Ciągle w zielone gramy… I ciągle nam się chce.


Ciągle w zielone gramy

Pierwszy dzień w pracy, tuż po studiach. Mój szef ma garnitur, krawat, okulary i wielkie biurko, a przy nim ławę. Stawia na niej dwie kawy, przechodzi ze mną na ty i wprowadza w szczegóły. Mówi w pewnym momencie: – Mam trzydzieści sześć lat… I moja pierwsza myśl: – Boszszsz, jaki stary!

Pamiętam i przypominam to jako anegdotę, która przeryła mi pamięć. Dosłownie. Dlaczego ta sytuacja tak mocno utkwiła mi w pamięci? Za żadne skarby świata nie chciałem wtedy być tak samo stary, mieć gajer i chodzić pod krawatem. Nigdy, przenigdy!


A teraz…? Siedzimy z Anią na spotkaniu w Sony, obok nas kilkanaście osób z trzech agencji, troje przedstawicieli klienta… A ja rozglądam się wokół i… Boszszsz… tu nie ma nikogo starszego ode mnie!!!  

Do tego doszło 🙂

Która dekada w życiu jest najważniejsza?

W takich chwilach, gdy widzisz wianuszek młodość dookoła siebie, dopada człowieka refleksja na temat przemijania i nieuchronnej starości. Ale też własnej roli w swoim i cudzym życiu.

Chyba powinienem to uczciwie napisać… Myślę, że upływ czasu widać po mnie mocniej dopiero tu, na wsi. W miejskim życiu, gdzie tak często stykamy się z młodymi, ich językiem, tempem życia, dynamiką i zachowaniami, każdy starzec młodnieje 🙂 Siłą rzeczy – usiłujemy im dorównać. Uparcie chcemy pokazać, że nie jesteśmy gorsi. I że ciągle potrafimy stanąć na wysokości zadania.


Czasami jednak jest mi ich żal, tych młodych. Wtedy, gdy widzę, jak wyważają otwarte drzwi. I jak błądzą myśląc, że to ich miejsce i rola, którą dziś wypełniają, to jest wartość niezmienna aż do wieczności. Z pewnością nie. Powiedzmy to uczciwie, że kiedy masz dwadzieścia kilka lat, nie widzisz żadnej perspektywy poza własną. To chyba dlatego mój 36-letni szef wydawał mi się starym dziadem (trochę też taki był, ale to inny temat). Kiedy masz dwudziestkę na karku, wszystko co przed Tobą jest odległe. Liczy się tylko tu i teraz, a nade wszystko liczy się fun, luz, młodość, miłość i hormony.

Trzydziestka… czterdziestka… I dalej…


Niezaprzeczalnie – dopiero po trzydziestce zaczynasz oddychać pełną piersią. To kumulacja sił twórczych, w sensie wykonawczym stać Cię na wszystko, możesz pożeglować w dowolną stronę. Porażki lub sukcesy, wszystko możesz udźwignąć, niczego się nie boisz. I to właśnie wtedy zaczynasz się stabilizować, szukać przystani, wiedząc jednak, że ciągle stać Cię na wielkie szaleństwo.


Co jest potem? Świat staje się mniej wypełniony rozczarowaniami po czterdziestce. Coraz częściej korzystasz ze swoich doświadczeń, nie masz już gorącej głowy. Z większym spokojem kalkulujesz ryzyko, umiesz je ponieść i  masz jednocześnie świadomość co czeka Cię u celu.

Mówiąc najkrócej – dla mnie był to najlepszy okres życia. Po burzach i histerycznym parciu do przodu nastąpiło uspokojenie. To właśnie wtedy podejmowałem decyzje, które łączyły w sobie odwagę z rozwagą. I właśnie wtedy byłem najbardziej z siebie dumny.


Pięćdziesiątka? Jak jest? Mam wrażenie, że na początku dekady cofnąłem się o ponad dwadzieścia lat, bo na wszystko nagle miałem czas i ochotę. Dzieci nie wiadomo kiedy zrobiły się dorosłe (albo prawie), nie absorbowały już tak moich myśli, można było poświęcić się własnym aspiracjom.


Koniec tej dekady jest jednak bardziej mentorski – chyba stałem się starym zrzędą 😉 Mam na myśli fakt, że jestem bardziej społecznie wycofany. Czuję, że mniej nadążam i nie chce mi się już działać z takim impetem jak kilka wcześniej. Tak  to jest czas pierwszych refleksji i podsumowań. Przede wszystkim jednak, mam w sobie dużo więcej cierpliwości i spokoju. I mam też dystans do spraw, które wcześniej przyjmowałem wyłącznie emocjonalnie.

To nie jest świat dla starych ludzi?

Przede wszystkim ciągle imponuje mi dynamizm młodych, ale – mogę sobie trochę ponarzekać? – irytująca bywa ich krótkowzroczność, powierzchowność myślenia i niezdolność do wyciągania wniosków z efektów własnych działań. Zdumiewa, jak w swojej pracy potrafią być wąskotematyczni. Co mam na myśli? Otóż poruszają się doskonale w uprawianej przez siebie dziedzinie, ale nie dostrzegają i nie ogarniają całości. Jaka jest tego przyczyna? Zbyt często pracują w pionowo ustawionych, zamkniętych silosach. W takim silosie każdy robi swoje, nie wiedząc ani zupełnie nie czując tego, co robią ludzie ustawieni obok, w podobnych silosach.


Na pewno potrafią korzystać z nowoczesnych mediów. Z wielką łatwością wymieniają Ci jednym tchem tytuły seriali z Neftliksa. Prawda, że to wspaniałe? Ale wpadają w histerię i deprechę, gdy trzeba radzić sobie z wieloma zadaniami na raz. To ich pięta achillesowa, nie potrafią być tak samo dobrzy w pracy, przy dziecku, w domu, z najbliższymi. Przecież mają być dobrzy tylko w jednym miejscu. Gdzie? W firmie. I może jeszcze w łóżku.

Ale fakt: oni rządzą.


Korporacje przepełnione są ambitnymi trzydziestolatkami. Korpo przepełnia całe ich życie, choć oni jeszcze tego procesu nie rozumieją. Pewnie i z wielką wprawą zarządzają działami i departamentami, mają pod sobą wieloosobowe zespoły, nadają ton, kreują, krzyczą, biją się o sukcesy swoich marek i…

Wraz ze swoimi markami żyją od redukcji do redukcji, od prezesa do prezesa, od stresu do stresu.

_______________________________

Rzecz jasna, mają swoje normy, wyrabiają punkty w karierze. Z pewnością co jakiś czas zostają pracownikami miesiąca i mogą liczyć na dobre premie. Ale do domów wracają osamotnieni, źli, narzekający i pomstujący. I nie bez przyczyny na weekendy uciekają do swoich „małych ojczyzn”… Każdy, kto jechał trasą S8 z Warszawy w stronę Białegostoku w piątkowy wieczór, ten wie. I dopiero tam mogą prawdziwie odreagować. Tam są wśród swoich.


Widziałem dziewczyny załamane swoim miejscem pomiędzy korporacyjnymi trybikami. Były poniewierane, wyśmiewane. Patrzyłem też na kariery sfrustrowanych chłopaków z połamanymi przez szefów kręgosłupami. W przeciwieństwie do swoich pierwotnych marzeń, nie byli w stanie żyć z podniesioną głową, postawić się.

To właśnie oni zmieniali pracę rok po roku, nawet będąc na etacie w małych, prawie rodzinnych agencjach. Dlaczego? Ponieważ nigdzie nie potrafili zmierzyć się z ciśnieniem oczekiwań i wyników. Nie mieli sił, umiejętności? Wręcz przeciwnie: mogliby wykrzesać z siebie jeszcze bardzo dużo. Ale poddawali się bez walki.

Pokorni i potulni. 

Widziałem też piękne, dojrzałe kobiety, których jedynym przyjacielem stawał się kot lub pies. I widziałem przystojniaków, dla których przyjaciółką była butelka, a najlepszym powiernikiem – portal randkowy.


Uspokajam ich wszystkich – Wy także będziecie starzy. To nieuchronne. Jestem przekonany, że będziecie wiedzieć tyle samo lub więcej niż wiedzą Wasi młodsi podwładni lub przełożeni. I będziecie mieć w sobie tyle samo żaru, ile mają oni, i… Coraz mniej będzie Wam się chciało spalać tę energię na pusto.


Im dalej w lata, tym coraz częściej  pojawiać się będzie pytanie – po co mi to wszystko? I co ja mam dalej robić? Kontynuować? Uciekać? Zmieniać?

Życie po życiu, a my ciągle w zielone gramy…

Naprawdę świat po pięćdziesiątce daje się ułożyć od nowa. Tego jestem pewien, to już wiem. I wiesz co? Można go nawet polubić i widzieć w nim czystą radość. Ponieważ nic już nie musisz, a wszystko ciągle jeszcze możesz. W końcu za Tobą dopiero połowa życia…


Po pierwsze, bez względu na wiek ciągle mamy siłę, energię, moc. Po drugie nadal dużo nam się chce. Potrafimy więcej niż kiedyś, bo przybyło nam doświadczeń. Nie musimy z nikim i niczym się ścigać. I wreszcie po trzecie, czwarte, piąte… I awans nie jest już celem. Pieniądz także nie jest już celem. I do tego seks stał się przyjemnością, i nie jest już Formułą 1.

Ale co chyba najważniejsze: dom wreszcie stał się azylem, a nie stancją. I jakoś dajemy radę. Nowe technologie mamy opanowane. Wprawdzie przyjaciół z naszego rocznika ubywa, ale wcale nie tak szybko. I zdrowie jest, i ochota jest… 

A przecież jeszcze w zielone gramy, jak śpiewał Wojciech Młynarski…

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie

Święte słowa. Przecież ciągle w zielone gramy 🙂

Jacek

POLECAM: „Młynarski. Piosenka finałowa.” Pokrzepiający film dla wszystkich, którzy ciągle chcą mieć w sobie gorączkę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wyciągnij pomocną dłoń do siebie…

8 komentarzy

  1. Agnieszka
    11 lutego 2019
    Odpowiedz

    Super, pozytywnie.

    • 11 lutego 2019
      Odpowiedz

      Dzięki! A myśleliśmy, że nazbyt smutno 🙂

  2. Magdalena
    12 lutego 2019
    Odpowiedz

    Tak samo czuje 🙂

  3. Al
    12 lutego 2019
    Odpowiedz

    Po przeczytaniu mniej sie boje.przemijania dzIekuje pozd

    • 12 lutego 2019
      Odpowiedz

      Ależ to ładnie zabrzmiało! Dziękujemy, dumni 🙂
      Poza tym – przemijanie??? Nie ma mowy! Zakładamy, że młodość trwa do pięćdziesiątki, a potem przez 50 lat żyje się na nowo!

  4. Agnieszka
    8 marca 2019
    Odpowiedz

    Ja co dekadę ogłaszam, że życie zaczyna się od…:), ale tak naprawdę marzę o takim błogostanie psychicznym o którym piszesz. Wiem, że to kwestia nastawienia i priorytetów, ale dla mnie to wciąż teoria. Tak więc proszę o więcej takich wpisów, bo dają mi nadzieję, że z biegiem lat wcale nie musi być gorzej, wszystko zależy od nas. Dziękuję 🙂

    • 9 marca 2019
      Odpowiedz

      Agnieszko, u nas to było pierwsze tak radykalne ogłoszenie (że życie zaczyna się po/od…) I chyba już ostatnie. Jeśli mamy Cię przekonać, że z biegiem lat nie musi być gorzej, to chyba lepiej już nie potrafimy 🙂 NIE MUSI – i nie jest! Nie pamiętam, żebyśmy wcześniej mieli tyle energii! Albo może inaczej: mieliśmy, ale ona była skierowana nie na cele związane z nami. Poświęcaliśmy życie, dupogodziny, nerwy dla pracy na rzecz firm, marek, a zapominaliśmy o sobie. To jest kluczowa odmiana. I tak jak napisałaś, choć to banał, wiadomo, wszystko zależy od nas samych.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Jak zadbać o ogród zimą? Sekrety zimowego ogrodu.
Następny Czy warto mieć rekuperator? (2)

Poczytaj więcej

Fioletowe ziemniaki, czyli dieta cud

Cisza i spokój. Prawda o życiu daleko od miasta

Proszę, nie rdzewiej. Męskie zdrowie po 40.

Późny wieczór w Niebie: sałata z burzą w tle

Przewodnik po ludziach: Pan Od Ziół

Podlaskie hygge

10 kroków do własnego domu na wsi

Sangha. Leśny Festiwal Hipokrytów uważam za zaorany

Dziewczynka z książeczkami, czyli Ania wspomina lektury młodości

Ojagupiacipa, czyli z wyprawy baby do miasta

Gdy oświetla cię płomień sześćdziesięciu świec…

Skrzynia i pasja, czyli historia, która nie trafi na śmietnik

Moda Za Miastem: co dziś nosi strach na wróble?

Jak powstaje łąka kwietna? W bólach!

Uprawy na rabatach podniesionych