fbpx

Gdy oświetla cię płomień sześćdziesięciu świec…

Złapała mnie, jędza. Sześćdziesiątka. (Przynajmniej ona tak sądzi.) Wczoraj posadziłem na tę intencję trzy dorodne sosenki, przekazując drzewkom część swojej postmłodzieńczej mocy pod postacią przekompostowanego obornika i kilku łopat próchnicznej ziemi. Mam nadzieję, że je przeżyję.

Jestem dziś dostojnym, psiajegomać, jubilatem. Dzieci i Pan Wnuk wbiją w tort sześćdziesiąt świeczek i wstrzymają oddech, śledząc w napięciu czy starczy mi sił w płucach, żeby zdmuchnąć płomienie. WYSTARCZY! Ćwiczę zdmuchiwanie płomieni od dwudziestu lat, ponieważ dokładnie od dwudziestu lat co roku obchodzę swoje czterdzieste urodziny i innych obchodzić nie zamierzam!!!

Serio. Mam metrykalnie stanowczo za dużo lat, jak na tak młode serce i tak zgrabną dupkę, jak moja. (To jest cytat z Anuszki, ta dupka, a nie moja odtylna samoocena.) Lat ma się tyle, ile zapisano człowiekowi w PESELu, ale w moim przypadku PESEL zawsze był jakąś urzędową pomyłką. Jak można przypisywać mi sześćdziesięciolecie, skoro wystarczy użyć szamponu DX2, by cała moja srebrna głowa stała się na powrót głową przystojnego bruneta? Łysiejącego w zakolach, fakt, ale przecież bruneta!

Cała ta zabawa w odliczanie wieku pozbawiona jest sensu. W kalendarzu słowiańskim rachubę czasu wyznaczały zjawiska przyrodnicze i cykle prac gospodarskich, a nie lata. I to było OK. Mam trzydzieści kilka wiosen, dwie zimy – stulecia i stanu wojennego – oraz jedno lato, w którym straciłem dziewictwo, i jedną wczesną jesień, gdy Polska pokonała Anglię na Wembley. I to wszystko. Jakkolwiek liczyć: nie sumuje się do sześćdziesięciu!

Dobra, żeby być w zgodzie z prawdą i naturą, dodajmy te wiosny, w czasie których rodziły się dzieci i to jedno lato, podczas którego spacerując nocą po pilskiej wyspie założyliśmy z Kalką gazetę. Mogę dorzucić  tegoroczne jesienne kopanie ogródka i tę zimę, w czasie której przyczłapał się do nas Rudy (pies, nie czołg). I razem wychodzi góra-czterdzieści, nie ma zmiłuj.

Więc – dzieci drogie, Aniu kochana – jakie sześćdziesiąt? No jakie?

Nie zapalajcie mi świeczek. Nie każcie gasić. Możemy napić się wina, zjeść tort i pierogi. I idziemy marszobiegiem do lasu – zobaczymy kto pierwszy się zmęczy.

Tylko nie idźcie zbyt szybko. W końcu mam już swoje lata… 🙂

Jacek (60 l.)

PS 1. Uprasza się o nieskładanie czegokolwiek. I żeby to poza Internet nie wyszło!

PS 2. Najlepsze życzenia dla mojej ukochanej Mamy! Urodzić – to jest dopiero sztuka!!!

POLECAMY: Letnie kolory w listopadzie

Foto. -MQ- z Pixabay 

Podziel się:
Komentarz
  • w nie tej kolejnosci spojrzałem na bloga życzeń nie odwołujemy
    Szanownej MAMIE najgłębsze ukłony ?
    Helka i przystacz

    23 listopada 2019

Zostaw komentarz