są wszędzie. Przygarniamy ich, bo imigrant to taki trochę tutejszy, tylko zabłąkany w życiu.  Po przejściach. Jeśli nie trafiłby do nas, pewnie poszedłby na zmarnowanie. Imigranci są silni, dają sobie radę w naszej rzeczywistości – lepiej niż wypomadowane pięknotki z europejskich hodowli.

Ania pokazała właśnie nasze siedlisko nowej mieszkance – będę na nią mówił Paprota, bo taka duża i silna na pierwszy rzut oka. Już z nami mieszka 🙂

Imigrant_5

Jacek

PS. Pomagajcie Samosiejkom, zasługują na to… Przygarnijcie je, gdy marnieją na Waszych oczach. Bądźcie dobrzy dla imigrantów zza miedzy…

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Plastik już z nami nie wygra 

Fot 1x Денис Великанов z Pixabay 

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Moda Za Miastem, czyli o tym jak Ania została szafiarką
Następny Nocne refleksje o partnerskiej dojrzałości

Poczytaj więcej

Śpiewający sex czy proste dźwięki ciszy?

Absynt. Kto jeszcze pamięta jego smak?

Ściągamy sok z brzozy. Jest świetny!

Wiejski CrossFit, czyli ćwiczenia na okrągło

Pompa ciepła: męska rzecz! (1)

Teraz, k…, ja!

Kaflove (2)

Bądź ekomaniakiem. Buduj oczyszczalnię! (2)

Bądź ekomaniakiem. Buduj oczyszczalnię! (1)

Ile kosztuje wiosna na wsi? Porównaj swoje ceny!

Między TU a TAM. Jak znaleźć motywację do zmian?

Pamiątki z dawnych lat. Pretensjonalny post o zagubionej historii

Do tych łąk szeroko nad Niemnem rozciągnionych…

Czy warto mieć rekuperator? (1)

Równonoc. Jest, jak jest. Było, jak było.