fbpx
Wiosenne przylaszczki

Taczka z beczką, czyli sytuacja jest w ten sposób

Na dworze ponad dwadzieścia stopni. Rozszalało się wszystko. Siedem saren tuż za płotem – ciągną do naszego źródełka, bo to nieliczne w okolicy miejsce z wodą. Susza. I wiosenne szaleństwo.

Ale zacznę od początku. W poniedziałek doszło do sporu kompetencyjnego: kto ma ujeżdżać taczkę, ja czy Jacek? Żeby nie było, taczki mamy dwie, ale jak się facet uprze „przy tej z dłuższymi rączkami”, to nie ma zmiłuj, domowa wojna gotowa. Zresztą – rozstrzygnijcie sami…

W taczce A leżały ze trzy-cztery szufle ziemi ogrodowej. Taczka B – stała pusta. Kto ma prawo wziąć taczkę B, jeśli zgłasza się po nią pierwszy? Ja. Ponieważ zgłaszam się pierwsza i zasługuję. Zapakowałam co trzeba, nabrałam powietrza, szarpnęłam – nikogo do pomocy! – stęknęłam, jęknęłam – nadal nikogusieńko! – więc cóż było robić, jadę. Dojechałam. I coś-tam-dłubię. Taczka stoi obok mnie. Niby nie jest w użyciu, ale stoi i symbolizuje mnie, jako swoją właścicielkę.

Sytuacja jest w ten sposób

Co robi pan? Pan podchodzi i mówi: – Bieretetaczke!

Dlaczego? – pytam, a widzę, że w odległości 70 metrów, prawie na horyzoncie siedliska stoi inna, taczka A.

Bo ma dłuższe rączki – słyszę.

Ale ja jej używam! – oponuję i słusznie, bo ją sobie w to miejsce przytargałam tymi oto chudymi (khmmm…) i spracowanymi ręcyma, a nawet całą sobą, włączywszy wysiłek wydatkowany przy pchaniu. – I w pewnym sensie dziś jest to moja taczka. Masz swoją na horyzoncie.

Poszedł, odwróciwszy się na pięcie gumiaka.

Wiecie jak idzie facet naburmuszony z powodu, że taczka? Idzie tak, że ziemia dudni, uginając się pod jego urażoną dumą. Idzie, ale w zasadzie nie idzie – on uderza stopami w sytuację. Porusza się jak tańczący słoń, dźwigając na sobie ciężar życiowych niedogodności: siedemdziesiąt metrów focha! Chłopie mój kochany, jakbyśmy mieszkali w M-2, tyle metrów zrobiłbyś przez tydzień!

Poszedł. Doszedł. Wysypał z Taczki A te trzy szufle ziemi ogrodowej i zaczął coś kopać. Ale słyszę, że kopie z taką mocą, jakby chciał się dokopać do Australii. Jacuś, wołam z podlaskim akcentę, ta weź se te taczke! On nic. Kopie nadal, jest już chyba na głębokości Rowu Mariańskiego. Co było robić, wzięłam MOJĄ taczkę i zawiozłam się z nią w jego okolicę.

Proszę – mówię tonem, którego kobiety używają, gdy chcą usłyszeć od ukochanego: Też cię kocham!

– Nie potrzebuję! – padło z głębokości, a echo niosło: …buję… uję… ję…

Uuuuuuu! Widzę foch godny Rowu!

Wróciłam. Myślę: poczekam aż przypłynie z tej Australii. Gdzieś tak przed obiadem. Trwało minutę: wstawił jedną taczkę na drugą, podjechał pod moje stanowisko robotnicze i rzucił:

Wybieraj sobie, którą chcesz! I tak cię kocham.

I dał mi buziaka. Albo ja jemu. Nie pamiętam, bo seks połączył nas na trawniku na jakieś 20 minut zapomnienia.

Żartuję.

Po pięćdziesiątce na trawniku łączą ludzi wspomnienia, a nie akty płciowe.

Sadzimy drony

Tym fragmentem nawiązałam do słynnego eseju mojego faceta, 😉 który rozważał stan naszego związku nie wiedzieć dlaczego akurat w Prima Aprilis. Liczy się kompromis, porozumienie, a nie byle taczka. Oboje zrozumieliśmy swoje błędy, choć, mam nadzieję, bardziej ON 😉

A w ogóle – czas pracy jest taki, że nie ma kiedy taczki załadować. Jacek posadził sześć rododendronów, zwanych przez nas dronami, żeby było szybciej mówić. Posadzić drony to nie jest taka prosta sprawa – wiedzieliście, że ich system korzeniowy rozrasta się mocno na boki i w dodatku bardzo delikatnymi korzonkami, a zatem sadząc trzeba zadbać o to, by wokół sadzonki było jak najwięcej pulchnej, kwaśnej ziemi.

dron

Kupiliśmy torf, Jacek wykopał sześć dużych dołków (Australii nadal nie widać), wypełnił je dronami, zasypał ziemią, dodał perlitu, żeby lepiej trzymała wilgoć i zasypał przestrzeń dookoła nich zrębkami.

Nic się nie zmarnuje!

Zrębki mamy z odzysku. Na wsi nic się nie marnuje: po huraganie, który przed trzema laty połamał u nas kilkanaście hektarów lasu, w kilku miejscach zostały spore zwały zrębków. To odpad, którego nie zebrali pracownicy leśni, wywożąc tony drewna, a z drobniejszych gałęzi tworząc na miejscu zrębki. Tu im kupka została, tam im kupka została, a my to sobie skwapliwie zbieramy i wwozimy na posesję w ramach akcji porządkowania pozostałości po lesie.

Więc – zrębki zamiast kory. Trochę zakwaszą glebę i ochronią przed utratą wilgoci. To – Jacek. A ja? Najpierw kontemplowałam przylaszczki, które widzicie na głównym zdjęciu. Mam ich długi szereg, to pierwszy rok, kiedy tak kwitną, bardzo słodkie i bardzo wiosenne.

Potem sadziłam i przesadzałam (wiem, zawsze przesadzam). Poza dronami z nowości przybyły jeszcze dwie róże pnące. Dwa hibiskusy zamieniły się miejscami z kocimiętką. Przeniosły się spod tarasu pod Bociankę, bo tam wiatr mniej hula, a kocimiętce hulanie nie przeszkadza. Rozrzucone po całej posesji rudbekie zgromadziły się – mimo zakazu zgromadzeń! – pod kamienną bramą. Perowskie łobodolistne też stwierdziły, że będzie im lepiej razem. Tak, że ten, trochę kopania w  poniedziałek miałam. Żeby nie było, że tylko Jacek.

Ale prawdziwym hitem są moje zwykłe-niezwykłe pelargonie. Już kolejny rok nie wyrzucam ich po sezonie, lecz przechowuję w dość jasnym, ale chłodnym pomieszczeniu. Podlewane skąpo wytrzymują zimę naprawdę w dobrej kondycji. To wieloletnie rośliny, są dość wytrzymałe, choć po zimie trzeba je przyciąć, oskubać suche liście i wzmocnić. Wyglądają tak:

Na razie doświetlam je i hartuję, wystawiając na słońce na kilka godzin dziennie, bo choć prezentują się dość okazale, mam wrażenie, że ciągle są zbyt rachityczne i muszą nabrać masy. Nasłoneczniam pelargonie z uporem, ale widzę, że ma to sens – nie tylko ekonomiczny: to wielka frajda widzieć, jak roślina walczy i ponownie staje się piękna. Przed rokiem kwitły wspaniale!

Wszystko idzie w tango

Napisałam na wstępie o szaleństwie – istotnie, ogród oszalał, wystarczyło kilka dni na porządnym plusie. Poszła w tango piwonia, która jeszcze niedawno kryła się pod płaszczykiem z dębowych liści, a teraz – proszę: piękna panna.

kwiat piwonii

We wtorek i dzisiaj niczego nie sadzimy. Pełnia Księżyca to nie jest dobry moment na sadzenie roślin. Jacek zawiesił hamak, który wygraliśmy kiedyś w konkursie magazynu „Country”. Konkurs wygraliśmy tym zdjęciem:

Nagrodzona fotka

A nagroda wygląda tak:

Hamak nagroda

Ja z kolei montowałam konstrukcje tymczasowych szklarenek w naszych podniesionych rabatach – prosty pomysł: kilka giętkich plastikowych listew, które kupiłam w sklepie budowlanym (elektrykom służą do maskowania kabli), wyginam je w pałąk i naciągam na nie folię. Proste i tanie rozwiązanie.

Beczka śmiechu

Takim samym rozwiązaniem była beczka, w której magazynowaliśmy latem deszczówkę. Stara beczka, kupiona za grosze w Kiermusach. Mamy ją od trzech lat, w tym roku po raz pierwszy zimowała pod dachem. W zasadzie – tak nam się zdawało – to będzie dla niej lepsze niż sterczenie na mrozie, w wichrach i deszczach. I to był nasz błąd.

Podnieśliśmy beczkę, usiłując ją przewieźć na ogród (taczką B) i… rozsypała nam się w rękach! Deszczułki kompletnie się rozeschły! Zamiar był taki, by wstawić ją do dużej plastikowej beki, napełnić wodą i poczekać aż deski napęcznieją. Taką beczkę można spokojnie postawić w ogrodzie, a póki będzie w niej woda – nie pocieknie ani strużka…

Tymczasem nasza beczka wygląda dziś tak:

Becka w rozsypce

Help! Hilfe! Aiuto! Jak sprawić, by beczka na powrót stała się beczką? Jak ją zbudować na nowo? Czy jest na sali bednarz??? Albo choć rymarz? Snycerz?? Rycerz???

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Wiosna! Na przekór leniwej zawiesinie!

A TAKŻE: Dwoje na ławeczce

Podziel się:
Brak komentarzy

Zostaw komentarz