Wilno, Troki. Notatki z podróży.


Podwórko Wilno

Maimy nadal na Litwie, choć z coraz większą tęsknotą do domu… Czasami dopiero z oddali widać, jak wielka jest siła przyzwyczajenia do własnych kątów i jak dobrze może być pod rodzinnymi gwiazdami. Te litewskie migają do nas chłodem: wieczorem ledwie plus sześć, znad Niemna płynie w naszą stronę podeszczowa wilgoć – gdyby nie Warszawskie Combo Taneczne, którego słuchamy, byłoby całkiem ponuro.

Wypad na Litwę bez wizyty w Wilnie, to jakby ćwierć wypadu. Miasto nie ma w sobie magii odnowionego Tallina, ale czuje się w nim fajny klimat i to się liczy. W ten weekend zostało opanowane przez Polaków i Rosjan – oba języki mieszają się na ulicach Starego Miasta. Język polski miesza się czasem specyficznie…

Scena z restauracji

Mamy w sobie gen pawia narodów, prawda? Matka Boska była Polką, Chrystus też miał polskie obywatelstwo, Jan Paweł II był największym z papieży, Francuzów nauczyliśmy jeść nożem i widelcem, Kościuszko i Pułaski bronili Ameryki, a Gruzję przed Rosją obronił największy z polskich prezydentów. Wiadomo.

Lubimy sobie popawiować na wyjeździe. Pokazać, kto jest panem, a kto powinien nam służyć. Może nie wszyscy lubimy, ale… Właśnie poznałem takiego, który lubi.

W restauracji z typową litewską kuchnią siada pięcioosobowa polska rodzina. Mnóstwo gości, Francuzi, Rosjanie, grupa Niemców, Litwini, Japończycy. Kelnerzy dwoją się i troją. Młody chłopak, może student, obsługuje Francuzów, Japończyków, polską rodzinę i nas.

Z Francuzami po francusku ze śmiesznym akcentem, z Japończykiem rozmawia w nienagannej angielszczyźnie, podchodzi do Polaków.

Pan Głowa Rodu:  – Po polsku panimajesz?

Kelner po angielsku: – Przykro mi. Tylko angielski, francuski, trochę niemiecki i oczywiście rosyjski.

Pan Głowa Rodu: – Polskiego się ucz, matole jeden! Polskiego!

Żona Głowy, troje dzieci Głowy: ryczą ze śmiechu. Ale ten tata pojechał z młodym!

Pan Głowa Rodu: – Daj nam tu cwajmal cepeliny, yyyy, cwajmal piwo, i co wy tam chcecie, dzieciaki…?

Wiem, że burak. Wiem, że się wyrwał na majówkę i że musi sobie ulżyć, pokazać, udowodnić coś rodzinie i otoczeniu. Niech widzą, że jak on coś powie, to już powie. A ja powiem krótko: było mi potwornie wstyd. Za buraka, który udaje pawia.

Cepeliny giganty

Ludzieńki takie jak my, przyjeżdżające na Litwę z Podlasia – krainy kartaczy, nie mogą w Wilnie zamówić niczego innego niż cepeliny. Dla porównania. Nie można o nich powiedzieć, że jest to szczyt zdrowego odżywiania, że to wykwintne i nietuzinkowe danie, ale – spróbować trzeba. Podobnie jest z ciemnym chlebem, blinami czy kibinami, które choć pochodzą z kuchni karaimskiej, na stałe wsiąkły w wileński krajobraz. Ale co cepeliny, to cepeliny.

Kuchnia litewska

Kelner, który odszedł od polskiego pawia, przyjął zamówienie od nas: dwie porcje. Odszedł i… wrócił po chwili. Spojrzał na mnie, dłużej zatrzymał wzrok na chudzinie Annie i powiedział co następuje:

Zamawia pan cepeliny, rozumiem to… Jedna porcja waży jeden kilogram, dwie porcje będą ważyły dwa kilogramy… – tu znów spojrzał na mnie i na Anię. – Czy to panu odpowiada? Dwa kilogramy! –podkreślił.

To zabrzmiało jak ostrzeżenie…  Pół godziny później pochłonęliśmy półtora kilo tartych ziemniaków z mięsnym farszem, przerażeni sami sobą. Więcej nie dalibyśmy rady! Za żadne skarby!

To nie były jedyne wczorajsze doświadczenia z litewskimi kulinariami. Zjawiskowy naleśnik z serem na śniadanie, niesamowite żmudzkie bliny z łososiem i twarożkiem na kolację, plus desery.

Troki, Troki, Troki!

Najsilniejszym punktem programu były jednak Troki. Niewielkie miasteczko oddalone o 25 kilometrów od centrum Wilna, słynie z jedynego we Wschodniej Europie zamku na wyspie. Był symbolem Litwy w XIV-XV wieku, założył go książę Kiejstut, a budową dokończył jego syn Witold. Przez lata służył jako rezydencja wielkich książąt litewskich, w czasach komunizmu było w nim więzienie, później odbudowano  go i dziś przyciąga swoimi atrakcjami turystów z całego świata.

Zamek w Trokach

Ale zamek zafascynował nas dużo mniej niż same Troki, z ich karaimską architekturą, o której za chwilę. Troki mogłyby być wzorem dla południowej Litwy, tej, którą opisywaliśmy wczoraj! Pieczołowicie odnowione zabytkowe domy, równe chodniki, świetna infrastruktura, kafejki, restauracje, galerie, stoiska z pamiątkami, wspaniałe biuro informacyjne.

Taką mądrość budowania i dochowania wierności własnym tradycjom uwielbiam. Właśnie nie skanseny, nie muzea, ale żywe domy z ich mieszkańcami, z dobytkiem, z antenami satelitarnymi nawet – to żyje, świadczy, jest na dotknięcie ręki. Nikt nie udaje, nie ma w tych obiektach sztuczności i cepeliady, są autentyczne. A jednocześnie zadbane, solidne. Widać, że zainwestowano w nie z głową, z pietyzmem.

Karaimowie związani są z Trokami od 1397roku, w którym Wielki Książę Witold zaprosił do siebie liczne rodziny tatarskie i karaimskie. Karaimska ulica w Trokach to zespół urbanistyczny drewnianych domków z XIX wieku, wyróżniających się trzema oknami na frontowych ścianach.

Domy karaimskie

Musiały być trzy! Jedno okno dla Boga, drugie dla Witolda – czyli dla gościa, trzecie dla swoich, domowników. Domy są kolorowe, zamieszkałe przez potomków karaimskich rodów, które strzegły książąt i wspaniale się zasymilowały z lokalną społecznością. Na świecie żyje dziś kilka tysięcy Karaimów, w Trokach niemal trzystu. Więcej ciekawych informacji o narodzie który wyróżnia się tym, że z powodzeniem mógłby spotkać się w całości na jednym weselu, znajdziecie tutaj.

Dzisiaj?

Dzisiaj zakupy. Chcemy odwiedzić litewskie sklepy w poszukiwaniu najlepszego chleba, kwasu, zamrożonych kibinów i lnianych, ręcznie wyszywanych obrusów. I może trafią nam się jakieś ciekawe rośliny 🙂 Ich nigdy za wiele, prawda Aniu?

I dzisiaj też powrót do Bocianki. Była przez ostatnie dni w dobrych rękach, córki Jagody i jej przyjaciółki Natalii.  Czeka na nas obiad (mamy nadzieję) i dobre ciasto domowej roboty – dzieło dziewczyn.

 I tylko pies coś markotny: leżał na trawie, która obrosła sklepienie ziemianki, obserwując horyzont i drogę, i stale zadając sobie to podstawowe pytanie: długo jeszcze? Kiedy wrócicie?

Wracamy, chłopie, wracamy!

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Dziewczynka z książeczkami 

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Do tych łąk szeroko nad Niemnem rozciągnionych...
Następny Nalewunia z młodych pędów sosny? Robi się!

Poczytaj więcej

Ekologiczny ogród: brzydkie słowo na literę G

Nie ma zmiłuj, Panie Dziadku!

Moda Za Miastem, czyli wiejskie Dancing In The Rain

Jak ułożyć plan na życie? Spróbujesz?

Ten wpis się dla Ciebie spodoba

Zrób wewnętrzny raban. Nie gromadź stereotypów.

Księga nalewek, czyli przeprosiny z dziką różą

Żenujące sieci, Orange i T-Mobile: wstydźcie się!

Między TU a TAM. Jak znaleźć motywację do zmian?

Odliczamy do wiosny…

Kobiety Rakiety, łączcie się w bólu czytania

Pamiątki z dawnych lat. Pretensjonalny post o zagubionej historii

Nocne refleksje o partnerskiej dojrzałości

Cisza pełna dźwięków

Cherry bounce: nalewkowy flagowiec Pana Jacka