Minimalizm. Dalibyście radę?


Przeciętny mieszkaniec  Mongolii ma około trzysta przedmiotów. Tyle mu wystarcza, by cieszyć się życiem. Japończyk ma 6 tysięcy. A Ty? A my? Co jest naszym minimum? Ile potrzebujemy, by dobrze się czuć?

Czytam „Sztukę prostoty”, autorstwa mieszkającej w Japonii  francuskiej pisarki Dominique Loreau, i myślę, że to zdecydowanie nie jest książka dla nas, choć zachęca do działań, które czasami wydają mi się bliskie. Ograniczyć do minimum stan posiadania, obrać prosty styl życia, wyrzucić niepotrzebne drobiazgi. I powiedzieć otoczeniu, że jedyną rzeczą, której pragniesz, jest nieposiadanie.

Dalibyście radę? Moja córka mocno próbowała; myślę, że poszłoby jej (i mężowi) całkiem nieźle, gdyby nie narodziny Leonarda, który przestawił wektor ich minimalizmu w zupełnie przeciwną stronę.

A my? Czy umielibyśmy zmieścić nasz dobytek w jednej-dwu
torbach podróżnych, a wszystko co pozostałe uznać za zbędne? Powiedzieć „żegnaj”
większości przedmiotów, które nas otaczają? I reszta niech należy – jak chce
Loreau – do świata intelektu, ducha, tajemnicy, piękna i uczuć?

EDIT ANI: Spójrz na naszą choinkę. Klasyczny obraz
maksymalizmu, kłócący się z sugestiami życia zawartymi w „Sztuce prostoty”.
Myślisz, że gdyby była całkiem goła lub ascetyczna, czulibyśmy się lepiej,
pełniej? Bylibyśmy szczęśliwsi? Ja na pewno nie. Jakąś cząstką szczęścia są
przecież piękne przedmioty, które nas otaczają. Nasza bajka życiowa, te
wszystkie bibeloty z przeszłości, talizmany, rzeczy, z którymi trudno się
rozstać, bo mają wartość sentymentalną. Nie, minimalizm nie jest mi bliski.

Nie pokusiłbym się o zliczenie przedmiotów, które nas otaczają. Które zgromadziliśmy oboje w równoległych życiach i które gromadzimy teraz wspólnie. Kilkanaście tysięcy? Licząc gwoździe , śrubki, wkrętaki i deski, których mam pełno w pracowni – pewnie tak 🙂 Czy powinniśmy szukać szczęścia w swobodzie rozległych przestrzeni, ograniczaniu liczby ciuchów?

W tej ostatniej kwestii gotów jestem zgodzić się z Loreau, choć dość przewrotnie. Gromadzimy (to zapewne dotyczy nie tylko nas) zbyt wiele ubrań. W swoim czasie, jeszcze w trakcie pomieszkiwania w Warszawie, z ciekawości policzyłem swoje t-shirty. Byłem ich fanem, polującym nie tyle na rzeczy drogie, ile ciekawe, z niebanalnym nadrukiem, dobrej jakości. Naliczyłem trochę ponad 200. Dużo? Dużo. Na trzy czwarte roku, po jednym dziennie. Wyrzuciłem część do koszy PCK, zostało 150. Dużo? Dużo. Na pół roku. Przecież wielu z nich nie używam, leżą, ponieważ… już mi jakoś nie leżą…

Minął jakiś czas, jestem z tymi koszulkami na wsi. Znów, tak
jak w Warszawie, niektóre leżą na dnie kolorowego stosu i wyciągane są z rzadka
lub wcale. Wyrzucić? Otóż nie! Ten nadmiar cierpliwie czeka na swoją kolej. Na
wsi, inaczej niż w mieście, t-shirt nie jest od parady. Jest towarzyszem
codziennej pracy. Wlewam w niego litry potu, gdy zasuwam na podwórku lub w
pracowni, a gdy na chwilę przychodzę do domu, zmieniam go na inny i – znów. Wycieram
nim pot z czoła, brudzę, wyciągam, czasami rwę.

Na t-shirty z przeszłości patrzę dziś jak na inwestycję,
która powoli mi się zwraca: nie muszę kupować nowych, gdy jeden po drugim coraz
bardziej marnieje i wreszcie trafia do kosza. Są zawsze pod ręką, jest ich
wystarczająco dużo, by spokojnie myśleć o następnych latach.

Podobnie – dresy . Śliczne, „warszawskie” dresy, które miały nie wypychać się na kolanach, być na kształt weselnego garnituru – na niemal każdą, wyjściową okazję, do pracy, do rodziny, do znajomych. Dziś te same dresowe spodnie wiszą na mnie jak na strachu na wróble, a ja błogosławię dzień, w którym po raz pierwszy przerzuciłem się z dżinsów na dresy. To najlepszy ciuch do każdej roboty na wsi! A i do miasta nie wstyd w nich jechać, o ile są czyste. (Na wsi pojęcie czyste-brudne jest dość względne, pisaliśmy już o tym tutaj.)

Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami. Są obok nas „od zawsze” (choć przyznaję, że często robię mocny przesiew, czego niejednokrotnie żałowałem), wypełniają naszą przestrzeń, nadają jej kolorytu. Nie przeszkadzają: są. Kurzą się razem z nami. I starzeją też razem.

Loreau pisze: „Możemy się rozwijać dopiero wtedy, gdy nie
zaprzątają nas sprawy materialne. Ciało jest mieszkaniem dla ducha, tak jak dom
jest schronieniem dla ciała. Dusza powinna być wolna, by mogła się rozwijać.”

Dobre, piękne, idealistyczne zdania. Sprawy materialne w kraju nad Wisłą zaprzątają uwagę 99 procent Polaków i nie dlatego, że chcą oni za wszelką cenę gromadzić dobra materialne, lecz z powodu bardziej prozaicznego – chcą godnie żyć od pierwszego do pierwszego. Znaleźć siłę, by zmierzyć się z rzeczywistością: w pracy, w domu, w życiu intymnym, społecznym, politycznym, zawodowym.

Chcą MIEĆ – po to, by ich dusza była szczęśliwsza.

Stąd – bibeloty, ciężkie komody, meble, telewizory, auta,
wieże i smartfony. Stąd stosy ubrań i butów – zbierane przecież nie na czarną
godzinę, lecz dla poprawy samopoczucia – stąd również przeskalowane w stosunku
do własnych potrzeb i możliwości finansowych gabaryty samochodów, willi, mebli
i podróżnych toreb.

 Nie szukamy minimalizmu jako formy szczęścia. Szukamy
szczęścia w jakiejkolwiek formie.

Nie mógłbym nie mieć choinki w ogóle (ukłonem w stronę ekologii jest fakt, że po raz pierwszy w życiu mamy choinkę ze sztucznego tworzywa – nie będziemy ciąć drzewek, choć pełno ich w okolicy), nie mógłbym też mieć choinki innej niż „obfita”. Krzycząca zgrabnymi ozdobami, ciesząca oko wieloma kolorowymi detalami, skrząca się światełkami i pachnąca bajką. Taka ona ma być – choinka, która przywołuje przeszłość z jej magią i jej czarodziejskimi bombkami, w których odbijały się dziecięce marzenia.

Nie umiem żyć w prostocie, choć bardzo chciałbym umieć żyć
oszczędnie.

Dominique Loreau podpowiada:

„Żeby żyć wśród absolutnego minimum przedmiotów, w czystych i pełnych świeżego powietrza wnętrzach, trzeba się wykazać silną wolą, dokładnością i kategorycznością. Minimalizm wymaga dyscypliny oraz wielkiej dbałości o detal. Wyrzuć najpierw możliwie jak najwięcej rzeczy.

Staraj się nie dopuścić do tego, by przydusiły cię przedmioty i meble, a później możesz zajmować się czymś innym. Myśl o pozbyciu się czegokolwiek nigdy więcej nie będzie cię męczyć. Twoje decyzje staną się instynktowne, twój styl ubierania bardziej elegancki, dom wygodniejszy, terminarz mniej zapełniony. Powróci rozsądek. Będziesz patrzeć na swoje życie z większą przenikliwością. Zatrzymaj się na moment i zastanów nad tym wszystkim, co możesz zrobić, aby ułatwić sobie życie.”

Sorry, Dominique, być może tobie się udało. Mnie cieszy
fakt, że mam na strychu wielką roboczą przestrzeń przeznaczoną głównie do
pracy, przepełnioną tysiącami książek, przydasi, starych aparatów
telefonicznych, starych i ładnych butelek, samochodzików, które trzymam dla
Leonarda, misiów, które kocha Ania (z wzajemnością), zdjęć, elektronicznych
gadżetów i Bóg wie czym jeszcze. I jestem szczęśliwym facetem. Tak o sobie
myślę.

A ty? W prostocie czy wśród miliona rzeczy? Asceza czy komfort posiadania? Tysiąc t-shirtów czy jedna, ale porządna koszula? 😉

Jacek

Dominique Loreau „Sztuka
prostoty” – wydawnictwo Czarna Owca, cena 29,99

3 komentarze

  1. Akasha
    31 stycznia 2019
    Odpowiedz

    Nie wiem czy słyszeliście o Marie Kondo. To japonka, ktora uczy ludzi jak pozbywać się zbędnych rzeczy i przechowywać te, które są potrzebne lub te, które…. dają radość. Bardzo mi sie podobało jak ogladałam tę panią w akcji sprzątania kilku domów. Jeśli macie Netflix to sami możecie sprawdzić.
    Dzięki Marie Kondo pożegnałam z czułością 21 par butów, które były zużyte lub w których z jakiś powodów nie chodziłam. To co mnie ujmuje w Jej metodzie to sprawdzanie czy dana rzecz daje Ci radość a jeśli nie czujesz „spark of joy” to masz tej rzeczy podziękować i z szacunkiem oddać lub wyrzucić. To podziękowanie ma znaczenie.
    Ta drobna Japonka jest przesympatyczna, ciepła i uśmiechnięta, warto ją poobserwować.
    PS: Nasza choinka też jest na bogato. Tam ma być i już 🙂

    • 31 stycznia 2019
      Odpowiedz

      Znamy z Netflixa i… podziwiamy za umiejętność rozstawania się z rzeczami… My z Anią mocno się w tej mierze uzupełniamy – ja nie mam problemu z ostatecznym zamykaniem historii rzeczy, które mnie otaczają, Ania natomiast… cóż… Ania gromadzi wszystko, od starych desek i śrubek, bo mogą się przydać, aż po stare gazety, tasiemki i łyżki. Z wielkim zdziwieniem muszę z kolei odnotować, że z zimną krwią potrafi oddawać ciuchy i buty. Uwielbia, ale oddaje bez sentymentów. Mnie jest szkoda 🙂

  2. beata
    29 marca 2019
    Odpowiedz

    Oh! Cudowna idea ale… niestety nie dla mnie, albo nie dla mnie w tym momencie.
    Uwielbiam piękne przedmioty. Lubię na nie patrzeć i czerpać z tego estetyczną radość. Choć może, gdybym danej rzeczy nie miała, nie potrzebowałabym na nią miejsca i w tymże miejscu byłaby pusta przestrzeń…
    ale czy ona też dawałaby mi estetyczną radość? Nie wiem.

    a choinka od bardzo wielu lat żywa i uboga w ozdoby. Tak wymyśliłam zanim to było modne: chciałam widzieć drzewko! I tak jest do dziś: 5 baniek i światełka (pomijając kilka lat obfotości, kiedy dzieci były malutkie)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Kaflove (2)
Następny Ptaszory, głupcze!

Poczytaj więcej

Tak daleko do sąsiada. Jak radzisz sobie z depresją?

Przegląd myśli podręcznych

Samotność na wsi, czyli masturdating z konieczności

Ściągamy sok z brzozy. Jest świetny!

Moda Za Miastem: modeling z kosą i lnem

Plastik już z nami nie wygra

10 najlepszych książek, które przeorały młody mózg

Pochwała prostoty, czyli rzecz o wiejskich meblach

Pamiątki z dawnych lat. Pretensjonalny post o zagubionej historii

Odliczamy do wiosny…

Sceny z życia mrozu

Ogrodowy rozdrabniacz do gałęzi… Kupić?

Zapraszamy do środka: mieszkańcy naszego kredensu

Idę, dokąd idę

Śpiewający sex czy proste dźwięki ciszy?