
17 sty Morsowanie fi dwanaście
Dziś do południa, zgodnie z nową modą, ciężko morsowaliśmy. Ja w zasadzie intensywnie morsuję od późnej jesieni: z każdym kilogramem mam w sobie coraz więcej morsa. Za to Jacek morsuje w kierunku słonia morskiego.
Gdybym była foczką, pokazałabym nasze morsowanie na Instagramie, ale czasy foczki definitywnie skończyły się w okolicach liceum, jakoś tak dziesięć kilogramów temu. Dzisiaj mogę tylko z rozrzewnieniem spoglądać na zdjęcia sprzed lat, nie dowierzając własnym oczom: to naprawdę byłam ja? Takie chude morsiątko?
Morsowanie na śniadanie
Morsowaliśmy więc od rana, zaczynając od pierwszej kawy, przez wielkie szklanice smoothie z wszystkiego, co zielone, a kończąc na odgrzewanej rybie po grecku, która od świąt dzielnie czekała w zamrażarce. Później była druga kawa i sernik, później kawa numer trzy… E, nie, żartowałam, kawa trzecia ma swoją historię i przydarzyła się nam dopiero po godzinie czternastej.
Wcześniej – wyszliśmy z domu i poszliśmy w mróz. Kiedy to piszę, na dworze jest już minus dwadzieścia stopni, ale w samo południe pięknie grzało słońce i mrozu niemal nie dało się odczuć. Zwiedziliśmy z psem okoliczne pagórki, zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do Bocianki, zastanawiając się, co zrobić z tak dobrze napoczętą niedzielą. Czytaj: co by tu zjeść?
I wtedy olśnienie. Zróbmy z Podlasia Podhale! Co robi zimowy turysta na Podhalu, gdy zjedzie ze stoku? Siada na ganku bacówki lub schroniska i pije herbatę z prądem. Albo gorącą kawę. Tyz z prądem.
I my to właśnie zrobiliśmy. Kawa z koniakiem na dworze, może być? Piękne słońce, piękny mróz, dziewiczy śnieg, a my na ganeczku – wgapieni w las i przyszłość. Gdyby nie ciągnik, który zgrzytnął gdzieś za domem, byłoby jak w raju. Ale na ciągnik nie narzekamy – przywrócił nas cywilizacji. Pan przekopał się do nas z asfaltowej drogi, zepchnął śnieg i zamrugał do nas światłami, a my do niego kciukiem. Dzięki, dobry człowieku, przywróciłeś nam wiarę w gminny samorząd i sołtysa Ernesta.
Dwa morsy zbierają śnieg
Co można robić na podlaskim Podhalu, gdy dziabnie się kawusię z prądem? My poszliśmy zbierać śnieg. Zbieranie śniegu w zimie nie jest specjalnie oryginalne, ale my zbieraliśmy śnieg z wysokości. A ściślej – z drzew.
Mamy już jedno smutne doświadczenie sprzed trzech lat: rosnąca naprzeciw naszej werandy sosna zgubiła wielki konar właśnie pod naporem masy śniegu. Zbrzydła w ten sposób, a była jednym z najpiękniejszych drzew w okolicy. I teraz, żeby nieszczęście się nie powtórzyło, gdy napada – zdejmujemy nadmiar śniegu z gałęzi.
A w tym roku nadmiaru trochę jest, nie ma co mówić. Wielkie czapy dogięły część gałęzi niemal do samej ziemi. Zdjęcie śniegu nie było tu skomplikowane, gorzej z tymi konarami, które rosną wysoko. Ale co to jest za problem dla nizinnych górali po herbacie z prądem? Jacek gotów był wchodzić na drzewa i strząsać śnieg ręcznie, ale jego dzielna morsica – nieskromnie mówiąc: ja – znalazła dużo lepszy sposób.
Na płocie od strony lasu zatknęliśmy kiedyś stare kanki do mleka. Robią klimat i nic więcej, wreszcie do czegoś się przydały.
Rzut kanką
Gdybyście przypadkiem słyszeli o latających w pobliżu Bocianki kankach, to potraktujcie rzecz ze spokojem. To my. Urządziliśmy mistrzostwa Podlasia w rzucaniu kanką do celu. Każdy lot miał z góry ustaloną trajektorię i o ile udawało nam się czasem uderzyć w gałąź najbardziej obciążoną śniegiem, o tyle z powrotem kanki na lotnisko był już niejaki problem. A ściślej – ona nie chciała wracać. W zasadzie – nigdy nie chciała wracać, zawsze znajdując jakieś gałęzie z niższego piętra, na których mogła się zatrzymać.
Skończyło się na użyciu kija, którym zamiast śniegu – ściągaliśmy kankę. Najpierw był rzut, potem oczekiwanie na kaskadę śnieżnego pyłu, a później celebrowanie powrotu kanki na matkę-ziemię. I apiać, znów to samo. Rzut – machanie kijem – lądowanie. Wreszcie wiedziony podstępną siłą koniaku Jacek sięgnął po broń atomową…
Broń atomowa
Poszedł w jedno takie miejsce pod płotem, w którym składujemy zbędne od pięciu lat dłuuugie stalowe pręty fi dwanaście. Tak o nich mówi dysponent prętów, czyli mój man: pręty fi dwanaście, cokolwiek to znaczy.
Onże wziął więc jeden z nich, dociągnął do sosny i… wtedy dopiero mieliśmy ubaw. Widzieliście kiedyś faceta, który – jak skoczek o tyczce – bierze ciężki i długaśny pręt do ręki na jednym końcu i usiłuje go podnieść z ziemi, a następnie skierować w stronę gałęzi lub kanki? Nie widzieliście. A ja tak!
Żeby nie było, że ściemniam: nie wiem, kto czym zarządzał, Jacek prętem, czy pręt Jackiem, ale to było słodkie. Kilkunastometrowy pręt (fi dwanaście, wiadomo) po pierwsze trochę waży, a po drugie – skierować go dokładnie do wyznaczonego celu, ulokowanego gdzieś na drugim piętrze, nie jest łatwo. Ale on próbował! Dzielny mój – zawziął się na ten śnieg i odpuścił dopiero wtedy, gdy pręt wygiął się w tak wielki pałąk, że za nic nie dawał się ustawić sztorcem w stronę śniegu.
Mężczyzna ambitny jest, więc nie powiem, ile to trwało. W efekcie mamy dziś kompletnie pozbawione śniegu sosny i jakieś dwie tony zrzuconego na ziemię materiału sosnowego – od igieł i szyszek po gałązki i gałęzie. Myślę, że łatwiej by nam było ściąć cały pień
Morsowanie na ekranie
Niestety, więcej wydarzeń tej niedzieli nie zanotowałam. Wróciliśmy – Jacek: mokry od potu, wrażeń i śniegu, ja: zdyszana od rzucania kanką, i pręt fi dwanaście – każde z nas na swoje miejsce. W naszym przypadku do morsowania: morsuję przy „Ucieczce na wieś” i miseczce z migdałami, a Jacek morsuje przy meczu Bayernu i czerwonym winie.
Morsowanie mamy we krwi. Do wiosny, bo później znów będziemy foczkami!
A ja zostawiam Wam tu kilka zdjęć z dzisiejszego spaceru…
Ania
POLECAMY RÓWNIEŻ: Niknący blask nowych fotografii
Henryk
Posted at 15:36h, 21 styczniaPani Aniu z niecierpliwością czekam na Pani …reportaże… czyta się …pycha .. . Pan Jacek może być zazdrosny o Pani pióro ….
Pozdrawiam
Henryk
Jacek
Posted at 17:10h, 21 styczniaJuż jestem zazdrosny! ?
Sylwia
Posted at 23:49h, 22 styczniaFantastycznie, lekkie pióro, cudnya powieść . Swoją drogą pierwszy raz w życiu tej zimy również doświadczyłam odśnieżania drzew
. Jak zobaczyłam mój 4 metrowy jałowiec z gałęziami dogietymi do ziemi to zamarłam . Mój śliczny ,pierwszy z pierwszych ( był na działce przed nami ) prawie się o niego nie troszczę , nie podlewam a on rośnie, taki piękny , leśny, strzelisty . Ale udało się jest cały i zdrowy a odśnieżanie drzew -super sprawa . Życzę aby nam i wam jeszcze się przytrafiało 