Księga nalewek, czyli przeprosiny z dziką różą


Dziś jest dzień wyborczej ciszy, słońca, wiatru i dzień nalewek. Filtruję, smakuję, doprawiam i wziąłem się za nalewkę, która czeka na przeprosiny… Nalewkę na owocach dzikiej róży. Październik to idealny czas na nią!

Moja prywatna księga nalewek ma już kilkadziesiąt pozycji, od ekskluzywnej czosnkowo-miodowej (pychota, ale dopiero po pół roku od zrobienia!) przez dereniówkę, skrzypówkę, koniczynówkę, dziurawcówkę i tarninówkę, a skończywszy na cherry bounce i różnych formach miętowego likieru.

Przeprosiny z dziką różą

Od kilku dni nie mogę nadziwić się smakowi agrestówki z miodem – postała w kącie przez rok, zapomniana, jakby niechciana, wydawała mi się tuż po zaprawieniu zbyt kwaśna, ostra. A tu proszę: delicja! Składniki wspaniale się wzajemnie uzupełniły i skomponowały w jedną całość.

Nalewka na owocach dzikiej róży nie była do tej pory na szczycie moich ulubionych trunków, może z powodu błędu przy jej pierwszym zalaniu – użyłem zbyt dużo spirytusu 65 procent i ciągle wydaje mi się, że jego smak i moc górują nad różą. Jest dobra, ciekawa, ale nieco męcząca swoją zapalczywością. I przez to idzie w poprzek mojej nalewkowej ideologii.

Przyjąłem bowiem założenie, że celem tworzenia nalewki jest zatrzymanie na wieki i wydobycie z owoców wszelkich nut smakowych i maksimum właściwości. Alkohol jest w tej koncepcji wyłącznie prostym konserwantem. To nieco inny koncept niż nalewka ze sklepu lub alkohole, którymi co pewien czas raczy mnie ktoś ze znajomych. Nie chodzi o moc! Moc w nalewce jest nieistotna. Nalewka to nie odmienna, smakowa postać wódki, lecz esencja owoców w przetworzonej postaci. O owoce chodzi. O ich siłę uzdrawiania, wspomagania i profilaktyki.

Lubię nalewki, które ociekają nadmiarem owoców. Taka właśnie jest moja agrestówka: ogrom owoców zalanych niewielką ilością alkoholu – słaby spirytus i odrobina słodkiego węgierskiego wina, plus miód i przyprawy. Sam kwas na starcie, a potem cudowne zbalansowanie smaków. I żal, że wyszedł mi tylko jeden litr…

Tegoroczna nalewka na owocach dzikiej róży ma być formą przeprosin z klasyką. Bo to w istocie klasyka nalewek. Nie umiałbym rozsmakować się w nalewce na płatkach róży, która wydaje mi się pretensjonalna i nadto „sanatoryjna” – w Kołobrzegu w latach siedemdziesiątych można ją było spotkać w każdej sanatoryjnej kawiarni, pito ją na przemian z wiśniówką. A ja nie lubię klimatów Ciechocinka 😉

Księga nalewek – co można z dzikiej róży?

Można stworzyć nalewkę z korzeni dzikiej róży – nie próbowałem – a wiem o niej, że świetnie działa na dolegliwości reumatyczne, pita codziennie trzy razy po łyżeczce. Przepis jest prosty – półtora szklanki drobno pokrojonych korzeni, 1 litr czystej wódki żytniej, zalewamy korzenie, odstawiamy w naczyniu z ciemnego szkła na dwa tygodnie, filtrujemy i… działa! Można zrobić to samo z liśćmi róży, które mają sporą zawartość flawonoidów – sposób postępowania jest podobny.

Nalewka z owoców dzikiej róży powinna powstawać właśnie w październiku, albo nawet później. Warunkiem idealnego smaku jest wystarczająca dojrzałość owoców i zwiększające poziom cukru przemrożenie. Z tym ostatnim warunkiem zdążyliśmy się niedawno oswoić – w Bociance był mróz, aż miło. Tymczasem owoce zaledwie lekko się skurczyły; dwa lata temu zbieraliśmy je w listopadzie i były już pokurczone jak rodzynki.

Co zrobić, gdy chce się osiągnąć szybki efekt? Przemrozić owoce w zamrażarce. Nasze trafiły tam na 48 godzin, wcześniej zostały dobrze umyte, pozbawione szypułek i lekko nacięte. To nakłuwanie lub przecinanie dzikiej róży zawsze mnie zastanawiało: czy jest potrzebne? I już wiem, że tak. Pierwszy zalew na owocach, które z powodu mojego lenistwa nie zostały nakłute, był nijaki, odległy smakowo od wyobrażeń. Przy drugim podejściu każdy owoc został nacięty i dopiero wtedy róża pokazała swoją prawdziwą soczystość. (Cóż z tego, skoro zalałem ją zbyt wielką ilością spirytusu?!)

Jedna nalewka, dwie szkoły

A zatem – mamy już przemrożone i co dalej? Są dwie szkoły, jak zwykle przy nalewkach. Pierwsza podpowiada, by zasypać owoce cukrem, odczekać dwa-trzy tygodnie i gdy cukier się rozpuści, zalać je alkoholem. To dobre rozwiązanie, pod warunkiem, że mamy ochotę zatruwać się cukrem. Ja – nie mam. Bardzo rzadko i w odległej przeszłości używałem cukru, zwykle trzcinowego lub ksylitolu. Teraz do sporządzania nalewek używam wyłącznie miodu. Najchętniej akacjowego, ponieważ jest najbardziej neutralny w relacjach z owocami.

Druga szkoła tworzenia nalewek zakłada, iż owoce od razu zalewamy alkoholem. Niech etanol pracuje od pierwszej minuty, niech się wciska w każdą owocową szparkę i wyciąga esencję smaku. Dopiero później doprawiamy nalewkę miodem. To jest mój sposób, wolę bezpośredni kontakt owoców z alkoholem.

W przypadku nalewki na owocach dzikiej róży użyjemy następujących proporcji: 1-1,5 kg owoców (im więcej, tym lepiej), 1 litr wódki żytniej, 0,5 litra spirytusu 65%, 0,5 litra płynnego miodu. Do tego dodatki – goździki (10 sztuk), odrobina laski wanilii, niewielka ilość cynamonu (niesproszkowanego!). Przyprawy zwykle dodaję na oko, nie powinny dominować lecz wzmacniać smak. Można wkroić 2-3 plasterki imbiru.

Kto gotuje miód???

Całość zalewamy alkoholem, odstawiamy na 5 tygodni w ciepłe miejsce, starając się co pewien czas przemieszać zawartość. Następnie zlewamy nalew, owoce przeciskamy przez płótno i łączymy ich sok z nalewem. Teraz przychodzi czas na doprawianie nalewki miodem. Nie słuchajcie podpowiedzi osób, które radzą „zagotować miód w dwóch szklankach wody, zszumować, ostudzić i wymieszać”. To cytat z książki o nalewkach…

Nie gotujcie miodu!!! Błagam! W ten sposób tracimy większość jego właściwości, równie dobrze dałoby się użyć samego cukru 🙁 Miód można lekko podgrzać do temperatury nie wyższej niż 35-40 stopni, wstawiając słoik do większego naczynia z wodą. Następnie łączymy miód z nalewem i dobrze mieszamy. Niektórzy radzą dokonać po  24 godzinach pierwszej filtracji, ale moim zdaniem to bezproduktywny zabieg: lepiej żeby wszystkie drobiny z owoców i miodu dobrze się wzajemnie zapoznały…

Szczelnie zamknięte naczynie z nalewką odstawiamy na 2-3 miesiące, a następnie filtrujemy i rozlewamy do butelek. Po roku będziecie zdumieni, jak piękny udało się skomponować smak! Wiem i rozumiem: cierpliwość nie pozwoli Wam czekać aż tak długo. Ale zapewniam, że z każdym miesiącem nalewka będzie tylko doskonalsza. Księga nalewek zna takie przypadki, że trunek odkryty po dwóch-trzech latach wydaje się wręcz boski 🙂

Samo zdrowie!

Pisałem do tej pory wyłącznie o smaku, a przecież dzika róża to samo zdrowie! Zawiera 40 razy więcej witaminy C niż cytrusy! Trzy owoce dziennie wystarczają do zaspokojenia naszych dobowych potrzeb na tę witaminę. Mają dużą zawartość antyoksydantów, takich jak kwas askorbinowy, związki fenolowe i kartenoidy, które ochraniają nasz organizm przed wolnymi rodnikami.

Analizy związków chemicznych zawartych w ekstrakcie z owoców dzikiej róży, zwłaszcza kwercetyny, pozwoliły uznać, iż skutecznie hamują one rozwój komórek nowotworowych, zwłaszcza komórek czerniaka. Działają moczopędnie i żółciopędnie, wspomagają walkę organizmu z infekcjami i zakażeniami, pomagają w leczeniu osteoporozy. Z nasion owoców dzikiej róży można też wytwarzać oleje bogate w beta-karoten, tretinoinę, kwasy tłuszczowe omega-3 i omega-6. Olejek z nasion dzikiej róży jest bardzo aktywny w metabolizmie tłuszczów, a tym samym przeciwdziała otyłości i wspomaga wątrobę.

Dojrzałe owoce dzikiej róży to bogactwo garbników, witamin A, B1, B2, E, K i kwasu foliowego. Legendarne babcine herbatki z dzikiej róży miały zatem jakiś sens: działały zapobiegawczo, ochronnie i leczniczo. Moje legendarne nalewki pewnie takiej mocy nie mają (co babcia, to babcia, wiadomo, ale przynajmniej można się pięknie nadzieić, że to działa. (Nadzieić to moje prywatne słowo.)

Dobrego dnia i dobrego głosowania jutro! Uważamy, że cisza wyborcza powinna trwać przez 365 dni 🙂

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Cherry bounce, mój flagowiec

Orzechówka dobra na zdrowie

Fot 1. Stux z Pixabay  

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Blog po roku, czyli pierwsza rocznica
Następny Pan Z Kosą. Na co pozwala męski honor?

Poczytaj więcej

Ten wpis się dla Ciebie spodoba

Absynt. Kto jeszcze pamięta jego smak?

Grabiami mając zmęczone prawice… Zwierzenia osobiste.

Mit motywacji. Nawet nie wiesz, ile możesz osiągnąć.

Nocne refleksje o partnerskiej dojrzałości

Powrót do korzeni

Prąd ze słońca. Sprawdzamy czy fotowoltaika się opłaca! (2)

Kobiety Rakiety, łączcie się w bólu czytania

Podlaskie hygge

Kiedy powiesz sobie dość! Co na to endorfiny?

Green Days. Ania z Cebulowego Wzgórza ma żal.

10 największych banałów o życiu

Przewodnik po ludziach: Pani Od Pierogów

Czym tak pachnie? Pieczemy chleb z bakaliami!

Ile kosztuje wiosna na wsi? Porównaj swoje ceny!