fbpx
Historia podziemna

Uzdrowisko Mielnik. Historia podziemna prawie nie do wiary

Dziś historia podziemna w sensie dosłownym. Dzieje się na głębokościach i w mroku wody. Ale zahacza o politykę, za co z góry przepraszam.

Trzeba było (absolutnie przypadkowego!) pośrednictwa Joli Pawnik, dziennikarki z Krakowa i naszej stałej czytelniczki, byśmy z Anią poznali jeden z ważniejszych i ciekawszych zasobów sąsiadującej z naszym Niebem gminy Mielnik. Kojarzyliśmy ją z Bugiem, kopalnią kredy, pięknymi lasami i winnicą Mikołaja Korola. Od wczoraj będzie nam się kojarzyła z uzdrowiskiem. Przyszłym uzdrowiskiem. Jego historia jest fascynująca.

Historia podziemna: wizja

Lubię szalone projekty. Takie, w które nikt na początku nie wierzy. Gdzie wszyscy pukają się w czoło albo pokazują, że „tu mi kaktus…” Mieliśmy z Anią życiowe szczęście, mogąc uczestniczyć w urzeczywistnianiu pomysłów, którym nikt nie dawał szans powodzenia. I chyba dlatego z taką radością przyjęliśmy wczorajsze opowieści o kryjących się niemal dwa kilometry pod powierzchnią gruntu złożach leczniczej solanki, które zalegają sporą część obszaru gminy Mielnik.

Podziemne wody nie znają granic administracyjnych, więc wchodzą też w przestrzeń gminy Siemiatycze, a przede wszystkim – rozlewają się w podziemiu Białorusi. Białorusini robią z nich użytek, butelkując wodę mineralną i sprzedając ją jako jeden z lokalnych rarytasów. Nie wiem, jaki to biznes na Białorusi, ale znając Stanisława Cechiniego z Muszyny-Złockie, producenta wód mineralnych opatrzonych jego nazwiskiem, domyślam się, że całkiem niezły. W końcu: dobra woda bywa droższa od benzyny…

Ale w Mielniku – ku własnej chwale – ludzie nie myślą o rozlewaniu wody do butelek. Idą szerzej. Myślą o uzdrowisku. O przedsięwzięciu przekraczającym skalę budżetu gminy i wyobraźnię politycznych decydentów, którzy przez ostatnie dekady patrzyli na pomysł eksploatacji złóż jak na dziką fanaberię. Przytakiwali, poklepywali samorząd po plecach, a jeśli coś obiecywali, to nie dotrzymywali słowa, bo zawsze było coś pilniejszego.

Kiedy pomysł wykonania odwiertu, który dałby odpowiedź na współczesną jakość wody i wielkość jej zasobów był bardzo bliski sfinansowania i eksploatacji, pieniądze przeznaczone na ten cel trafiły do Torunia. Tam też przecież są złoża wody, ale pewnie lepszej, bo od razu święconej.

Historia podziemna: realizm

Historia z podziemną wodą w Mielniku sięga lat sześćdziesiątych minionego wieku. Wtedy wykonano pierwsze odwierty na głębokości 1813 metrów, szukając… ropy naftowej. Znaleziono złoża leczniczych wód solankowych, wyśmienicie nadające się do lecznictwa uzdrowiskowego. Na nieco wyższych piętrach odkryto spore złoża wód mineralnych; eksplorują je dziś Białorusini.

Lecznicze wody z poziomu trzeciego, na głębokości 1,8 km, mają wysoki stopień zmineralizowania. To właśnie one rozlewają się na sporym obszarze podziemia Polski i Białorusi. Odwierty wykonano wyłącznie na terenie gminy Mielnik, ale naukowcy snuli dość poważne przypuszczenia, że lecznicza woda znajduje się pod wieloma miejscowościami powiatu siemiatyckiego.

W latach siedemdziesiątych szykowano się więc do eksploatacji tych złóż, budując plany stworzenia uzdrowiskowego kurortu w Mielniku, ale słabnące ekonomicznie i niewydolne państwo nie było w stanie zrealizować swoich zamierzeń.

Historia podziemna: sen na żyle złota

Powiedzmy więc wprost: od sześćdziesięciu lat mieszkańcy niewielkiej gminy w Polsce wiedzą, że śpią na żyle złota i przez cały ten czas nie mogą skorzystać z dobrodziejstw natury. Powód? Więcej niż banalny – należałoby wykonać odwiert eksploatacyjny, sprawdzić jakość i zasoby wody, i przygotować się do eksploatacji złoża.

W połączeniu z istniejącymi w gminie złożami borowiny i kredy, łącznie z zasobami leśnymi i wodnymi (Bug), a także wyjątkowym mikroklimatem i nasłonecznieniem daje to niesamowity potencjał. Starzejąca się gmina miałaby czym zatrzymać młodych, dałaby im perspektywy rozwojowe, a samorząd zyskałby niebagatelne źródło przychodów. Mamy do czynienia z sytuacją win-win: tu wszyscy są wygrani. Każdy coś zyskuje, od mieszkańca gminy po turystę, który jedzie do wód. Do Mielnika.

Historia podziemna: gdzie jest kasa?

Kiedy słyszę, że do wykonania odwiertu potrzeba 15 milionów złotych, to myślę w pierwszej chwili – kurde, dużo. Ale zaraz potem przychodzi mi na myśl Polska Fundacja Narodowa, na której majątek złożyło się 17 spółek Skarbu Państwa. Obdarowały ją kwotą 220 milionów złotych, a to dowód, że problemu pieniędzy w strukturach polskiego państwa właściwie nie ma – jeśli ono chce, znajduje je bez trudu.

Na samą kampanię „Sprawiedliwe sądy” – pamiętacie? – PFN wydała 8,4 miliona złotych. Połowę tego, co potrzebne jest w Mielniku. 9,8 mln wydano na dwa rejsy jachtami po morzach i oceanach świata. Już tylko te dwie pozycje po stronie wydatków statutowych zaspokoiłyby z nawiązką potrzeby rozwojowe jednej małej gminy.

Podaję ten przykład, by pokazać jak politycy – każdej formacji, bezdyskusyjnie – potrafią marnować publiczne pieniądze i przeznaczać je nie tam, gdzie oczekiwaliby obywatele.

Wiem, można powiedzieć, że cała nadzieja w funduszach unijnych, ale w sumie… dlaczego mamy sięgać po pieniądze z Unii, skoro własnych bywa, że jest pod dostatkiem, tylko są koszmarnie dystrybuowane?

Historia podziemna: to tylko wschód, proszę pana

Drugi powód, dla którego gminy ze Ściany Wschodniej, takie jak Mielnik, cierpią i będą cierpiały na niedofinansowanie, jest jeszcze bardziej prozaiczny. Wschód Polski to nie jest miejsce, z którym politycy z Warszawy wiążą jakiekolwiek nadzieje inwestycyjne.

Wystarczy spojrzeć na infrastrukturę transportową, z korzeniami sięgającymi zaborów. Czy ktoś widział prawdziwe zainteresowanie rozbudową sieci dróg i kolei na wschodzie Polski? Czy w takim samym tempie jak choćby modernizacja ekspresówki S3 (na zachodzie kraju) nie mogłaby iść modernizacja S19, na wschodzie? Tamta przybliżyła Szczecin do Warszawy, ta wschodnia – ciągle w powijakach, planach, marzeniach.

To jest zakała polskiej polityki od dziesięcioleci: nieumiejętność dostrzeżenia potencjału Polski Wschodniej. Jej walorów geologicznych, turystycznych, ludzkich, kulturowych, środowiskowych. Ale to jest też świadectwo bezsilności lokalnych polityków, którzy nie potrafią przebijać się z lokalnymi inicjatywami na poziom warszawskich decyzji. Mają chęć, przyklaskują pomysłom, mlaskają oczami i… I nic. Rok za rokiem idee rozmywają się, pomysły odchodzą do archiwów, wymoszczone nimi strategie tracą aktualność i znaczenie.

Czy uzdrowisko Mielnik ma sens?

W świecie idealnym taki projekt jak instalacja odwiertu eksploatacyjnego, a później tworzenie struktury samego uzdrowiska, to zadanie technicznie i finansowo banalne. Są fundusze inwestycyjne, są inwestorzy prywatni, są banki, które cierpią na nadpłynność finansową i szukają dobrze rokujących inwestycji, są wreszcie samorządy i środki Skarbu Państwa. Wystarczy to złożyć w jedną całość, przygotować podmiot celowy w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego i można działać. Koszt odwiertu, jakkolwiek wysoki, nie zabija samej idei – uzdrowisko, lecznictwo naturalne na najwyższym poziomie, to ciągle dobry biznes.

Sęk w tym, że PPP w Polsce pachnie gminom „czwartym P” – prokuraturą. Nie ma odważnych po żadnej stronie, choćby pomysł wydawał się oczywisty i perspektywiczny. Bo zawsze ktoś znajdzie jakąś podstawę do nieufności, do zarzutów… Trzeba więc sięgać po rozwiązania rodem z PRL – szukać dojść, układów, przekonywać, upraszać polityków, uśmiechać się do funduszy ochrony środowiska, wydeptywać ścieżki do ministerstw albo kłaniać Unii Europejskiej, z nadzieją na wygraną w konkursie projektów i… z nadziejami, że gmina samodzielnie udźwignie ciężar wkładu własnego.

Nie ma lekko, ale próbować trzeba. Jeśli coś jest warte grzechu, to w końcu ktoś zechce go popełnić. Patrzę więc na ideę stworzenia mielnickiego kurortu z pewnym optymizmem – czasy sprzyjają szalonym pomysłom, pandemia wydłuża dystans społeczny, ale skraca tok myślenia o sukcesach.

Jeśli władza, każda władza, chce osiągać sukcesy, musi je robić w oparciu o próby spełniania społecznych potrzeb. Tych dużych, tych małych, tych z wizją i tych bardzo przyziemnych. Ta woda kiedyś wydrąży skałę, jestem pewien. Tylko dlaczego trwa to już 60 lat???

Kopiemy?

A wracając na poziom ziemi – przemierzaliśmy wczoraj Mielnik i okoliczne wsie z dziką radością przyglądając się lokalnym podwórkom, zakątkom, kwiatom i rabatom. Ślicznie jest! Naprawdę, są miejsca, którymi można się zachwycić i stać przy nich godzinami, podziwiając urodę. Każdy zawijas Bugu, każdy zjazd w stronę lasu, każda łąka kwietna i łany kwiatów przed domami – oto jest prawdziwy wyróżnik tego regionu.

Jedziesz, mijasz dwa samochody na krzyż, w każdej wsi czujesz święty spokój i ciszę, oddychasz świeżością i wwąchujesz się w zapachy trawy, ziół, lasu. I jak pomyślę, że dwa kilometry pod ziemią tkwi taaaki potencjał, taka tafla podziemnego jeziora i taka jego lecznicza moc, to budzi się we mnie refleksja: a może by się samemu dokopać? Albo we dwóch, z premierem na przykład. Dało radę przeryć Mierzeję Wiślaną za dwa miliardy złotych, to w Mielniku z piętnastoma milionami nie poradzimy?

Jakby Pan, Panie Premierze szanowny, trafił kiedyś w te strony, to zapraszam do kopania. We dwóch będzie nam raźniej. A sukces murowany. Bug jest z nami!

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Można zrobić perełkę z Podlasia! oraz Orzeszkowo 14

Podziel się:
Brak komentarzy

Zostaw komentarz