3 lata z dala od miasta…


Szybko minęło! To już trzy lata – w moim przypadku – i trochę mniej w przypadku Ani. Tak długo żyjemy na wsi, z daleka od miejskiego zgiełku. Wsiowi ludzie jesteśmy. Dziś spojrzeliśmy na siebie przed wyjazdem na targ i pokiwaliśmy głowami ze zrozumieniem: to widać, słychać i czuć.

Nie obawiajcie się, nie będzie dziś tkliwego rozczulania się nad aromatami wiejskiego powietrza, świętym spokojem, ciszą i gwiaździstym niebem nad nami. Może o tym napomknę, ale najpierw duża odrobina własnych emocji dość luźno z wsią powiązanych.

Przez dwa tygodnie walczyliśmy wspólnie z Anią o jej zdrowie. Zostawmy detale: był ból, strach, niepewność, ale wszystko zakończyło się szczęśliwie. Słowo „walka” odnoszę głównie do bitew toczonych z tzw. państwową służbą zdrowia, której nie rozumiem i chyba nigdy nie będę w stanie pojąć.

Będę teraz trochę narzekał 

OK, mam obywatelską świadomość bałaganu i niedostatków finansowych. Mam wystarczająco dużo wiedzy, by rozumieć lekarzy i współczuć ich sytuacji. Nie zamieniłbym się z nimi. Ale nie rozumiem łatwości z jaką przełożyli swoją fatalną sytuację systemowo-finansową na bezpośrednie relacje z pacjentami.

Nie byłem ze swoimi problemami u lekarza państwowej służby zdrowia od 1988 roku, gdy podczas meczu piłkarskiego mój boiskowy przeciwnik – nota bene: lekarz, ginekolog – rozwalił moją łękotkę. Od tamtej pory zdrowy jak ryba płacę pokornie zdrowotną składkę za składką, a do „państwowych” lekarzy nie chodzę, bo nie muszę. A jeśli czasem musiałem, chodziłem do prywatnego gabinetu.

Z Anią jest podobnie. Nie choruje, nie chodzi, a jeśli musi, trafia do prywatnej lecznicy. Płaci składkę za składką, bo jest dobrym i obowiązkowo sumiennym obywatelem.

I nagle oboje – oddaleni od prywatnych gabinetów Warszawy – trafiamy przed oblicze lekarzy z państwowej służby zdrowia na dalekiej prowincji. Ja: przed rokiem, powalony lękiem, że moje ciśnienie 220/160 to już jest jednak jakiś kosmos i powinienem przynajmniej się zbadać. Ląduję przed obliczem doktora kardiologii siedzącego w państwowym szpitalu, na dyżurze, grającego w pasjansa na komputerze i migdalącego się do pielęgniarki.

Staje człowiek, błaga i… nic

Nic nie przesadzam, tak było. Pusto przed gabinetem, sobotnie popołudnie, luz, wiejska cisza – chciałoby się powiedzieć. I co robi kardiolog, gdy zwala mu się przed biurko facet zestrachany i nie znający powodu swoich cierpień? On go (czyli mnie) wydala z gabinetu. Bo mam przejść całą procedurę, założyć sobie konto u lekarza rodzinnego, odsiedzieć swoje w kolejkach, a po otrzymaniu skierowania – wrócić do niego. Czyli do miejsca, w które trafiłem oczekując ratunku.

Staje przed lekarzem człowiek, który prosi, błaga o pomoc. I lekarz – lekarz! – mówi mu: mam procedury, spadaj pan, wracam do pasjansa. Mógłbym mu zejść w gabinecie na wylew, mógłbym się osunąć na linoleum z nieprzytomności, ale to nie ma żadnego znaczenia: w relacji ze mną jest urzędasem, nie lekarzem. Nie powiedział mi nawet: daj pan tę rękę, zmierzymy ciśnienie. Nie. Idź i umieraj, bylebyś mi chłopie kartoteki nie paskudził.

Przeżyłem 🙂 Już wiem, co było przyczyną tamtego nadciśnienia. Lekarze są spoko – w prywatnym gabinecie. Zrobią wszystko, żebyś był zadowolony i zapłacił. Trafiłem na świetnych specjalistów w prywatnych lecznicach, serce mam jak dzwon.

Teraz przypadek Ani

Przypadek Ani jest podobny. Bliźniaczy. Nie poszła – znając moje przypadki – do państwowej służby zdrowia. Choć mogła, ale z terminami na luty. Zrobiła USG na własny koszt. Zrobiła rezonans magnetyczny na własny koszt. Czego potrzebowała? Kawałka papieru: skierowania do specjalisty.

Skierowanie do specjalisty może wydać lekarz rodzinny. Pojechaliśmy 40 km do lokalnego kompleksu szpitalnego, w którym – prywatnie – zrobiono jej rezonans w ciągu jednej godziny. Po rejestracji, która trwała pięć minut. Ten gabinet nie jest obciążony milionem pacjentów, można doń wejść „z buta” i gotówkę załatwić każdą swoją sprawę. Ale w tym samym gabinecie (podkreślam: nieobciążonym nadmiarem pacjentów) chory delegowany z państwowej służby zdrowia musi czekać dwa tygodnie. Przez ten czas może umrzeć – może o to chodzi?

Pojechaliśmy więc, zrobiliśmy badanie, ktoś musiał odczytać jego rezultaty. Ania dostała płytę, znalazła gabinet lekarzy rodzinnych i – słuchajcie! – pustkę przed nim! Nikogusieńko! I naiwna: weszła…

Dziwię się, że lekarka nie wyleciała razem z futryną. Lekarka nic nie może: pani nie jest od nas. Pani tu nie ma konta. Pani tu nie istnieje, pani nie ma. Proszę pójść do swojego lekarza rodzinnego. Ania:  – Nie mam lekarza rodzinnego, nigdy na nic nie chorowałam! Nie szkodzi! Proszę się zarejestrować w swoim miejscu zamieszkania, wypełnić i podpisać deklarację. Ja nic nie mogę. Nawet jakbym chciała…

No przecież, k…a, widać, że nie chce! Nic nie może, bo krępują ją przepisy. Gdyby siedziała w prywatnym gabinecie, posmyrałaby Anię po plecach i wypisała skierowanie w minutę. Ale przy państwowym biurku nie może. Nie może nawet wciągnąć jej na listę pacjentek we własnym rejonie, co byłoby najprostszym i najlepszym rozwiązaniem. Nic nie może. Nic się nie da. Nie ma kolejki, nikt nie przeszkadza w pracy, ale – nic się nie da. Bo jak?

Diagnoza smutna jak diabli

Oni – lekarze – tracą na państwowych posadach poczucie własnej misji. Tego, że dla ratowania zdrowia ludzi lekarz ma prawo złamać durne przepisy. Tego, że lekarz jest dla pacjenta, że jest dla niego POMOCĄ, a nie kancelistą.

Sami siebie wepchnęli w rolę kancelistów. Nic nie mogą, nic nie muszę, nie szukają żadnego rozwiązania, choćby pacjent umierał im na kolanach. Bo są procedury i są papierki, a papierek – wiadomo – rzecz święta.

Daliśmy radę. Pojechaliśmy do Warszawy, w prywatnym gabinecie specjalista odczytał wszystkie dane z płyty, poświęcił Ani dwa razy więcej czasu niż przewidywał limit, pacjentka żyje i żyć będzie wiecznie. Ale tu chodzi o coś więcej – o zasady. O przyzwoitość. Stosunek do drugiego człowieka. O umiejętność wyjścia poza gorset niemożności.

Naszym klientom powtarzamy z Anią, że jesteśmy po to, by rozwiązywać ich problemy. Lekarze na państwowej posadzie widocznie nie są stworzeni do takich celów. Może ich krzywdzę tą kategoryzacją, pewnie tak, ale co można sądzić po dwóch bliźniaczo podobnych przypadkach? W jednym i drugim wystarczyłaby odrobina empatii, dosłownie nic więcej. Ale empatii w państwowym gabinecie nie ma.

Wiejskość i miejskość

Czy istnieje jakiś związek tych przypadków z trzyleciem naszej wiejskości? I tak, i nie. Nie ma związku, ponieważ zdarzenia z gabinetów lekarskich są typowe dla każdego środowiska, w dużej aglomeracji, w mieście powiatowym i w całkiem małym miasteczku. W mieście masz jednak alternatywę, kilka lub kilkadziesiąt lecznic, poradni, klinik.

Tu jesteś skazany na lokalny monopol, na lekarzy, którzy albo nie mają żadnej prywatnej konkurencji, albo sami ją tworzą. Tutaj kardiolog i lekarz rodzinny dyktują warunki swoim pacjentom: i tak do nich trafisz, prywatnie lub „państwowo”, bo dokąd pójdziesz?

Pisałem tu już kiedyś: na wsi skazany jesteś na samego siebie. Jak się okazało – także w kwestiach lecznictwa. Nie możesz pójść kilka przecznic dalej, by załatwić swoją sprawę w lepszych okolicznościach przyrody. Tutaj facet, który ma warsztat z prawem do dokonywania badań technicznych samochodów może przez dziesięć minut ignorować wejście nowego klienta – bo wie, że klient i tak nie ma alternatywy. Wróci tylko do niego.

Wiejska wieś i miejska wiocha

Wieś, a może szerzej: prowincja, tkwi w ludziach.

Możesz mieszkać w stolicy i robić wiochę. Możesz być z najbardziej zapadłej wsi i być wspaniałym człowiekiem.

Dobrych ludzi poznaliśmy tu mnóstwo. Serdecznych, uczynnych, bezinteresownych, dobrze wychowanych i sympatycznych. Potrafią przeklinać jak szewc (albo jak my z Anuszką), ale serce mają na dłoni. To pierwsze i chyba najważniejsze doświadczenie z tych trzech lat. Otaczają nas wspaniali ludzie, nawet jeśli mamy do nich dwa kilometry przez błota i śniegi!

Wieś jest konkretna. Kiedy jest ci zimno, to konkretnie. Kiedy się pocisz w pracy, to wszystkimi porami. Gdy spóźnisz się z siewem – nie wzejdzie, gdy pośpieszysz – przemarznie. Nie ma zmiłuj na wsi: musisz zakasać rękawy. Wstajesz wcześniej, bo oprócz normalnej pracy masz setki innych obowiązków, które nawet nie przyśnią się mieszczuchowi. Kładziesz się spać i momentalnie zasypiasz, bo szkoda nocy na czytanie do poduszki.

Szczęścia nasze

Mamy też poczucie wielu szczęść, które nas tu dopadły. Dzieciom – zszokowanym, że zmieniliśmy sposób życia o 180 stopni – bardzo się wieś spodobała. Zwierzętom z kolei spodobaliśmy się my i dziś trudno sobie wyobrazić życie bez psa i kota, co ja, alergik z miasta, jeszcze trzy lata temu uznałbym za herezję. Te szczęścia to kilka łagodnych pagórków (nie trzeba się męczyć wspinaczką), lasy bez tysiąca grzybiarzy, jakiś nadzwyczajny niedobór much, meszek i komarów.

SPRÓBUJ TEGO: Burza w głowie

Szczęście to również twarde, jednoznaczne pory roku, które w mieście przenikają się nawzajem i różnic pomiędzy nimi nigdy naprawdę nie widać. To także swoboda, przywilej szwendania się po polach i łąkach, możliwość ucieczki do własnego azylu i budowania sobie miejsc, w których można pobyć w samotności z własnymi myślami, gdzie nikt i nic ich nie zakłóca…

Z dala od ludzi, od przyjaciół i znajomych jesteśmy zdani na własne towarzystwo. Nie możesz się dąsać dłużej niż minutę, bo z kim będziesz gadać? To szkoła życia, miłości, partnerstwa, jakości porozumiewania się. I kompromisów.

Z dala od ludzi możesz być sobą, nie uwzględniać cudzych kryteriów oceny. Pisałem na wstępie: spojrzeliśmy dziś na siebie ze zrozumieniem – i parsknęliśmy śmiechem. Nigdy w życiu Ania nie wyszłaby „do miasta” bez makijażu, w czapce z wielkim pomponem (ale za to ciepłej!), w ciężkich i lekko zdeformowanych butach i ocieplanych, pogrubiających ją (ale nadal mi się podobasz!) dresach z ryneczku w Siemiatyczach, po taniości.

W mieście nie wyszedłbym z domu w ocieplanych spodniach moro, koszuli we wściekłą kratkę i czerwonej puchowej kurtce – w życiu! I do tego w czapce! NIGDY nie nosiłem czapek! I nigdy nie zapinałem kurtek! A tu zapinam! I nigdy nie założyłbym do tego ciepłych, ale granatowych butów, nijak się mających do reszty kreacji. Ale to są najcieplejsze (poza walonkami) buty w tym miejscu i czasie! Więc dlaczego nie?

Wyglądaliśmy dziś jak kosmici, jak totalne zaprzeczenie naszej nienagannej miejskiej elegancji i szczerze mówiąc – mieliśmy na to wyrypane. Było fajnie. I ciepło.

I małe nieszczęścia

Co uznałbym za minus? Mimo wszystko – tę odległość od rodziny, przyjaciół i stołecznych rozkoszy. Oczywiście: sushi jedzone w dobrej restauracji raz w miesiącu smakuje nam po stokroć lepiej niż kiedyś, ale… chciałoby się częściej. I częściej do Pana Wnuka, bo to fajny gość się robi.

Minus? Technologie. Niech szlag trafi T-Mobile i wszystkie inne sieci komórkowe: w XXI wieku nadal, żeby porozmawiać przez telefon, musimy „szukać pola”. Minus to błoto na drogach podczas zachlapanej wiosny i zimojesieni. I może jeszcze to, że kiedy naprawdę potrzeba znaleźć pomoc – wszędzie jest daleko.

Nie ma wielu minusów. Nie zamieniłbym tego odludzia na nic innego. I choć umiem sobie wyobrazić, że wracamy do miasta, że mieszkamy ponownie w wysokim bloku, to jednak… nieeeeee… za jakie grzechy?

Fajnie jest. Naprawdę, nie picuję. Ania zrobiła wczoraj najlepszy makaron świata (jemy tylko proste dania), w obu piecach od rana buzuje ogień (nic nie może się równać z ciepłem pieca, nic!), będziemy zdzierali dziś korę z wielkich lipowych pni podarowanych przez Sławka i Marcina, a z pni tworzyli coś jakby rzeźby, bo kto nam zabroni? Będziemy po miejsku pili kawę za kawą i po wiejsku jedli czosnek dla zdrowia (kto w mieście je czosnek?), łapali słońce za dnia, chodzili w nocy z psem, kotem i latarką – życie bez latarki nie ma tu sensu – i włączali TVN24, żeby nie zgubić kontaktu ze światem i naszym kochanym Marianem Banasiem.

Tak, że ten. Tego. No.

Jest jakby ekstra. I oby się to nie zmieniło, kochana.

Jacek

EDIT ANI: Ale może powinieneś powiedzieć Państwu, że trochę też pracujemy? I że gdy milczymy, to znaczy, że jesteśmy zajęci? Mocno zajęci nawet. I dlatego dziwię Ci się, że masz jeszcze siłę pisać. Po tylu godzinach z nosem w kompie – ja mam dosyć.

10 komentarzy

  1. Anonim
    6 grudnia 2019
    Odpowiedz

    Pozdrawiam,trzymajcie się ciepło😉

  2. Agnes12
    6 grudnia 2019
    Odpowiedz

    Latarka świetna rzecz😀. T-mobile do bani, jednym słowem mamy to samo i w sumie jest mi dobrze. Pozdrawiam.

    • 6 grudnia 2019
      Odpowiedz

      Czyli: jest nas więcej 😉
      Serdeczności!

  3. Bogda
    6 grudnia 2019
    Odpowiedz

    …ale z wielką chęcią przyjechałabym do Was na tygodniowy odpoczynek…..

    • 6 grudnia 2019
      Odpowiedz

      Teraz jest jesień-zima, wszystko pokurczone w sobie, najpiękniej jest wiosną i latem! Rozważamy opcję organizacji takich tygodniowych turnusów 😀 Bo na razie to głównie znajomi, przyjaciele, rodzina…

  4. 6 grudnia 2019
    Odpowiedz

    Bardzo się cieszę, że trafiłam na Państwa blog – gratuluję wytrwałości w budowaniu szczęścia na własnych zasadach! I trzymam kciuki za spokój (duszy i ciała – z daleka od lekarzy co pomagają rakiem)

    • 6 grudnia 2019
      Odpowiedz

      Dziękujemy serdecznie. I obiecujemy nadal omijać lekarzy 😀 choć to czasami bardzo trudne…

  5. Anonim
    8 grudnia 2019
    Odpowiedz

    Dużo zdrówka dla Was ❤️😍❤️

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Poprzedni Mikstura dobra na mgłę, zimę i wieczorną chandrę
Następny W tym sezonie stawiamy na duchy

Poczytaj więcej

Moda Za Miastem, czyli wiejskie Dancing In The Rain

Rzucamy okiem na detale

Tynk z gliny: samo zdrowie i ekologia

Rób rzeczy małe w wielki sposób. To działa!

Dwoje na ławeczce. Medytacje w stylu joga-country

Jak założyć ogród od podstaw

22 postanowienia noworoczne (i każdy wybiera, które chce!)

Nocne refleksje o partnerskiej dojrzałości

Ciągle w zielone gramy… I ciągle nam się chce.

Uważność, czyli kto umie w mindfulness?

Jak powstaje łąka kwietna? W bólach!

Kiedy powiesz sobie dość! Co na to endorfiny?

Opoka. Elewacja z historią sprzed tysięcy lat

Ogrodowy rozdrabniacz do gałęzi… Kupić?

Czytam, czytam, aż Wióry Lecą!