Dwoje na ławeczce. Medytacje w stylu joga-country


Każdy powinien mieć taką bezmyślną ławeczkę. Miejsce spotkań i nudy. Miejsce dialogu i milczenia. Nie trzeba się tu bić z myślami, zaprzątać sobie głowę problemami świata. Po prostu być. Przeżuwać życie w formie unplugged.

Codziennie odwiedza nas para białych gołębi. Siadają na kalenicy dachu lub na parapetach, dostojnie się rozglądają,  sfruwają w dół, na rynny, przyglądają się bacznie nam, psu i kotu, budząc oczywiste zainteresowanie. Intencje psa są w takiej sytuacji naturalne – chciałby się z nimi pobawić w ganianego, intencje kota również – chciałby zapolować, ale co z nami? Jak mamy się odnieść do wizyty takich gości?

Odwiedzający nas sąsiad mówi krótko: – Ja bym wziął klatkę, trochę ziarna i parka wasza 🙂

Parka wygląda jak dwoje szczęśliwie zakochanych. Kiedy nasycą wzrok okolicą, zaczynają spoglądać na siebie, zbliżać się, kręcić jedno wokół drugiego, nic więcej ich nie interesuje. Prawie jak my. 🙂 Ruszają główkami, kręcą szyjami, kołyszą się, podskakują, dziobną coś, o czymś przy okazji pogruchają i odlatują, by za godzinę-dwie powrócić. Rytuał powtarza się: kalenica, rzut oka na nas (kot wkrótce dostanie szału), umizgi, gruchanie i odlot.

Żyjemy obserwacjami

Zapewne macie w tyle głowy widok dwojga staruszków, którzy siadają przed płotem na ławeczce i przez cały dzień patrzą przed siebie, wodząc wzrok stale po tych samych elementach. Czasem zatrzymają uwagę na przejeżdżającym samochodzie, podnoszą oczy ku niebu – idzie na deszcz lub nie idzie na deszcz –  pozdrowią sąsiada albo po prostu myślą, milczą i nic. Albo tylko nic: wyłączają myślenie.

To o takich ludziach pisarz Michał Witkowski powiedział kiedyś w Newsweeku:

____________________________

To starzy ludzie – dziadkowie z ławeczki pod sklepem, prawdziwe i przyszywane babcie – odpowiadają za opowieści, które zakorzeniają nas w świecie. Bez nich żylibyśmy w próżni, między Orlenem i Tesco.

___________________________________

Próbujemy tego sposobu… Są takie chwile, kiedy poddajemy się medytacji w prostych i sennych dialogach na ławeczce. Snujemy opowieści o tym co było, co jest, co widzimy, co byłoby fajnie robić, a co nam nie pasuje. Próbujemy tej słodkiej staroświeckiej tradycji nicnierobienia, wspólnego lenistwa za wszelką cenę, spowolnienia mózgów, opieszałości, wzdychactwa na brak wydarzeń i radości z tego, że nic się nie dzieje.

Poznaliśmy w życiu tysiące ludzi, to jeden z przywilejów dziennikarstwa, ale też efekt dzikiego wysiłku przy pracy w dużych zespołach, kierowania nimi, szukania wspólnych celów. Nasiąkliśmy cudzymi historiami i teraz życie na wsi czasem wydaje nam się pustelnią. Nawzajem jesteśmy sobie widzem i aktorem, jedynymi słuchaczami i wykładowcami, nadawcami i odbiorcami komunikacji jednocześnie.

Siedzimy więc i gapimy się. I nic. Wyłączone myślenie działa doskonale odprężająco. Rozmowy, które nie prowadzą do wojen, obserwacje, które niczego nie wnoszą. To działa jak balsam. Uspokaja.

Mamy swoje miejsce

Jestem ciekaw, czy zdarzyło się Wam to samo: stworzyliście sobie jedno lub więcej starannie wyreżyserowanych miejsc do odpoczynku i posiedzenia, ale potem i tak nosi Was w ten sam punkt, nigdy wcześniej nie brany pod uwagę jako najlepsze obserwatorium?

My mamy kilka takich „urządzonych” miejsc. Stoją w nich fotele, jest jakiś stary szezlong, wiszą huśtawki, jest fotel bujany i są ogrodowe ławki, a mimo to najczęściej można nas spotkać na powstałym z prostego kawałka pnia siedzisku. Opieramy plecy o ściankę drewutni i mamy najpiękniejszy widok na całą przestrzeń dookoła. I możemy gnić, patrząc przed siebie i gadając do siebie.

W porównaniu do serialu „Ranczo” odczuwamy pewien sytuacyjny problem: u nas samochód przejeżdża średnio raz na tydzień, a za plecami nie mamy sklepu. Gdybyśmy czekali na auta, by komentować bieg zdarzeń, byłoby ciężko. Częściej za to latają samoloty. Regularnie po południu snują swój ślad ze wschodu na zachód (uciekają przed bojówkami z Białegostoku? – nie mogłem się powstrzymać), a my je sobie obgadujemy z taką samą intelektualną mocą, jak bohaterowie filmu Machulskiego „Pieniądze to nie wszystko”:

Najczęściej jednak latają jastrzębie, myszołowy i kruki…

Król jastrząb

Kruki wiecznie mają coś do powiedzenia, wydzierają się, niekiedy słychać jak walczą o coś między sobą – jastrząb przy tej hałastrze to klasa sama w sobie. Spokojny, wyrafinowany samotnik i pewny siebie killer. Myszołów zatacza duże spokojne kręgi, jest jak majestatyczny szybowiec – jastrząb z kolei zachowuje się agresywniej, lata pomiędzy wyznaczonymi przez siebie punktami, atakuje z zasiadki, po wypatrzeniu ofiary. Czasem zdarza się go widzieć, gdy płynie wraz z prądami powietrza, potrafi wzbijać się na wysokie pułapy, ale nigdy nie zawisa nieruchomo w powietrzu. Jakby chciał mieć wszystko pod kontrolą. Jakby ruch był dla niego wszystkim.

Wypatrujemy jastrzębi, bo są jak niczym nieskrępowana wolność, choć wszyscy przed nimi ostrzegają. W lesie jeden z mieszkańców naszej wsi postawił mały kurnik: proste budki sklecone z desek, ogrodzone po  bokach – przed lisem – i zabezpieczone siatką od góry – przed jastrzębiami. Siaty nie rozedrą, ale do kurnika zaglądają codziennie: może którejś kurze zamarzy się letni gigant?

Kombajn bizon

Spoglądamy na jastrzębie, a tuż za płotem brodzą w wysokich trawach bociany. Obgadujemy na ławeczce żurawie, których klangor rozlega się dwa razy w ciągu dnia: gdy przelatują z gniazda na łąki i gdy wracają do domu. Czasami, jak dzisiaj, przetoczy się przed naszymi oczami coś naprawdę ciężkiego: bizon.

Bizon to 28-letni kombajn Pana Wieśka, największego we wsi rolnika, gospodarza od pokoleń. Siwa broda nas zbliża, mamy podobne uwielbienie dla flanelowych koszul, choć problemy zgoła inne:

Żyto… słabizna w tym roku – słyszę. – Sam pył, prawie nie ma ziarna. Ziemia na górce szósta klasa, na dole czwarta, ile bym tu obornika nie włożył, zawsze jest licho. Ale teraz jest licho do sześcianu. Susza dobiła zboża. Wystrzeliły wiosną, był taki moment, że zacierałem ręce, a potem zgasły. Kiepsko będzie, panie Jacku. Wołowina po 5 złotych za kilogram… Po ile pan w mieście kupuje? Po czterdzieści? Niech będzie: 35. A ja sprzedaję to mięso za 5 złotych. Ale najlepsze jest coś innego. Że pan mojego mięsa w mieście nie kupi! Nasze wysyłają na eksport, a do sklepów ściągają jakieś gówno z Danii. I tym nas karmią. Was tym karmią.

My prawie nie jemy mięsa, panie Wiesiu…

Tyle dobrego. Jesteś pan szczęśliwy człowiek.

Ławeczka rzadko gości gości. To nasz prywatny azyl. Miejsce spotkań medytacyjnych i wgapiania się w niebo, w prawo na wschód i w lewo na zachód. I na północ.

Asany

Kawa stygnie, a my liczymy ile kwiatów mają mieczyki. Milczymy, gdy drą się ptaki, bo ptaków trzeba słuchać. Dzieje się nic, więc milczymy dwa razy szybciej. Żeby coś się działo. Nasze medytacje są jak ćwiczenia jogi w pozycji Kurmasana: rozciągają i mięśnie, i umysł…

Dwoje na ławeczce

Widziałeś te nowe dynie? – pyta Ania.

Psią budę trzeba pomalować – dorzucam do dyskusji.

Pomidorów w tym roku nie będzie – Ania.

W bule mieliśmy zagrać – ja.

Opryskałam lipkę, bo jakaś cholera ją gryzie. Liście ma w kropki – Ania.

Jak się gwiżdże na gołębie? – podnoszę problem.

Ropucha siedziała pod malwą, zakopała się cała. Kiedy ją dotknęłam, myślałam, że to ziemia się rusza. A to ropucha była, o taka – nawiązuje Ania.

Dupa mi zesztywniała – to ja, psując medytacyjny nastrój, jak to facet.

Na ławeczce życie płynie sennie, leniwie, statecznie. Każdy powinien mieć taką ławeczkę. Wyłączyć mózg. Wyłączyć TVP i TVN. Zamknąć usta, otworzyć oczy. Nastawić się na słuchanie świata. Nakręcić się na spoglądanie w niebo. Namyślić się i odmyślić. Napuszyć się i spuścić powietrze z opon mózgowych. Po prostu usiąść – i nic.

Jacek

Foto. Dimitris Vetsikas z Pixabay 

POLECAMY RÓWNIEŻ: Nocne refleksje o partnerskiej dojrzałości

Brak Komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Rok za rokiem. Białystok bije. Trzeba się bać.
Następny Baba znika z domu na 4 godziny i co?

Poczytaj więcej

Skrzynia i pasja, czyli historia, która nie trafi na śmietnik

Moda Za Miastem: co dziś nosi strach na wróble?

Najpierw samochód. Jakikolwiek. A potem wszystko inne ;-)

Podlaskie hygge

Tynk z gliny: samo zdrowie i ekologia

Ile kosztuje wiosna na wsi? Porównaj swoje ceny!

Idę, dokąd idę

Buszujący w fasoli, czyli list otwarty do Nieobecnej

Ucieczka na wieś. Pytasz… czy warto?

Nie ma zmiłuj, Panie Dziadku!

10 największych banałów o życiu

Moda Za Miastem, czyli o tym jak Ania została szafiarką

Sangha. Leśny Festiwal Hipokrytów uważam za zaorany

Moda Za Miastem, czyli wiejskie Dancing In The Rain

Pochwała świętego spokoju