fbpx
Sielsko anielsko

Sielsko, anielsko… A jak może być inaczej?

W tym miejscu miały się znaleźć narzekania w stylu ***** ****, czytaj: ***** zimę, ale nam przeszło. I już śpieszę wyjaśnić, dlaczego.

Chcieliśmy trochę posmędzić, bo po -entym zgarnianiu śniegu z podjazdu, usuwaniu zasp sprzed drzwi i zwalaniu lawin z dachów, odechciało nam się tej przecudnej zimy i regularnie zatęskniliśmy za wiosną. Albo nawet mocniej: za latem. Niech już będzie upalnie i niech się z nas wytopi ten zimowy tłuszcz, którym obrośliśmy, mimo ćwiczeń z odśnieżania i machania pilotem w stronę Netflixa.

I na pewno byśmy tu sobie posmędzili! Ale nagle, z olsztyńskiego znienacka pojawiła się Natalia Tejs oraz jej urzekający wpis na fejsbukowej grupie „Sposób na wieś”. I od razu nam przeszło.

Poprosiliśmy Natalię o zgodę na publikację jej postu i dwóch zdjęć; zgoda jest, więc jest i publikacja. Zaczyna się tak…

Wsi spokojna, wsi wesoła… Sielska, anielska…

Te i inne piękne określenia słyszymy często w związku z wsią. Takie mamy też wyobrażenia kiedy na tę wieś się przenosimy. Widzimy siebie z radością ugniatających chleb i czekających, aż wyrośnie w drewnianej dzieży. Widzimy siebie, jak spacerujemy ze stadem owiec i psów po łące, czy jak zwyczajnie pijemy rano kawę na werandzie pełnej kwiatów, obserwując kursujące ptaki i owady. Tak sobie myślałam o tym wczoraj, kiedy wygrzebywałam spod śniegu resztki opału (trzeba domówić, ale chwilowo nie ma do nas dojazdu), ładowałam go do wiader i niosłam do domu. Męczył mnie kaszel, a brud wżerał się w popękane dłonie i tak wzięło mi się na wspomnienia…

Dokładnie 10 lat temu kupowaliśmy dom. Byliśmy bardzo młodzi (miałam 24 lata) i pełni zapału. Pomysł przyszedł nagle i tak samo nagle został zrealizowany. Sprzedaż mieszkania i kupno domu zajęły nam miesiąc, a siedlisko które kupiliśmy było pierwszym znalezionym przez nas w „internetach”. Oboje się uczyliśmy. Ja byłam jeszcze na studiach dziennych i pracowałam na pół etatu za całe 700 zł, a mój jeszcze wtedy narzeczony na studiach doktoranckich, gdzie stypendium wynosiło 1000 zł.

Porwaliśmy się motyką na księżyc i kupiliśmy dom, bo po prostu nam się podobał. No dobra, nie spodobał. Po prostu oszaleliśmy na jego punkcie! Nie sprawdzaliśmy czy się nie wali, czy nie ma grzyba, czy da się w nim w ogóle mieszkać i żyć. Nie było szans na załatwienie funduszy na ewentualne remonty. Kupiliśmy i już. W maju wprowadziliśmy się do naszej wymarzonej chałupki i tak zaczęłam piec chleb, spacerować w długich spódnicach w towarzystwie czarnej kotki do wiejskiego sklepu, otwartego 3 razy w tygodniu po dwie godziny, i uprawiać ogród. Zaczęliśmy ratować zwierzaki i przygarniać kolejne pod swój dach, a ja głaskałam każde źdźbło trawy, zachwycając się wszystkim co wokół mnie.

Czy było ciężko?

Cholernie! Nie raz nie starczało nam do pierwszego. Terenówka – moja równolatka, którą kupiliśmy żeby móc dojeżdżać do siedliska rozpadała się. Była tak dziurawa, że pewnej zimy podczas jazdy śnieg zacinał mi w twarz tak mocno, że spływał mi tusz do rzęs, a ja nie chcąc martwić i tak zdenerwowanego kierowcy uśmiechałam się tą suchą połową buzi, robiąc dobrą minę do złej gry. Potem przestałam się malować.

W domu czasem było zimno, bo kończył się opał. Kiedyś zamarzła nam woda. Innym razem coś wpadło do komina i myśleliśmy, że nasz dom się pali – przyjechało aż 8 jednostek straży! Jak się okazało w tym czasie była Wielka Orkiestra Wielkiej Pomocy w miasteczku, strażacy mieli paradę, a że dostają wypłatę za wyjazd na akcję, to po prostu wszyscy wsiedli w wozy i przyjechali. Ja stałam u szczytu wzgórza na którym mieszkamy i myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi, widząc kolejne pojazdy wspinające się pod górę.

Woda w piwnicy była normalką, a wystarczyło pociągnąć dalej rynnę, o czym wtedy nie wiedzieliśmy, bo nawet proste prace budowlane były dla nas jak lot w kosmos. Potem sami zbudowaliśmy ganek, wstawiliśmy drzwi i okna.

Ciągle kapało z dachu. Wprowadziły się do nas kuny, które nie dawały nam spać, a my znaleźliśmy jedną malutką na ziemi i karmiliśmy strzykawką. Kilka razy zasypało nas tak bardzo, że nie mogliśmy otworzyć drzwi. No i ciągle trafialiśmy na nieuczciwych pomocników i budowlańców.

Mimo wszystkich trudności przetrwaliśmy w naszym domu 10 lat, a w głowie wciąż słyszę słowa, które powiedziała bliska mi osoba, dokładnie 10 lat temu:

„Macie swój dom. Naprawdę znaleźliście swój dom”.

I wiecie co? Wczoraj tak ładując ten opał do wiader, myślałam sobie, że jest mi ciężko i że tak bardzo się cieszę, że tego doświadczam. Bo przecież mam ciepło, mieszkam w pięknym miejscu, do którego czasem trzeba wwieźć zakupy taczką, ale tylko czasem, więc to rodzaj przygody! Doświadczam pór roku całą sobą i rozumiem, że każda z nich jest potrzebna. Za chwilę wiosna wynagrodzi mi zimę, a potem lato wynagrodzi mi błotnistą wiosnę i pozwoli przygotować się na jesień i kolejną ciężką zimę. No i nadal głaszczę każde źdźbło trawy! Mimo wszystkich trudów tych mniejszych i większych, po 10 latach myślę sobie, że ta wieś jest właśnie mlekiem i miodem płynąca. Jest sielska i anielska i jest romantyczna w każdym calu.

A czy wasze postrzeganie wsi się zmieniło kiedy na niej zamieszkaliście?

Jak widzimy wieś?

Kropka. Tyle Natalia Tejs, teraz ja, czyli połowa MY. Ciężko byłoby mi napisać, że w pełni się zgadzam z przedmówczynią i przeżywam podobne troski, ponieważ zgadzam się nie w pełni i trosk podobnych nie przeżywam 🙂 Nie mamy z naszą Bocianką żadnych traumatycznych wspomnień. Jedna z uczestniczek Grupy pisała niedawno, że tej zimy w jej mieszkaniu było zero plus, na drodze do sławojki zawieja, zamarza jedzenie i ogólnie – koniec świata. Ale nawet i w tej historii pojawiła się nuta optymizmu: „po tej zimie wiosna jest taka gorąca”…

Może więc mamy niespotykane szczęście? Może to skutek naszego chłodnego podejścia do przeprowadzki na wieś, które nakazywało przygotować się na każdą okazję? A może tak po prostu jest, że jednych spotykają dni złe lub bardzo złe (ale zaraz po nich wiosna), a nas te bardzo złe jeszcze nie spotkały? Choć fakt, październik i listopad mieliśmy wyjątkowo do bani.

Jedynym nieszczęściem była wichura, która z naszej okolicy uczyniła pustkowie.

 

Wielkieś mi uczyniła pustki w tym siedlisku moim,

Moja droga Wichuro, tym nadejściem swoim.

Pełno drzew, a jakoby żadnego nie było:

Jedną maluczką chwilą tak wiele ubyło.

 

Tak napisałby Kochanowski, gdyby jak my, dwa ciołki, stał i bezradnie patrzył na wiatr zabierający nam sosny, dęby i brzozy, bezpowrotnie niszcząc dziki puszczański krajobraz. Ale nawet wtedy nie mieliśmy negatywnych refleksji – tak musiało być, tak się stało, nie mamy na to wpływu.

Nic się nie zmieniło

Nie, nasze postrzeganie wsi nie zmieniło się przez tych pięć lat w żaden sposób. Jest tak, jak miało być. Wiedzieliśmy, jak będzie. Nie ma zaskoczeń innych niż pozytywne. Dobija nas nie sama wieś, lecz pustka pandemii. Ta chora rzeczywistość, której nie można przekroczyć inaczej niż w maseczce i oddaleniu od człowieka. Ta świadomość, że nie możemy pojechać gdziekolwiek i czuć się – jak dawniej – swobodnie, bez obostrzeń, dystansów, bez płynu do spryskiwania rąk i dywagacji nad każdym kichnięciem. Już COVID, czy jeszcze nie?

Przejaskrawiam, bo przecież nie dywagujemy w ten sposób, a pandemię odbieramy nad wyraz zdalnie – na naszym pustkowiu w ogóle jej nie czuć – ale sama świadomość wystarcza. On, wirus, jest. Czyha. Musisz myśleć: co z mamą, co z dziećmi, czy ten kaszel Jagody to już coś, czy jeszcze nic, czy mama nie powinna pójść do szpitala, czy Niko czegoś nie złapał w pracowni, tam tak dużo ludzi przychodzi, czy nasi goście są zdrowi, czy chorzy, czy… czy… czy…

Wieś jest taka, jaką ją sobie stworzymy. Każda wieś. To oczywista oczywistość. Patrząc z perspektywy cywilizacyjnej – nie licząc problemów z Internetem – nie odczuwamy dyskomfortu. Świat wielkiej kultury, sportu, książek, sklepów, ciuchów i fajnych dziewczyn chodzących po ulicach (Ania mnie zabije) nie jest aż tak znowu odległy: dwie godziny i mamy go. Świat wielkiej polityki dociera do nas wyłącznie z okienka telewizora, jak do wszystkich. Zima potrafi dokuczyć na Podlasiu, ale i na Podkarpaciu, Dolnym Śląsku, a nawet w Kołobrzegu, gdzieś też spadł śnieg. (Cud jakiś!)

Jest OK

Wracając do punktu wyjścia – mieliśmy napisać, że mamy dosyć tej zimy, ale nie byłoby to odkrywcze. Odkrywcze okazało się obwieszczenie Natalii: ona ciągle pogłaskuje źdźbła traw! Tak jak my! I nic nam się tu nie nudzi, choć chodzimy jak po spacerniaku stale tymi samymi trasami (mówię o zimie, bo w półmetrowym śniegu trudno o dalekie wyprawy), a chodzimy pięć razy dziennie.

Dziś odkryliśmy, że jeden pagórek jest niższy od drugiego. Ale jak wejść na ten pierwszy, to z kolei drugi wydaje się niższy. Albo spacer w koleinie po traktorze: jest męczący, bo trzeba stawiać nogi jak modelka. Albo chodzenie po zmarzniętym śniegu – Ania się nie zapada, a ja się zapadam, a Rudiemu zapada się tylko jedna łapa i to nie zawsze, a Pan Kot, jak już się zapadnie, to amen w pacierzu, ratujcie ludzie!

Czy w mieście moglibyśmy poczynić takie odkrycia? Czy w mieście mielibyśmy codzienny spektakl z gromadą trznadli, dzwońców, gili, modraszek, czarnogłówek i sójek? A mamy: walczą o każde ziarenko, o każdą pestkę słonecznika, o każde dziubnięcie słoniny. Czy gdzie indziej mielibyśmy problem ze śladami bażanta? Mamo, jak wyglądają ślady bażanta??? Albo czy miałoby dla nas znaczenie, że słychać już klangor żurawi? Żadnego. Żurawie pochodzą z telewizji, tak jak mleko pochodzi ze sklepu, proste.

Lista zdziwień wiejskich jest nieskończona, ale nie są to zdziwienia egzystencjalne – gdybym obudził się rano i użył nosa jako termometru, i stwierdził, że wokół mnie jest plus zero, to pewnie miałbym inna optykę. Ale budzę się: wokół mnie jest plus 20, pachnie kawa, pachnie kobieta, pies przynosi kapcie (Rudi na to: chciałbyś!), gra muzyka w radiu 357. Jest jak w domu.

Bo dom jest tam, gdzie my jesteśmy. Albo nawet bliżej.

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Chodźcie z nami!

Fotografie: Natalia Tejs

Podziel się:
Komentarz
  • Dzień dobry Jacku
    Przepraszam za Jacka ,a nie pana J.,bo ponoć w przestrzeni wirtualnej taka moda ,to ja skrzętnie korzystam z tej formy,bo taką lubię ?
    Też mieszkam na wsi ,ba – ja pochodzę ze wsi ,po 30 latach w miastowym bloku ,znów wieś .
    I znów taka wieś jak dzieciństwa ,czyli „daleko od szosy” ,choć to określenie zawierało więcej w sobie niż odległość od szosy .
    Właściwie ,zastanawiam się co jeszcze napisać ,a nie wyjść na lizusa.
    Dziękuję Ci za ten tekst – piekny w treści i fajnie skrojony .To ,o czym piszesz ,znam z autopsji.Podsumuje tylko mój punkt widzenia — tak ,mieszkanie na wsi świetny pomysł ,ale na tej wsi dobrze mieć wystarczająco pieniędzy .Niekoniecznie ,żeby mieć w skarpecie ,ale móc zapewnić w miarę komfortowe warunki w domu .”Wygrzebywać ostatnie drwa na opał spod śniegu” jak pisała Natalia …..to jest do pogodzenia w młodym wieku ,nie 60+?.Ale to jest mój punkt widzenia ,w wieku jak wyżej .Dla Natalii wielki szacun ,że nie rzuciła wszystkiego i dalej chwali wieś.Zresztą ,w Jej wieku miałam podobnie „komfortowo” .
    Jacku ,jeszcze raz dzięki ,że mogłam poczytać opowieści szczęśliwych ludzi.Bardzo Was pozdrawiam z wioski w centrum Polski ( Bełchatów i okolice) .
    I tak na koniec jeszcze ciekawostka o mnie : w wieku 66 lat kupiliśmy działkę na wsi kaszubskiej i chcemy tam zbudować nowy dom .A mawiają ,że starych drzew …. ?
    Do kolejnego poczytania .Zapraszam na mój profil FB
    Lucyna Niewiadomska.Jestem w grupie Sposób na wieś?

    26 lutego 2021
  • Nie wiem czy to przypadek, zbieg okoliczności czy łut szczęścia…, że trafiłam na ten blog. Czytam ich (o wiejskim życiu) wiele. Ale większość jest pisana przez młodych. Marze o swojej wiejskiej metamorfozie od dawna, bardzo dawna. W głowie ma wszystko poukładane, zaplanowane, nawet w detalach. Nawet wiem już co będę robić w marcu albo w listopadzie Anno Domini kiedyś tam…. Ale lata mijają i jak na razie nie zanosi się na szybką przeprowadzkę. Główny problem – finanse. Ale nie narzekam. Już nawet chciałam zmodyfikować swoja listę marzeń i ten punkt o wiejskim życiu skreślić, bo niby że już za stara jestem. Az tu nagle…. bum…trafiłam do WAS. Znów mi się chce… O zgrozo, ależ głupia byłam. Przecież to może być plan na emeryturę. Może właśnie los celowo tak kieruje wszystkim, żeby uzbierać jeszcze przez te następna dekadę (bo tyle mi zostało) i składek i do skarbonki co nieco.
    Pozdrawiam, ściskam, całuję, czy co tam się jeszcze mówi 🙂
    P.S. Wasz blog tak mnie wciągnął, że od dwóch dni rodzina głodna, bo matka w Internatach siedzi.
    P.S. Piszcie więcej, plizzzz

    Ania

    24 maja 2021

Zostaw komentarz